Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Mimo pozornej swobody jej oczy były twarde i czujne. Altsin pokiwał głową, w końcu miała do stracenia o wiele więcej niż on.
– No właśnie – odpowiedział uśmiechem, równie szerokim i równie sztucznym. – Tylko że nam nie chodzi o hrabiego, lecz o barona sek-Gresa. Gdybyś to tak zostawiła, jaką miałabyś pewność, pani, że któregoś dnia Ewennet nie przyśle ci listu lub posłańca z wiadomością, po której staniesz się zakładniczką jego dobrej woli?
– To prawda – przyznała. – Lecz jeśli miałabym sakiewkę, być może nie ośmieliłby się mnie otwarcie oskarżyć. Dasz mi ją?
Wyszczerzył się jeszcze szerzej.
– Oczywiście, że nie. Jest w bezpiecznym miejscu. Tutaj mógłbym ją niechcący upuścić, próbując wyrwać nóż tkwiący w plecach.
– Nie ufasz mi – stwierdziła chyba bardziej rozbawiona niż oburzona. – Dlaczego?
– Bo miałaś kilka dni na wymyślenie jakiegoś planu, a proponujesz najprostszy i najbardziej tchórzliwy. – Altsin wzruszył ramionami. – Bo my, ludzie z Niskiego Miasta, z zasady nie ufamy tym z Wysokiego. Głównie dlatego, że to oni wprowadzili podział na Niskie i Wysokie. Bo przed twoją rezydencją widziałem sześciu strażników zamiast, jak ostatnio, jednego. No i oczywiście wiem dobrze, że możesz stracić więcej niż ja, a Sanwes był tylko zabawką, kochasiem, jakich miałaś wielu. Tak naprawdę, to nie jest twoja zemsta.
Patrzył jej prosto w oczy, starając się nawet nie mrugnąć. Szukał... gniewu, złości, bólu? Lekceważenia lub pogardy. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu ocenić, jak bardzo baronowa zechce zaryzykować.
Ona zamrugała pierwsza. Nagle miała oczy szkliste i wilgotne. Zacisnęła dłoń w pięść.
– Wyjdź – rzuciła krótko.
– Ale...
– Wyjdź natychmiast i nie wracaj, póki cię nie przywołam. – Odwróciła się do chłopca plecami. – Albo wezwę tych sześciu strażników. Już!
Wyszedł, starannie zamykając drzwi. Oparł się o ścianę, założył ręce na piersi. Przechodząca służąca rzuciła mu przelotne spojrzenie, lecz na widok jedwabi i aksamitów opuściła wzrok i pomknęła dalej.
W rezydencji panował spory ruch, wszyscy, od chłopców na posyłki po jakiegoś drągala w liberii pierwszego lokaja, biegali wte i wewte, przenosząc jakieś papiery, pakunki, kosze, a niekiedy nawet meble. Na pierwszy rzut oka wyglądało to tak, jakby baronowa wyprowadzała się z miasta. Jeśli jednak miała w kilka dni przygotować starą rezydencję Terleachów do balu, musiała korzystać z tego, co było pod ręką. W tym przypadku z wyposażenia własnego domostwa. Wreszcie drzwi się uchyliły.
– Wejdź.
Tym razem to ona usiadła przy biurku.
– Nie odzywaj się – rzuciła, ledwo przekroczył próg. – Nic nie mów, niepytany. Nie odnoś się do mnie arogancko lub z kpiną. Do tej pory ci to wybaczałam, bo wiem, dlaczego się tak zachowujesz. Wychowałeś się na ulicach i w porcie, liznąłeś twardego życia, oszukiwałeś, kradłeś i zabijałeś, żeby przeżyć. W gruncie rzeczy uważasz się za kogoś lepszego, mądrzejszego i bardziej doświadczonego. Sanwes był w tym podobny do ciebie. Ta sama mieszanina poczucia niższości, arogancji i gniewu. Jednak to, co tolerowałam u niego, jest nie do przyjęcia w twoim przypadku. Za mniejsze przewinienia kazałam ludzi chłostać i wyrzucałam na bruk. I nigdy, ale to nigdy nie sugeruj, że wszystko w życiu przeliczam na pieniądze i korzyści. Rozumiesz?
Przyjrzał się jej uważnie. Właściwie się nie zmieniła, miała tylko lekko podkrążone oczy, na których dnie gościł teraz maleńki płomyk. Nie chciałby rozpalić go w prawdziwy pożar.
– Tak, pani. Co więc proponujesz?
* * *
Kapitan statku. Altsin stanął przed lustrem i jeszcze raz przyjrzał się swojemu odbiciu. Kazała mu przystrzyc włosy, tak, jakby miały się chować pod marynarskim skórzanym czepcem. Zabroniła się golić, bo w Ar-Mittar panowała obecnie moda na kilkudniowy zarost, posmarowała twarz i przedramiona jakąś maścią, która po wyschnięciu przyciemniła skórę, sugerując opaleniznę kogoś, kto całe dnie spędza na pokładzie żaglowca.
– Nie możesz pójść na przyjęcie jako kupiec, mistrz cechu czy czarodziej z Niskiego Miasta, bo ci bardziej znaczący są tu znani, a podejrzane byłoby, gdybym zaprosiła kogoś mało ważnego. Nic nie zrobimy z twoim akcentem, więc nie możesz też pójść jako szlachcic z prowincji. Rozpoznano by cię, jakbyś tylko otworzył usta. Więc zostaje nam kapitan żaglowca spoza miasta – wszyscy żeglarze mówią podobnie, portowy akcent nikogo nie zdziwi. Jako organizatorka mogę dobrać kilka osób spoza listy, zazwyczaj to dobra okazja, by wprowadzić w towarzystwo nowe twarze i często się tak robi, więc nikt nie powinien się dziwić.
Wyjaśniała to, każąc mu przymierzać coraz to inne wersje strojów, w końcu wybrała taki składający się z ciężkich butów, spodni z sukna spiętych szerokim pasem, koszuli i skórzanego kubraka, impregnowanego olejem i ozdobionego taką ilością srebrnych ćwieków i kółek, że wyglądał niemal jak kolczuga. Wszystko, łącznie z metalowymi elementami, barwione było na głęboką czerń. Tylko na lewym nadgarstku kazała mu założyć bransoletę z polerowanej stali, z dwoma skrzyżowanymi wiosłami. Symbol kapitana galery – jak wyjaśniła.
– To najnowsza moda bogatych mittarskich żeglarzy, raczej tandetna, moim zdaniem. Ale jest do nich dość daleko, więc nikt nie będzie zaskoczony, że nie masz w okolicy krewnych czy znajomych. Ar-Mittar nałożył ostatnio paskudne podatki na naszych kupców, próbujących nabywać u ich płatnerzy broń. W ogóle na stal i żelazo. W odwecie nasza Rada nałożyła równie potężne cła na ich statki z wyrobami żelaznymi, więc handel bronią i innymi rzeczami zamarł. Lecz niedawno pojawiła się plotka, że grupa rzutkich i energicznych mittarskich kapitanów byłaby gotowa wspomóc naszych kupców, wypływając z Ar-Mittar z ładowniami pełnymi broni i innego żelaza i dokonując przeładunku z dala od portu. Hrabia wyraził kiedyś zainteresowanie tym pomysłem. Będziesz jednym z kapitanów, chcących zaproponować usługi w imieniu tej grupy.
Potem mówiła cicho, niemal szeptem, powtarzając bez przerwy kilkanaście najważniejszych nazwisk, które powinien znać, i wszystkie informacje na temat Ar-Mittar, jakie jej zdaniem mogą mu się przydać. Wyglądało to tak, jakby próbowała sama siebie przekonać, że cały ten plan to coś więcej niż tylko desperacka improwizacja. Słuchał jednym uchem.