Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– A co potem, senatorze? – powiedział Lozano. – Pan się nie będzie musiał tłumaczyć przed don Cayo. Ale ja tak. Jestem jego podwładnym.
– Popełnia pan jeden błąd, Lozano, myśli pan, że ja chcę służyć Koalicji – powiedział don Emilio Arévalo. – Otóż nie, ja chcę służyć rządowi. Jestem zwolennikiem ustroju, wrogiem Koalicji. Rząd ma kłopoty, bo wśród nas powyrastały takie zgniłe gałęzie jak Bermudez, on jest najgorszy ze wszystkich. Czy pan mnie rozumie, Lozano? Staramy się służyć prezydentowi, nie Koalicji.
– To prezydent wie o wszystkim? – powiedział Lozano. – A, w takim razie sprawa wygląda zupełnie inaczej, panie senatorze.
– Oficjalnie prezydent nie może o tym wiedzieć – rzekł don Emilio Arévalo. – Od tego ma nas, swoich przyjaciół, Lozano.
Po tej cziczy to mi jeszcze gorzej, pomyślał Trifulcio. Krew w nim przestała krążyć, jakby za chwilę miała się zagotować. Ale nie dawał po sobie poznać, wyciągał rękę po swoją ogromną szklanicę i uśmiechał się do Télleza, Uronda, Ruperta i majstra Martineza: no to zdrówko. Tamci już byli na bańce. Mieszaniec chciał im pokazać, jaki to on oblatany, tu zaraz obok jest dom, w którym kiedyś spał Bolívar, a w Janahuara robią najlepszą cziczę na świecie, i śmiał się: w Limie tego nie ma, co? Tłumaczyli mu, że. oni są z Ica, ale nie docierało do niego. Trifulcio pomyślał: gdybym wziął dwie pastylki zamiast jednej, już by było po chorobie. Patrzył na zakopcone ściany, na kobiety, które dreptały pomiędzy kuchnią a stolikami roznosząc półmiski z pikantnymi daniami, i brał się za puls. Nie, krew się nie zatrzymała, nie przestała krążyć, ale krążyła powolutku. I wrzała, tak, wrzała, jej gorące fale tłukły mu się w piersi. Żeby już był wieczór, żeby już było po tej robocie w teatrze, żeby wreszcie wrócić do Ica. Czy to nie pora iść na targowisko? powiedział majster Martínez. Ruperto spojrzał na zegarek: jeszcze czas, jeszcze nie ma czwartej. Przez otwarte drzwi Trifulcio widział niewielki plac, ławki i drzewa, dzieciaki bawiące się bąkami, białe mury kościoła. To nie przez tę wysokość, to ze starości. Przejechał samochód z głośnikami, Wszyscy Do Teatru, Wszyscy Za Koalicją, i Ruperto zaklął: jeszcze zobaczymy. Spokojnie, powiedział, Téllez, wytrzymaj jeszcze trochę. No jak tam twoje górskie choróbsko, dziadziu? powiedział Ruperto. Lepiej, wnuku, uśmiechnął się Trifulcio. I poczuł, że go nienawidzi.
– Wszystko w porządku, senatorze, tylko zrobiłem taki mały wybieg – powiedział Lozano. – Poślę ludzi, ale mniej. A reszta przyjedzie bardzo późno. Liczę na pana, w razie gdyby…
– Może pan na mnie liczyć we wszystkim, Lozano – powiedział don Emilio Arévalo. – A poza tym może pan liczyć na wdzięczność Koalicji. Ci wielcy panowie myślą, że to dla nich. I niech sobie myślą, tym lepiej dla pana.
– Jeszcze nie ma łączności z Arequipa? – powiedział Cayo Bermúdez. – To już szczyt wszystkiego, doktorze.
– Wcale mi nie smakowała ta ich papryka – powiedział Hipólito. – Pali mnie w gębie, Ludovico.
– Tylko dziesięciu udało mi się namówić – powiedział Molina. – Inni za nic, nie pójdziemy tam w cywilu, żeby nie wiem jakie premie nam dawali. No więc jak, panie prefekcie?
– Dziesięciu, dwaj z Limy i pięciu od senatora to razem siedemnastu – powiedział prefekt. – Jeżeli Lama naprawdę podburzy ludzi na targu, może tam w tym teatrze zrobić nielichy burdel, czemu nie. Myślę, że się uda, Molina.
. – Jestem głupi, ale nie taki głupi, jak się wydaje tym wielkim panom, senatorze – powiedział Lozano. – Ja nigdy nie biorę czeków.
– Halo, Arequipa? – powiedział Cayo Bermúdez. – Molina? Co się dzieje, Molina, gdzie się pan podziewał, u diabła?
– Oni też nie są tacy głupi – powiedział don Emilio Arévalo. – To czek na okaziciela, Lozano.
– Ależ to ja cały dzień dzwonię do pana, don Cayo – powiedział Molina. – I pan prefekt też, i doktor Lama też. To przecież pana nigdzie nie można było znaleźć, don Cayo.
– Czy coś niedobrego w Arequipie, don Cayo? – powiedział doktor Alcibiades.
– Nie jedna, ale tysiąc trudności – powiedział Molina. – Mamy mało ludzi, don Cayo. Nie wiem, czy damy radę z taką garstką.
– Ludzie Lozana nie przyjechali? – powiedział Cayo Bermúdez. – Autokar od Arévalo nie przyszedł? Co pan mi tu opowiada, Molina?
– Zmobilizowaliśmy dziesięciu naszych, tych etatowych, ale to i tak mało, razem tylko siedemnastu, don Cayo – powiedział Molina. – Między nami mówiąc, nie bardzo wierzę doktorowi Lamie. Obiecuje pięciuset, tysiąc. Ale pan go zna, lubi fantazjować.
– Tylko dwóch z Limy, tylko pięciu z Ica? – powiedział Cayo Bermúdez. – To może pana drogo kosztować, Molina. Gdzie jest reszta ludzi?
– Ależ oni nie przyjechali, don Cayo – powiedział Molina. – To właśnie ja pytam, gdzie są, dlaczego nie przyjechało tylu, ilu pan zapowiedział.
– A my, jak te niewiniątka, po obiedzie na spacerek przez plac – powiedział Ludovico. – Jak te niewiniątka, żeby tylko rzucić okiem na Teatr Miejski, dla rozpoznania terenu.
– Sądzę, że mimo tych kłopotów wszystko potoczy się, jak trzeba, don Cayo – powiedział prefekt. – Koalicja właściwie tutaj nie istnieje. Robili propagandę, ale nawet nie zdołają zapełnić teatru. Ściągnie może setka gapiów, nie więcej. Czy pan naprawdę myślał, że przyjechali ci wszyscy ludzie, jak to się mogło stać, don Cayo?
– Ktoś nam nabruździł i trzeba trochę czasu, żeby wszystko wyjaśnić – powiedział Cayo Bermúdez. – Czy jest tam Lama?
– Halo, jestem, panie ministrze – powiedział doktor Lama. – Zgłaszam stanowczy protest. Obiecał nam pan osiemdziesięciu ludzi, a przyjechało siedmiu. Przyrzekliśmy prezydentowi, że obrócimy mityng Koalicji w wielką ludową demonstrację na rzecz rządu, ale padliśmy ofiarą sabotażu. Jednakże nie cofniemy się ani o krok, oświadczam panu.
– Niech pan zostawi na później te frazesy, Lama – powiedział Cayo Bermúdez. – Muszę wiedzieć, na co mogę liczyć, i proszę o absolutnie szczerą odpowiedź. Czy pan może zorganizować jakich dwudziestu, trzydziestu ludzi do pomocy Molinie? Cena nie gra roli. Dwudziestu albo trzydziestu, którym warto dobrze zapłacie. No jak?
– Nawet pięćdziesięciu albo i więcej – powiedział doktor Lama. – Tu nie chodzi o ilość, panie ministrze. Ludzi mamy aż za dużo. Rzecz w tym, że pan nam obiecał facetów z zaprawą, doświadczonych.
– W porządku, zbierze pan ze trzydziestu i niech wejdą razem z Molina do Teatru Miejskiego – powiedział Cayo Bermúdez. – A co z naszą manifestacją?
– Ludzie z Partii Odnowy rozeszli się po mieście, żeby robić propagandę – powiedział doktor Lama. – Rzucimy całą ludność pod bramy teatru. A o piątej robimy drugą manifestację, na placu targowym. Zbierzemy tysiące ludzi. Koalicja skona w naszym mieście, panie ministrze.
– W porządku, Molina, popchniemy sprawę naprzód – powiedział Cayo Bermúdez. – Wiem, że Lama koloryzuje, ale nie mamy innego wyjścia, musimy mu zaufać. Tak, porozmawiam z komendantem, żeby na wszelki wypadek wzmocnił patrole w centrum.
Dziwna choroba, pomyślał Trifulcio, to przychodzi, to mija. Wydawało mu się, że umiera, że znów odżywa, że jeszcze raz umiera. Ruperto, podniósłszy szklankę, patrzył na niego wyzywająco. Zdrówko, uśmiechnął się Trifulcio i wypił. Urondo, Téllez i majster Martínez podśpiewywali fałszywie, knajpa zapełniła się ludźmi. Ruperto spojrzał na zegarek: czas iść, samochody już pewnie są na targu. Ale majster Martínez powiedział no to strzemiennego. Zamówił dzbanek cziczy i wypili na stojąco. Możemy zacząć i tutaj, powiedział Ruperto i wskoczył na krzesło: mieszkańcy Arequipy, bracia, posłuchajcie. Trifulcio oparł się o ścianę, przymknął oczy: chyba tu umrze czy co? Po trochu świat przestawał wirować, krew znowu krążyła normalnie. Wszyscy do Teatru Miejskiego, pokażmy limańczykom, jacy to są mieszkańcy Arequipy, ryczał Ruperto chwiejąc się na krześle. Ludzie jedli i pili jak przedtem, ten i ów się roześmiał. Zdrowie was wszystkich i zdrowie Odrii, powiedział Ruperto, wznosząc kieliszek, czekamy na was pod teatrem. Téllez, Urondo i majster Martínez objęli Ruperta i wyciągnęli go na ulicę; lepiej już chodźmy, bracie, bo późno. Trifulcio wyszedł zaciskając zęby i pięści. Nie krążyła, gotowała się. Zatrzymali taksówkę. Na targ.