Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Pamiętasz tę mieścinę, w której kupiliśmy opony śniegowe? Była tam stołówka. Wyobraź sobie, że w tej stołówce jest szpilołap.
— Mówisz o Norslofie.
— Tak, ale to nieważne. Szpilołap został tam zainstalowany ze względów bezpieczeństwa. Widzi, jak podchodzimy do kasy, żeby zapłacić za to ich wstrętne żarcie. Ta informacja trafia do jakiejś retikuli. Ktoś, kto przejrzy nagranie, dowie się, że byłem tam w takim a takim dniu, w towarzystwie trojga innych ludzi. W podobny sposób można ustalić, kim są ci ludzie. Okazuje się, że jednym z nich jest fraa Erasmas z Saunta Edhara. W ten sposób moja historyjka zostaje potwierdzona.
— No dobrze, ale jak…
— To nieważne… — zaczął Sammann, ale chyba znudził mu się ten zwrot, bo zawiesił głos, zamknął oczy i odparł: — Jeżeli koniecznie chcesz wiedzieć, przypuszczam, że zrobili mi adamap.
— Co to jest adamap?
— Asynchroniczna dwustronnie anonimizowana moderowana analiza porównawcza. Nawet nie próbuj tego zdekonstruować, to wiekowy skrótowiec. Prawdziwych adamapów nie robi się od trzech tysięcy sześciuset lat; my robimy coś, co spełnia podobną funkcję, tylko używamy starej nazwy. Zwykle czeka się kilka dni na jednokierunkowe przejście fazowe w rezonatorze rewerencyjnym… Mniejsza z tym. Potem jeszcze dzień, żeby się upewnić, że nie jest to incydentalna nukleacja stochastyczna… No, a wszystko sprowadza się do tego, że dopiero niedawno odblokowali mi dostęp. — Sammann uśmiechnął się i kawałek lodu spadł mu z wąsów na piszczek. — Chciałem powiedzieć „dopiero dzisiaj”, ale tutaj dzień nie ma końca.
— W porządku. Nie zrozumiałem ani słowa z tego, co powiedziałeś, ale to chyba może poczekać.
— Tak by było najlepiej. Próbowałem dowiedzieć się czegoś o tej rakiecie, której start widziałeś na szpilu.
— Aha. I co, udało ci się?
— Ja bym powiedział, że tak. Ty mógłbyś się ze mną nie zgodzić, bo wy, deklaranci, lubicie informacje schludnie podane w książkach i sprawdzone przez innych deklarantów. Informacje, z którymi itowie mają do czynienia, bywają mętne, zaszumione, nieobiektywne. Często zamiast słów opieramy się na obrazach i śladach akustycznych.
— Przyjmuję twoją krytykę do wiadomości. Co masz?
— W rakiecie było osiem osób.
— Czyli zgodnie z naszym przypuszczeniem oficjalne oświadczenie było kłamstwem.
— Zgadza się.
— Co to za ludzie?
— Nie wiem. W tym właśnie miejscu informacje stają się mętne i zaszumione. Cała sprawa w ogóle jest mocno szemrana: wojsko, ściśle tajne i tak dalej. Nie znalazłem oficjalnej listy pasażerów, którą mógłbym ci odczytać; nie mam teczek z ich danymi. Mam tylko dziesięć sekund bardzo kiepskiego nagrania ze szpilołapu wbudowanego w czujnik parkowania pojazdu, którego kierowca próbował wjechać między dwie inne maszyny, ćwierć mili od miejsca wydarzeń. Poprawiłem obraz i usunąłem artefakty, na ile się dało.
Sammann uruchomił na piszczku odtwarzanie króciutkiego fragmentu naprawdę fatalnego nagrania. Przedstawiało autokar na wojskowych numerach zaparkowany obok jakiejś ogromnej budowli. W ścianie budynku otworzyły się drzwi. Wyszło przez nie ośmioro ludzi w białych kombinezonach. Wsiedli do autokaru. Za nimi wsiadło jeszcze kilku, którzy wyglądali na lekarzy i techników. Autokar stał jakieś dwadzieścia stóp od budynku, widzieliśmy więc, jak pokonują tę odległość. Sammann zapętlił nagranie. Najpierw — przez kilkanaście kolejnych pętli — koncentrowaliśmy się na pierwszej czwórce w białych strojach. Nie dało się rozpoznać twarzy, ale byłem zdumiony, że tak dużo można wyczytać z ruchów człowieka. Trzech ludzi w bieli poruszało się po obwodzie stale zmieniającego się trójkąta, dookoła czwartego, który był z nich wszystkich najwyższy i miał imponującą, obfitą fryzurę. Chodził wyprostowany, pewny swego, po prostej; trzej pozostali przemykali i kluczyli. Jego kombinezon trochę się wyróżniał: pokrywał go wzór z przecinających się prążków, tak jakby był owinięty kilkoma jardami…
— Powróz — powiedziałem na głos. Zrobiłem stop-klatkę i pokazałem, co mam na myśli. — Widziałem już coś takiego, podczas apertu. Jeden ze statystów przyszedł do nas tak ubrany. Był kapłanem Niebiańskiego Strażnika. Tak wyglądają ich szaty rytualne.
Tymczasem dołączyła do nas Cord: stanęła za krzesłem Sammanna i zerkała mu przez ramię.
— Ci czterej z tyłu… — odezwała się teraz. — To deklaranci.
Do tej pory patrzyliśmy tylko na kapłana i jego trzech akolitów, tym bardziej że druga czwórka niewiele robiła: po prostu wyszli gęsiego z budynku i wsiedli do autokaru.
— Dlaczego tak sądzisz? — spytałem. — Nic ich nie wyróżnia jako deklarantów. Może poza tym, że kompletnie nie interesuje ich ten gość z powrozem.
— Właśnie, że wyróżnia — odparła. — Zobaczcie, jak chodzą.
— O co ci chodzi? Wszyscy mamy po dwie nogi i chodzimy tak samo! — zaprotestowałem.
Sammann okręcił się na krześle, uśmiechnął do niej szeroko i z zapałem pokiwał głową.
— Oboje jesteście szurnięci — stwierdziłem.
— Cord ma rację — powiedział Sammann.
— Podczas apertu było to doskonale widać — wyjaśniła Cord. — Statyści przechadzają się leniwie, trochę niezgrabnie, ale zarazem w taki sposób, jakby byli panami świata. — Przeszła przez pokój rozkołysanym, swobodnym krokiem. — A deklaranci… Itowie zresztą też, są tacy… sztywniejsi.
Wyprostowała się i podeszła do nas — szybko, zdecydowanie, nie wywołując żadnego ruchu powietrza.
Brzmiało to niedorzecznie, ale musiałem jej przyznać rację: podczas apertu sam potrafiłem na odległość odróżnić fraa i suur od statystów — między innymi dlatego, że inaczej się poruszali. Przeniosłem wzrok na ekran.
— Masz rację — przyznałem. — Im dłużej się im przyglądam, tym bardziej znajomi mi się wydają. Zwłaszcza ten wysoki, na samym końcu. Do złudzenia przypomina mi…
Zamurowało mnie. Sammann i Cord spojrzeli na mnie podejrzliwie, zaniepokojeni, że coś mi się stało. Nie mogłem oderwać oczu od szpilu. Przeleciał jeszcze cztery razy, a ja za każdym razem coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że mam rację.
— To Jesry — wykrztusiłem.
— O mój Boże! — wykrzyknęła Cord.
— Niech nas błogosławi i zmiłuje się nad nami — zasyczał Ganelial Crade, jak zwykle, kiedy ktoś przy nim wzywał imię boże.
— Rzeczywiście, to twój przyjaciel — dodała Cord.
— Fraa Jesry poleciał w kosmos z Niebiańskim Strażnikiem — powiedziałem, chcąc usłyszeć brzmienie tych słów.
— I teraz z pewnością toczą tam fascynujące dyskusje — mruknął Sammann.
Dwie godziny później, kiedy, zasłoniwszy okna, próbowaliśmy zasnąć, cały moduł mieszkalny zaczął buczeć i dudnić, a potem szarpnęło nim z taką siłą, że połowa rzeczy pospadała na podłogę. Gnel i ja rozpięliśmy od dołu kombiwory i wybiegliśmy na pomost, żeby zobaczyć, jak lodowa skorupa rozbryzguje się miriadami skrzących się odłamków, miażdżona niezauważalnymi na razie poruszeniami gąsienic. Schody na końcu pomostu prowadziły w dół, prawie na poziom gruntu. Zbiegliśmy po nich, zeskoczyliśmy na lód, uruchomiliśmy trójkołowiec i pospiesznie ruszyliśmy w stronę platformy. Donośny łoskot poniósł się wzdłuż pociągu: lokomotywa szarpnęła w przód, wybierając luz na złączach między saniami. Dwie pochylnie ładunkowe wlokły się za platformą po lodzie: załadunek trwał do ostatniej chwili, a pociąg miał na dobre ruszyć dopiero za jakieś pół godziny. Wjechaliśmy po jednej z nich na górę, objechaliśmy drumon, który tyłem wciskał się w wąską lukę między dwoma innymi, i odszukaliśmy aport Gnela. Po deskach wprowadziliśmy go na skrzynię ładunkową i schowaliśmy deski pod wozem. Trochę czasu zajęło nam jeszcze ściągnięcie płynów chłodzących ze wszystkich trzech naszych maszyn i przelanie ich do poliplastowych naczyń. Zanim skończyliśmy, pociąg poruszał się już szybciej niż piechur w rakietach śnieżnych, zamiast więc gonić lokomotywę po śniegu, wróciliśmy do modułu mieszkalnego po chodnikach i pomostach umocowanych na zewnętrznych obrzeżach sań. Cord i Yul odsłonili okna i szykowali wielkie, uroczyste śniadanie. Cieszyłem się, że ruszyliśmy w drogę na biegun północny, ale kiedy przypomniałem sobie fraa Jesry’ego na orbicie, czułem boleśnie, że znalazłem się w niewłaściwym miejscu.