Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– No mówię ci, istne niewiniątka – powiedział Ludovico. – Bo po pierwsze myśleliśmy, że w Arequipie będzie więcej facetów z Partii Odnowy. A po drugie nie wiedzieliśmy, że ci z Koalicji ściągnęli tylu zabijaków.
– W gazetach pisali, że była draka, bo policja weszła do teatru – powiedział Ambrosio. – Bo strzelali i rzucali granaty.
– Całe szczęście, że weszli i że rzucali te granaty – powiedział Ludovico. – Gdyby nie to, ja bym tam już został. Wpieprzyli mi, ale przynajmniej żyję, Ambrosio.
– Tak, niech pan zobaczy, co się dzieje na placu targowym, Molina – powiedział Cayo Bermúdez. – I niech pan zaraz zadzwoni.
– Właśnie przechodziłem pod teatrem, don Cayo powiedział prefekt. – Jeszcze pusto. Policja już zajęła stanowiska w pobliżu.
Wysiedli z taksówki na rogu placu targowego i Ruperto: widzicie? jego ludzie już tam byli. Dwa samochody z głośnikami wjechały pomiędzy stragany i robiły piekielny hałas. Z jednego rozlegała się muzyka, z drugiego grzmiący głos, i Trifulcio musiał chwycić za ramię Uronda. Co jest, Murzynie, znowu cię złapało? Nie, mruknął Trifulcio, już przeszło. Jedni rozdawali ulotki, inni mówili do ludzi przez tubę, tłum wokół samochodów gęstniał po trochu. Ale większość kręciła się nadal między straganami z zieleniną i odzieżą, handel szedł jak zwykle. Ale masz powodzenie, Trifulcio, powiedział majster Martínez, na nikogo nie patrzą, tylko na ciebie. A Téllez: wszystko przez tę twoją wredną gębę, Trifulcio. Ruperto wdrapał się na furgonetkę, objął ramionami facetów, którzy tam stali, i złapał za mikrofon. Proszę podejść bliżej, podejdźcie, ludzie, proszę posłuchać. Urondo, Téllez, majster Martínez wmieszali się w tłum sprzedawców, kupujących, żebraków i namawiali: podejdźcie, chodźcie bliżej, posłuchajcie. Jeszcze z pięć godzin, zanim się skończy ta heca w teatrze, myślał Trifulcio, potem jeszcze z osiem godzin nocy, a pewnie wyjadą dopiero koło południa: nie wytrzyma tak długo. Zbliżał się wieczór, pochłodniało, pomiędzy straganami z towarem stały stoliki z zapalonymi świecami, ludzie jedli przy tych stołach. Drżały mu nogi, plecy miał mokre, ogień w skroniach. Osunął się na jakąś skrzynkę i dotknął piersi: serce biło. Sprzedawczyni płótna z Tocuyo spojrzała ña niego zza lady i wybuchnęła śmiechem: pierwszy raz takiego widzę, przedtem to tylko w kinie. To prawda, pomyślał Trifulcio, w Arequipie nie ma czarnych. Pan chory? powiedziała kobieta, może wody? Tak, dziękuję. Nie jest chory, to ta wysokość. Wypił wodę i poczuł się lepiej; poszedł pomóc tamtym. Bądźcie gotowi, pokażcie tym z Limy, darł się Ruperto wymachując podniesioną pięścią, i teraz już go słuchało dużo ludzi. Zatarasowali ulicę, a Téllez, Urondo, majster Martínez i tamci z samochodów chodzili tu i tam, przyklaskiwali i zachęcali gapiów. Wszyscy pod teatr, my im pokażemy, i Ruperto walił się w pierś. Zalał się, pomyślał Trifulcio łapczywie chwytając powietrze.
– I kto by pomyślał, że w Arequipie było tylu odristów – powiedział Ambrosio.
– To była ta kontrmanifestacja Partii Odnowy na targowisku – powiedział Ludo vico. – Poszliśmy zobaczyć, a tam wszystko aż się gotowało.
– A nie mówiłem, Molina – doktor Lama wskazał na tłum. – Szkoda, że Bermudez nie może tego zobaczyć.
– Niech pan do nich wreszcie przemówi, doktorze Lama – powiedział Molina. – Muszę szybko zebrać moich ludzi, żeby im dać instrukcje.
– Tak, powiem kilka słów – rzekł doktor Lama – zróbcie mi przejście do samochodów.
– Więc plan był taki, żeby dać wycisk tym z Koalicji, tak? – powiedział Ambrosio.
– Weszliśmy do teatru i zaczęliśmy rozrabiać – powiedział Ludovico. – A jak kto wychodził, miał się nadziać na kontrmanifestację. Pomysł był dobry, tylko się nie udało.
Wciśnięty w tłum tych, co słuchali, śmiali się i klaskali, Trifulcio nie otwierał ust. Już nie umierał, kości mu nie pękały od chłodu, serce nie waliło tak, jakby w każdej chwili miało się zatrzymać. Kłucie w głowie też przeszło. Słuchał wrzasków Ruperta i widział, jak ludzie pchają się coraz bliżej furgonetki, bo tam zaczynali rozdawać wódkę i upominki. W półmroku dostrzegał twarze Télleza, Uronda, majstra Martineza, kręcili się pomiędzy ludźmi i wyobrażał sobie, że klaszczą, że podburzają. On nic nie robił; powoli wdychał powietrze, chwytał się za puls, myślał jeżeli się nie będę ruszał, to wytrzymam. I wtedy zrobił się ruch, ludzie zaczęli się pchać, morze głów zafalowało, kilku mężczyzn podeszło do samochodu, a ci, co tam już byli, pomogli im wejść na platformę. Niech żyje sekretarz generalny Partii Odnowy! krzyknął Ruperto i Trifulcio poznał tego faceta: to ten sam, co mu dał pastylki na jego chorobę, to doktor. Cisza, doktor Lama będzie przemawiał, zawył Ruperto. Ten co dawał rozkazy też wdrapał się na platformę. – Spędzili tłumy, ale przegrali sprawę – powiedział Ludo-vico.
– Tak, ludzi nam wystarczy – powiedział Molina. – Tylko ich za bardzo nie rozpijajcie.
– Postawimy w teatrze trochę policji, don Cayo – powiedział prefekt. – Tak, w mundurach i z bronią. Uprzedzałem o tym panów z Koalicji. Nie, nie mieli nic przeciw temu. To na wszelki wypadek, nigdy nie zawadzi przezorność, don Cayo.
– Ilu ludzi zebrał Lama na targowisku? – powiedział Cayo Bermúdez. – Niech pan powie od siebie, Molina, na ilu mniej więcej pan ich oblicza.
– Ja nie umiem tak wyliczyć, ale sporo – powiedział Molina. – Może z tysiąc. Wygląda to nieźle. Ci, co wejdą do środka, już są w lokalu partii. Właśnie stąd do pana dzwonię, don Cayo.
Szybko się ściemniało i Trifulcio już nie mógł dojrzeć twarzy doktora Lamy, tylko słyszał, jak mówi. To nie to co Ruperto, o, ten umiał przemawiać. Takimi trudnymi słowami, tak elegancko, na rzecz Odríi i narodu, a przeciw Koalicji. Całkiem dobrze, chociaż nie tak jak senator Arévalo, myślał Trifulcio. Téllez wziął go za ramię: idziemy, Murzynie. Łokciami torowali sobie przejście, na rogu stał samochód, a w środku Urondo, majster Martínez, ten co dawał rozkazy i dwóch z Limy, rozmawiali o faszerowanej papryce. Jak tam twoja górska choroba, Trifulcio? Już lepiej. Furgonetka przeleciała przez ciemne ulice, stanęła pod lokalem Partii Odnowy. Światła, w pokojach pełno ludzi, i znowu to bicie serca, dreszcze, duszności. Ten co dawał rozkazy i Chińczyk Molina dokonywali prezentacji: przyjrzyjcie się sobie, popatrzcie sobie w twarz, to wy będziecie robić drakę. Przynieśli im coś do wypicia, papierosy i kanapki. Dwaj faceci z Limy byli wstawieni, a ci tutejsi zalani w trupa. Tylko się nie ruszać, głęboko oddychać i przetrzyma.
– Kazali nam iść dwójkami – powiedział Ludovico. – Rozdzielili mnie z Hipolitem.
– Ludovico Pantoja razem z tym czarnym – powiedział Molina. – Trifulcio, tak?
– Dali mi do pary tego, co ledwie zipał, miał górską chorobę – powiedział Ludovico. – Jednego z tych, co ich potem zabili w teatrze. Masz pojęcie, Ambrosio, śmierć przeszła tuż koło mnie.
– Dwudziestu dwóch, jedenaście dwójek – powiedział Molina. – Żebyście się tylko rozpoznali, żeby wam się nie pomyliło.
– Trzech zabili, czternastu poszło do szpitala – powiedział Ludovico. – A ten tchórz Hipólito nietknięty, no powiedz, czy to sprawiedliwie.