Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Chce pokazać całemu krajowi, że Arequipa jest z Odrią-powiedział senator Landa. – Ludność Arequipy przerywa mityng Koalicji. Opozycja zostaje ośmieszona i Partia Odnowy może spokojnie przygotowywać wybory w pięćdziesiątym szóstym.
– Ma przysłać dwudziestu pięciu tajniaków z Limy – powiedział don Emilio Arévalo. – A mnie prosił o jak największą ilość kolorowych, i to samych rozrabiaków.
– Wszystko przemyślane i przygotowane – powiedział senator Landa. – Ale tym razem nie będzie tak jak z Espina. Tym razem granat wybuchnie mu w rękach.
– Molina chciał mówić z panem Lozano i nic z tego – powiedział Ludovico. – I tak samo z don Cayo. Jego sekretarz ciągle mówił nie ma, nie ma.
– Chcesz ludzi do pomocy, Molina? – powiedział Cabrejitos. – Nie żartuj. Nikt mi nic nie mówił, zresztą nie mógłbym, nawet gdybym chciał. Moi ludzie mają roboty po dziurki w nosie.
– Chińczyk Molina rwał sobie włosy z głowy – powiedział Ludovico.
– I tak dobrze, że senator Arévalo nam przyśle pomoc powiedział Molina. – Podobno pięćdziesięciu facetów, i to takich, co już niejedno mają za sobą. Będziecie wy, będą oni, no i jeszcze nasi, ci, co są na służbie. Zrobimy, co się da.
– Chciałbym popróbować tej ich faszerowanej papryki, Ludo vico – powiedział Hipólito. – Trzeba skorzystać, jak już jesteśmy w Arequipie.
Po śniadaniu, nie zważając na zakaz, przelecieli się po mieście: małe uliczki, zimne słońce, domy z portalami ogrodzone kratą, połyskliwe bruki, księża, kościoły. Bramy na Placu Broni wyglądały jak mury fortecy. Trifulcio dyszał, szeroko rozwaliwszy gębę, a Téllez wskazywał na ściany: ci z Koalicji mieli pomysł, żeby robić swoją propagandę. Na placu usiedli na ławce na wprost szarego frontonu katedry, a tuż obok przejechał samochód z głośnikami: O Siódmej Wszyscy Do Teatru Miejskiego, Posłuchajcie, Będą Mówić Liderzy Opozycji. Z okien samochodu ciskano ulotki, ludzie podnosili je, przeglądali i wyrzucali. To ta wysokość, myślał Trifulcio. Już mu o tym mówili: serce waliło jak młot i brak ci powietrza. Czuł się tak, jakby długo biegł albo jak po bójce: przyspieszony puls, coś tłucze w skroniach, żyły się napinają. A może to i starość, myślał Trifulcio. Nie pamiętali, którędy wracać, i musieli pytać o drogę: Partia Odnowy? mówili ludzie. A co to takiego? Przecież to partia Odrii, śmiał się majster Martínez, a oni nawet nie wiedzą gdzie. Przyszli na miejsce, a ten co dawał rozkazy zaraz na nich z mordą, co oni sobie myślą, co to za zabawa w turystów? Razem z nim było dwóch facetów. Jeden nieduży, w okularach i krawacie na gumce, a drugi mieszaniec, w koszuli bez marynarki, i ten nieduży krzyczał na tego co dawał rozkazy: obiecali pięćdziesięciu, a przysłali pięciu. Co jest, kpiny czy co.
– Niech pan zadzwoni do Limy, doktorze Lama, niech pan się stara znaleźć don Emilia albo Lozano, albo pana Bermúdeza – powiedział ten co dawał rozkazy. – Ja całą noc dzwoniłem i nie złapałem nikogo. Ja nic nie wiem, jeszcze mniej rozumiem niż pan. Pan Lozano powiedział do don Emilia, że pięciu, no to jesteśmy w pięciu, doktorze. Niech oni teraz wyjaśnią, niech powiedzą, kto się pomylił.
– To nie to, żeby nam brakowało ludzi, ale potrzebujemy specjalistów, facetów z zaprawą – powiedział doktor. – A poza tym ja protestuję dla samej zasady. Okłamano mnie.
– Trudno, nie ma się co przejmować, doktorze – powiedział ten mieszaniec. – Pójdziemy na targowisko, weźmiemy ze trzystu i podrzucimy do teatru.
– Jesteś pewny tych ludzi z targowiska? – powiedział ten co dawał rozkazy. – Nie bardzo ci wierzę, Ruperto.
– Więcej niż pewny – powiedział Ruperto. – Ja mam doświadczenie. Zbierzemy wszystkich z targu i spadniemy na teatr jak lawina.
– Chodźmy do Moliny – powiedział doktor Lama. – Już pewnie przyszli jego ludzie.
– A w prefekturze zobaczyliśmy tych słynnych goryli senatora Arévalo – powiedział Ludo vico. – Z pięćdziesięciu zrobiło się tylko pięciu, Ambrosio.
– Ktoś tu kogoś wystrychnął na dudka – powiedział Molina. – Nieprawdopodobna historia, panie prefekcie.
– Czekam na połączenie z ministrem, chcę prosić o instrukcje – powiedział prefekt. – Ale tak mi się zdaje, że jego sekretarz nie chce mnie do niego dopuścić. Nie ma, wyszedł, jeszcze nie wrócił. Ten Alcibiades, ta stara baba.
– To nie jest nieporozumienie, to sabotaż – powiedział doktor Lama. – To mają być te pańskie posiłki, Molina? Dwóch zamiast dwudziestu pięciu, co? Nie, tego już za wiele.
– Alcibiades to mój człowiek – powiedział don Emilio Arévalo. – Ale najważniejsze to rozpracować Lozano. Jest dość sprytny i nienawidzi Bermúdeza. Tylko, oczywiście, trzeba go będzie trochę przycisnąć.
– Pięciu nieboraków, a w tym jeden stary i z górską chorobą – powiedział Ludovico. – I pan myśli, że my dwaj razem z tymi pięcioma rozpędzimy mityng? Nic z tego, nawet gdyby z nas byli supermeni, panie prefekcie.
– Zrobimy wszystko, co będzie trzeba – powiedział don Fermín. – Porozmawiamy z Lozano.
– Trzeba będzie skorzystać z pomocy pańskich ludzi, Molina – powiedział prefekt. – Nie planowano tego, pan Bermúdez nie chciał, żeby miejscowa policja pokazywała się podczas manifestacji. Ale nie ma rady.
– Pan nie, Fermín – powiedział senator Arévalo. – Pan jest w Koalicji, jest pan oficjalnym przeciwnikiem rządu. Ja jestem ich człowiekiem, do mnie Lozano ma więcej zaufania. Ja się tym zajmę.
– Na ilu pańskich ludzi możemy liczyć, Molina? – powiedział doktor Lama.
– Jak się zbierze oficerów i służbę pomocniczą to będzie ze dwudziestu – powiedział Molina. – Ale oni są etatowi i tak od razu się nie zgodzą. Zażądają premii za udział w niebezpiecznej akcji, zażądają gratyfikacji.
– Niech pan im obieca, co tylko zechcą, trzeba za wszelką cenę załatwić ten mityng – powiedział doktor Lama. – Dałem słowo i muszę go dotrzymać, Molina.
– Właściwie to może nie ma się czym martwić – powiedział prefekt. – Nawet nie zapełnią całego teatru. Kto tutaj zna tych wielkich panów z Koalicji?
– Tak, to prawda, że przyjdą tylko gapie, a ci, wiadomo, przy pierwszej awanturze rzucają się do ucieczki – powiedział doktor Lama. – Ale chodzi o zasadę. Oszukano nas, panie prefekcie.
– Będę się w dalszym ciągu starał porozumieć z ministrem – powiedział prefekt. – Może pan Bermudez zmienił plany i powinniśmy im pozwolić na ten mityng.
– Nie znalazłby się jaki proszek czy coś takiego dla jednego z moich ludzi? – powiedział ten co dawał rozkazy. – Dla tego czarnucha, doktorze. On prawie mdleje, ma chorobę wysokościową.
– Jak nie mieli ludzi, to po co się pchali do tego teatru – powiedział Ambrosio. – To przecież szaleństwo, jeżeli was było tylko kilku, Ludovico.
– Bo nam przedtem zasunęli drętwą gadkę, a myśmy to wszystko kupili – powiedział Ludovico. – Byliśmy tacy pewni, że tu nic się nie będzie robiło, tylko się nażremy tej faszerowanej papryki, co to jej tak chciał popróbować Hipólito.
– Do Tiabaya, tam robią najlepszą – powiedział Molina. Podlejcie ją cziczą i wracajcie na czwartą, to was zawieziemy do lokalu Partii Odnowy. Tam się zbieramy.
– Po co? – powiedział don Emilio Arévalo. – Pan wie aż za dobrze po co, panie Lozano. Oczywiście po to, żeby pogrążyć Bermudeza.
– Niech pan powie: aby przysłużyć się Koalicji, senatorze – rzekł Lozano. – Tym razem nie będę mógł panu pójść na rękę. Nie mogę tego zrobić Bermúdezowi, sam pan rozumie. On jest ministrem, to mój zwierzchnik.
– Ależ może pan, Lozano – powiedział don Emilio Arévalo. – My dwaj razem możemy to zrobić. Wszystko zależy od nas dwóch. Ludzie nie pojadą do Arequipy i plan Bermudeza diabli wezmą.