Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 115 116 117 118 119 120 121 122 123 ... 173
Перейти на страницу:

Mimo po­zor­nej swo­bo­dy jej oczy były twar­de i czuj­ne. Alt­sin po­ki­wał gło­wą, w koń­cu mia­ła do stra­ce­nia o wie­le wię­cej niż on.

– No wła­śnie – od­po­wie­dział uśmie­chem, rów­nie sze­ro­kim i rów­nie sztucz­nym. – Tyl­ko że nam nie cho­dzi o hra­bie­go, lecz o ba­ro­na sek-Gre­sa. Gdy­byś to tak zo­sta­wi­ła, jaką mia­ła­byś pew­ność, pani, że któ­re­goś dnia Ewen­net nie przy­śle ci li­stu lub po­słań­ca z wia­do­mo­ścią, po któ­rej sta­niesz się za­kład­nicz­ką jego do­brej woli?

– To praw­da – przy­zna­ła. – Lecz je­śli mia­ła­bym sa­kiew­kę, być może nie ośmie­lił­by się mnie otwar­cie oskar­żyć. Dasz mi ją?

Wy­szcze­rzył się jesz­cze sze­rzej.

– Oczy­wi­ście, że nie. Jest w bez­piecz­nym miej­scu. Tu­taj mógł­bym ją nie­chcą­cy upu­ścić, pró­bu­jąc wy­rwać nóż tkwią­cy w ple­cach.

– Nie ufasz mi – stwier­dzi­ła chy­ba bar­dziej roz­ba­wio­na niż obu­rzo­na. – Dla­cze­go?

– Bo mia­łaś kil­ka dni na wy­my­śle­nie ja­kie­goś pla­nu, a pro­po­nu­jesz naj­prost­szy i naj­bar­dziej tchórz­li­wy. – Alt­sin wzru­szył ra­mio­na­mi. – Bo my, lu­dzie z Ni­skie­go Mia­sta, z za­sa­dy nie ufa­my tym z Wy­so­kie­go. Głów­nie dla­te­go, że to oni wpro­wa­dzi­li po­dział na Ni­skie i Wy­so­kie. Bo przed two­ją re­zy­den­cją wi­dzia­łem sze­ściu straż­ni­ków za­miast, jak ostat­nio, jed­ne­go. No i oczy­wi­ście wiem do­brze, że mo­żesz stra­cić wię­cej niż ja, a San­wes był tyl­ko za­baw­ką, ko­cha­siem, ja­kich mia­łaś wie­lu. Tak na­praw­dę, to nie jest two­ja ze­msta.

Pa­trzył jej pro­sto w oczy, sta­ra­jąc się na­wet nie mru­gnąć. Szu­kał... gnie­wu, zło­ści, bólu? Lek­ce­wa­że­nia lub po­gar­dy. Cze­go­kol­wiek, co po­zwo­li­ło­by mu oce­nić, jak bar­dzo ba­ro­no­wa ze­chce za­ry­zy­ko­wać.

Ona za­mru­ga­ła pierw­sza. Na­gle mia­ła oczy szkli­ste i wil­got­ne. Za­ci­snę­ła dłoń w pięść.

– Wyjdź – rzu­ci­ła krót­ko.

– Ale...

– Wyjdź na­tych­miast i nie wra­caj, póki cię nie przy­wo­łam. – Od­wró­ci­ła się do chłop­ca ple­ca­mi. – Albo we­zwę tych sze­ściu straż­ni­ków. Już!

Wy­szedł, sta­ran­nie za­my­ka­jąc drzwi. Oparł się o ścia­nę, za­ło­żył ręce na pier­si. Prze­cho­dzą­ca słu­żą­ca rzu­ci­ła mu prze­lot­ne spoj­rze­nie, lecz na wi­dok je­dwa­bi i ak­sa­mi­tów opu­ści­ła wzrok i po­mknę­ła da­lej.

W re­zy­den­cji pa­no­wał spo­ry ruch, wszy­scy, od chłop­ców na po­sył­ki po ja­kie­goś drą­ga­la w li­be­rii pierw­sze­go lo­ka­ja, bie­ga­li wte i we­wte, prze­no­sząc ja­kieś pa­pie­ry, pa­kun­ki, ko­sze, a nie­kie­dy na­wet me­ble. Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­ło to tak, jak­by ba­ro­no­wa wy­pro­wa­dza­ła się z mia­sta. Je­śli jed­nak mia­ła w kil­ka dni przy­go­to­wać sta­rą re­zy­den­cję Ter­le­achów do balu, mu­sia­ła ko­rzy­stać z tego, co było pod ręką. W tym przy­pad­ku z wy­po­sa­że­nia wła­sne­go do­mo­stwa. Wresz­cie drzwi się uchy­li­ły.

– Wejdź.

Tym ra­zem to ona usia­dła przy biur­ku.

– Nie od­zy­waj się – rzu­ci­ła, le­d­wo prze­kro­czył próg. – Nic nie mów, nie­py­ta­ny. Nie od­noś się do mnie aro­ganc­ko lub z kpi­ną. Do tej pory ci to wy­ba­cza­łam, bo wiem, dla­cze­go się tak za­cho­wu­jesz. Wy­cho­wa­łeś się na uli­cach i w por­cie, li­zną­łeś twar­de­go ży­cia, oszu­ki­wa­łeś, kra­dłeś i za­bi­ja­łeś, żeby prze­żyć. W grun­cie rze­czy uwa­żasz się za ko­goś lep­sze­go, mą­drzej­sze­go i bar­dziej do­świad­czo­ne­go. San­wes był w tym po­dob­ny do cie­bie. Ta sama mie­sza­ni­na po­czu­cia niż­szo­ści, aro­gan­cji i gnie­wu. Jed­nak to, co to­le­ro­wa­łam u nie­go, jest nie do przy­ję­cia w two­im przy­pad­ku. Za mniej­sze prze­wi­nie­nia ka­za­łam lu­dzi chło­stać i wy­rzu­ca­łam na bruk. I ni­g­dy, ale to ni­g­dy nie su­ge­ruj, że wszyst­ko w ży­ciu prze­li­czam na pie­nią­dze i ko­rzy­ści. Ro­zu­miesz?

Przyj­rzał się jej uważ­nie. Wła­ści­wie się nie zmie­ni­ła, mia­ła tyl­ko lek­ko pod­krą­żo­ne oczy, na któ­rych dnie go­ścił te­raz ma­leń­ki pło­myk. Nie chciał­by roz­pa­lić go w praw­dzi­wy po­żar.

– Tak, pani. Co więc pro­po­nu­jesz?

* * *

Ka­pi­tan stat­ku. Alt­sin sta­nął przed lu­strem i jesz­cze raz przyj­rzał się swo­je­mu od­bi­ciu. Ka­za­ła mu przy­strzyc wło­sy, tak, jak­by mia­ły się cho­wać pod ma­ry­nar­skim skó­rza­nym czep­cem. Za­bro­ni­ła się go­lić, bo w Ar-Mit­tar pa­no­wa­ła obec­nie moda na kil­ku­dnio­wy za­rost, po­sma­ro­wa­ła twarz i przed­ra­mio­na ja­kąś ma­ścią, któ­ra po wy­schnię­ciu przy­ciem­ni­ła skó­rę, su­ge­ru­jąc opa­le­ni­znę ko­goś, kto całe dnie spę­dza na po­kła­dzie ża­glow­ca.

– Nie mo­żesz pójść na przy­ję­cie jako ku­piec, mistrz ce­chu czy cza­ro­dziej z Ni­skie­go Mia­sta, bo ci bar­dziej zna­czą­cy są tu zna­ni, a po­dej­rza­ne by­ło­by, gdy­bym za­pro­si­ła ko­goś mało waż­ne­go. Nic nie zro­bi­my z two­im ak­cen­tem, więc nie mo­żesz też pójść jako szlach­cic z pro­win­cji. Roz­po­zna­no by cię, jak­byś tyl­ko otwo­rzył usta. Więc zo­sta­je nam ka­pi­tan ża­glow­ca spo­za mia­sta – wszy­scy że­gla­rze mó­wią po­dob­nie, por­to­wy ak­cent ni­ko­go nie zdzi­wi. Jako or­ga­ni­za­tor­ka mogę do­brać kil­ka osób spo­za li­sty, za­zwy­czaj to do­bra oka­zja, by wpro­wa­dzić w to­wa­rzy­stwo nowe twa­rze i czę­sto się tak robi, więc nikt nie po­wi­nien się dzi­wić.

Wy­ja­śnia­ła to, ka­żąc mu przy­mie­rzać co­raz to inne wer­sje stro­jów, w koń­cu wy­bra­ła taki skła­da­ją­cy się z cięż­kich bu­tów, spodni z suk­na spię­tych sze­ro­kim pa­sem, ko­szu­li i skó­rza­ne­go ku­bra­ka, im­pre­gno­wa­ne­go ole­jem i ozdo­bio­ne­go taką ilo­ścią srebr­nych ćwie­ków i kó­łek, że wy­glą­dał nie­mal jak kol­czu­ga. Wszyst­ko, łącz­nie z me­ta­lo­wy­mi ele­men­ta­mi, bar­wio­ne było na głę­bo­ką czerń. Tyl­ko na le­wym nad­garst­ku ka­za­ła mu za­ło­żyć bran­so­le­tę z po­le­ro­wa­nej sta­li, z dwo­ma skrzy­żo­wa­ny­mi wio­sła­mi. Sym­bol ka­pi­ta­na ga­le­ry – jak wy­ja­śni­ła.

– To naj­now­sza moda bo­ga­tych mit­tar­skich że­gla­rzy, ra­czej tan­det­na, moim zda­niem. Ale jest do nich dość da­le­ko, więc nikt nie bę­dzie za­sko­czo­ny, że nie masz w oko­li­cy krew­nych czy zna­jo­mych. Ar-Mit­tar na­ło­żył ostat­nio pa­skud­ne po­dat­ki na na­szych kup­ców, pró­bu­ją­cych na­by­wać u ich płat­ne­rzy broń. W ogó­le na stal i że­la­zo. W od­we­cie na­sza Rada na­ło­ży­ła rów­nie po­tęż­ne cła na ich stat­ki z wy­ro­ba­mi że­la­zny­mi, więc han­del bro­nią i in­ny­mi rze­cza­mi za­marł. Lecz nie­daw­no po­ja­wi­ła się plot­ka, że gru­pa rzut­kich i ener­gicz­nych mit­tar­skich ka­pi­ta­nów by­ła­by go­to­wa wspo­móc na­szych kup­ców, wy­pły­wa­jąc z Ar-Mit­tar z ła­dow­nia­mi peł­ny­mi bro­ni i in­ne­go że­la­za i do­ko­nu­jąc prze­ła­dun­ku z dala od por­tu. Hra­bia wy­ra­ził kie­dyś za­in­te­re­so­wa­nie tym po­my­słem. Bę­dziesz jed­nym z ka­pi­ta­nów, chcą­cych za­pro­po­no­wać usłu­gi w imie­niu tej gru­py.

Po­tem mó­wi­ła ci­cho, nie­mal szep­tem, po­wta­rza­jąc bez prze­rwy kil­ka­na­ście naj­waż­niej­szych na­zwisk, któ­re po­wi­nien znać, i wszyst­kie in­for­ma­cje na te­mat Ar-Mit­tar, ja­kie jej zda­niem mogą mu się przy­dać. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by pró­bo­wa­ła sama sie­bie prze­ko­nać, że cały ten plan to coś wię­cej niż tyl­ko de­spe­rac­ka im­pro­wi­za­cja. Słu­chał jed­nym uchem.

1 ... 115 116 117 118 119 120 121 122 123 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)