Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Kilka potakujących mruknięć i skinięć głowami potwierdziło, że jak na razie wszystko jest jasne.
Luka rozejrzał się po swojej kompanii. Rozumieli. Taki styl dowodzenia, gdy informacje o najważniejszych celach nadchodzącego starcia wychodziły ze sztabu i po kolejnych szczeblach dowodzenia docierały aż do najprostszego żołnierza, był meekhański do szpiku kości. Tak dowodzili najwięksi imperialni generałowie. Dzięki temu każdy z żołnierzy czuł się częścią żywej armii, a nie kawałkiem mięsa przeznaczonym na ubój. Wiedział, o co się bije, więc bił się lepiej, potrafił też, nie czekając na rozkazy, elastycznie reagować na to, co dzieje się na polu bitwy. Do tego dochodziła jedność budowana latami treningów lub, jak w przypadku tych ludzi, poczuciem wspólnego celu. Ten sposób prowadzenia armii zapewniał im jak do tej pory zwycięstwa w większości starć.
Owerers-kan-Sumor wyprostował się i rozejrzał po otaczających go mężczyznach.
— Zauważyliście coś ciekawego na murach?
Ponury szept przeszedł przez żołnierzy. Wszystkie twarze stwardniały, stężały gniewem.
— Ściągnęli z nich trupy — odezwał się ktoś z tyłu.
— Tak, łatwo to zauważyć. A wiecie, co z nimi zrobili?
Szept nabrał innej barwy, zimnej i mrocznej.
— Wiecie. Nakarmili nimi rzecznych padlinożerców. Wystraszyli się nas, przerazili, po czym plunęli nam w twarz, wrzucając do Tos ciała naszych pomordowanych braci. Pokazali nam tym uczynkiem, ile naprawdę jesteśmy dla nich warci. Żadna dusza nie została pożegnana modlitwą, żadne ciało nie zaznało ostatnich ablucji. Mężczyźni, kobiety i dzieci, których jedyną winą było to, że ktoś założył im obroże. — Kapitan dotknął bladej pręgi na swojej szyi. — Zamordowano ich, zbezczeszczono ich ciała, a na koniec pohańbiono dusze. Bo ich panowie wciąż są przekonani, że ci niewolnicy byli od nich gorsi. Byli też gorsi od ich koni, psów, kotów i ich ptaszków w złoconych klatkach.
Szept wśród żołnierzy przeszedł w pomruk. Niski, na pograniczu słuchu. Taki dźwięk wydaje skalne osuwisko tuż przed tym, nim ruszy w dół, zmiatając wszystko z drogi.
Owerers-kan-Sumor z rozmachem wbił kij w środek okręgu symbolizującego miasto.
— Widzę, że czujecie to, co ja — wychrypiał. — Saw-Kirhu prosił wszystkich nowych poruczników i kapitanów, byśmy wam przypomnieli, po co tu jesteśmy. Nie po złoto, łupy, broń i żywność. I nie po zemstę, choć nie będę się z wami kłócił o to ostatnie. Czeka nas wiele pracy — wskazał na żałosną stertę ziemi za sobą — i wiele razy będą was bolały plecy, popękane pęcherze na rękach i stopy otarte do krwi. A potem, gdy pójdziemy na miasto, zaczniecie krwawić i umierać. Ale wtedy pamiętajcie, po co tu jesteśmy. Po to, by ogłosić całemu Dalekiemu Południu, że nadszedł koniec. Koniec traktowania ludzi gorzej niż rzeczy, koniec mordów, gwałtów i hańby dla noszących obroże. Do tej pory uciekaliśmy, ścigani przez wszystkie księstwa jak zwierzęta, ale od dziś nie będziemy tego robić. Takie słowa usłyszałem w sztabie i takie wam przekazuję. Pokonaliśmy Geghijczyków, a jeśli nadejdą Konowerczycy, ich też pokonamy. Jeśli przyjdzie armia Kambehii, Wahesi albo Bahdary, albo wszystkie naraz, tych skurwysynów także zmiażdżymy i raz na zawsze nauczymy szacunku. Bo nie szukamy zemsty, lecz wolności i praw, które odebrano nam i naszym dzieciom.
Luka-wer-Klytus wyprostował się i rozejrzał dookoła. Ludzie kiwali głowami, zaciskali pięści, milczeli. Gdyby mieszkańcy Pomwe usłyszeli to milczenie, otworzyliby bramy i wyszli z miasta, błagając o litość.
— To słowa Kahela-saw-Kirhu, które kazał wam przekazać. Więc teraz, bando baranów, brać się do kopania. Szaniec ma mieć piętnaście stóp wysokości, a fosa przed nim co najmniej dziesięć głębokości. Wierzę, że to dla was żadne wyzwanie, zwłaszcza teraz, gdy Koło nam już nie pomaga. — Owerers uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu nie było śladu wesołości. — Co sto łokci stawiamy wieże strażnicze dla łuczników, co dwieście furtkę. Nawet mysz nie może się wydostać z Pomwe. A to dopiero początek roboty. Jak zamkniemy zewnętrzny pierścień, zaczynamy budować szańce bliżej miasta. Za trzy dni mamy być dwieście jardów od murów, na pozycjach do ataku, a tam już będą się nam naprzykrzać katapulty i łucznicy. Oczywiście nie będzie wam to przeszkadzać?
— Tylko jeśli będziesz z nami, kapitanie.
Mężczyzna z żółtym karwaszem na ręce wzruszył ramionami i skrzywił się, przybierając zbolałą minę.
— A gdzie miałbym być? Przecież jak puszczę was samopas, to spróbujecie wchodzić po drabinach głowami w dół. Ktoś musi was pilnować.
Jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż szeregu i zatrzymało na grupce, w której stał Luka.
— Ci, którzy nie mogą kopać, niech nie przeszkadzają. A reszta do roboty.
Dziesiętnik westchnął, obrócił się i ruszył szukać Koła. Ostatnio czuł się bardzo nieswojo, gdy tylko na dłużej znikała mu z oczu. W końcu ktoś musiał się nią opiekować.
Uśmiechnął się do ostatniej myśli.
Opiekować się Kołem.
Też coś.
Interludium
Obudziło go wrażenie, że ktoś pochyla się nad nim i szepcze do ucha. Natrętnym, błagalnym, podszytym gniewem i rozpaczą głosem. Otworzył oczy, w pełni rozbudzony, gotów odpowiedzieć na zagrożenie, które znikąd pojawiło się w jego łodzi.
Altsin był sam. Powoli wypuścił powietrze z płuc i schował wielorybniczy nóż do pochwy. Zorza znikła i łódź sunęła w ciemnościach. Słońce nadal nie wzeszło, ale tu na Północy noce były znacznie dłuższe niż w jego rodzinnych stronach. Minęło… sądząc po ruchu gwiazd na niebie, na pewno więcej niż godzina czy dwie. Miał mnóstwo szczęścia, że nie rozbił łodzi na jakiejś krze. Kanał, którym płynął, był już jednak tak szeroki, że Altsin nie dostrzegał w ciemnościach nawet zarysów lodu po bokach. Przyszło mu do głowy, że być może same Bliźnięta Mórz wspierały ten potężny prąd morski, bo gniew Pani Lodu zagrażał stabilności naturalnych cykli przyrody. To właściwie nie miało dla niego większego znaczenia, choć bez wątpienia topniejący niemal w oczach lód znacznie ułatwiał podróż.