Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 116 117 118 119 120 121 122 123 124 ... 210
Перейти на страницу:

Kil­ka po­ta­ku­ją­cych mruk­nięć i ski­nięć gło­wa­mi po­twier­dzi­ło, że jak na ra­zie wszyst­ko jest ja­sne.

Luka ro­zej­rzał się po swo­jej kom­pa­nii. Ro­zu­mie­li. Taki styl do­wo­dze­nia, gdy in­for­ma­cje o naj­waż­niej­szych ce­lach nad­cho­dzą­ce­go star­cia wy­cho­dzi­ły ze szta­bu i po ko­lej­nych szcze­blach do­wo­dze­nia do­cie­ra­ły aż do naj­prost­sze­go żoł­nie­rza, był me­ekhań­ski do szpi­ku ko­ści. Tak do­wo­dzi­li naj­więk­si im­pe­rial­ni ge­ne­ra­ło­wie. Dzię­ki temu każ­dy z żoł­nie­rzy czuł się czę­ścią ży­wej ar­mii, a nie ka­wał­kiem mię­sa prze­zna­czo­nym na ubój. Wie­dział, o co się bije, więc bił się le­piej, po­tra­fił też, nie cze­ka­jąc na roz­ka­zy, ela­stycz­nie re­ago­wać na to, co dzie­je się na polu bi­twy. Do tego do­cho­dzi­ła jed­ność bu­do­wa­na la­ta­mi tre­nin­gów lub, jak w przy­pad­ku tych lu­dzi, po­czu­ciem wspól­ne­go celu. Ten spo­sób pro­wa­dze­nia ar­mii za­pew­niał im jak do tej pory zwy­cię­stwa w więk­szo­ści starć.

Owe­rers-kan-Su­mor wy­pro­sto­wał się i ro­zej­rzał po ota­cza­ją­cych go męż­czy­znach.

— Za­uwa­ży­li­ście coś cie­ka­we­go na mu­rach?

Po­nu­ry szept prze­szedł przez żoł­nie­rzy. Wszyst­kie twa­rze stward­nia­ły, stę­ża­ły gnie­wem.

— Ścią­gnę­li z nich tru­py — ode­zwał się ktoś z tyłu.

— Tak, ła­two to za­uwa­żyć. A wie­cie, co z nimi zro­bi­li?

Szept na­brał in­nej bar­wy, zim­nej i mrocz­nej.

— Wie­cie. Na­kar­mi­li nimi rzecz­nych pa­dli­no­żer­ców. Wy­stra­szy­li się nas, prze­ra­zi­li, po czym plu­nę­li nam w twarz, wrzu­ca­jąc do Tos cia­ła na­szych po­mor­do­wa­nych bra­ci. Po­ka­za­li nam tym uczyn­kiem, ile na­praw­dę je­ste­śmy dla nich war­ci. Żad­na du­sza nie zo­sta­ła po­że­gna­na mo­dli­twą, żad­ne cia­ło nie za­zna­ło ostat­nich ablu­cji. Męż­czyź­ni, ko­bie­ty i dzie­ci, któ­rych je­dy­ną winą było to, że ktoś za­ło­żył im ob­ro­że. — Ka­pi­tan do­tknął bla­dej prę­gi na swo­jej szyi. — Za­mor­do­wa­no ich, zbez­czesz­czo­no ich cia­ła, a na ko­niec po­hań­bio­no du­sze. Bo ich pa­no­wie wciąż są prze­ko­na­ni, że ci nie­wol­ni­cy byli od nich gor­si. Byli też gor­si od ich koni, psów, ko­tów i ich ptasz­ków w zło­co­nych klat­kach.

Szept wśród żoł­nie­rzy prze­szedł w po­mruk. Ni­ski, na po­gra­ni­czu słu­chu. Taki dźwięk wy­da­je skal­ne osu­wi­sko tuż przed tym, nim ru­szy w dół, zmia­ta­jąc wszyst­ko z dro­gi.

Owe­rers-kan-Su­mor z roz­ma­chem wbił kij w śro­dek okrę­gu sym­bo­li­zu­ją­ce­go mia­sto.

— Wi­dzę, że czu­je­cie to, co ja — wy­chry­piał. — Saw-Kir­hu pro­sił wszyst­kich no­wych po­rucz­ni­ków i ka­pi­ta­nów, by­śmy wam przy­po­mnie­li, po co tu je­ste­śmy. Nie po zło­to, łupy, broń i żyw­ność. I nie po ze­mstę, choć nie będę się z wami kłó­cił o to ostat­nie. Cze­ka nas wie­le pra­cy — wska­zał na ża­ło­sną ster­tę zie­mi za sobą — i wie­le razy będą was bo­la­ły ple­cy, po­pę­ka­ne pę­che­rze na rę­kach i sto­py otar­te do krwi. A po­tem, gdy pój­dzie­my na mia­sto, za­cznie­cie krwa­wić i umie­rać. Ale wte­dy pa­mię­taj­cie, po co tu je­ste­śmy. Po to, by ogło­sić ca­łe­mu Da­le­kie­mu Po­łu­dniu, że nad­szedł ko­niec. Ko­niec trak­to­wa­nia lu­dzi go­rzej niż rze­czy, ko­niec mor­dów, gwał­tów i hań­by dla no­szą­cych ob­ro­że. Do tej pory ucie­ka­li­śmy, ści­ga­ni przez wszyst­kie księ­stwa jak zwie­rzę­ta, ale od dziś nie bę­dzie­my tego ro­bić. Ta­kie sło­wa usły­sza­łem w szta­bie i ta­kie wam prze­ka­zu­ję. Po­ko­na­li­śmy Ge­ghij­czy­ków, a je­śli na­dej­dą Ko­no­wer­czy­cy, ich też po­ko­na­my. Je­śli przyj­dzie ar­mia Kam­be­hii, Wa­he­si albo Bah­da­ry, albo wszyst­kie na­raz, tych skur­wy­sy­nów tak­że zmiaż­dży­my i raz na za­wsze na­uczy­my sza­cun­ku. Bo nie szu­ka­my ze­msty, lecz wol­no­ści i praw, któ­re ode­bra­no nam i na­szym dzie­ciom.

Luka-wer-Kly­tus wy­pro­sto­wał się i ro­zej­rzał do­oko­ła. Lu­dzie ki­wa­li gło­wa­mi, za­ci­ska­li pię­ści, mil­cze­li. Gdy­by miesz­kań­cy Po­mwe usły­sze­li to mil­cze­nie, otwo­rzy­li­by bra­my i wy­szli z mia­sta, bła­ga­jąc o li­tość.

— To sło­wa Ka­he­la-saw-Kir­hu, któ­re ka­zał wam prze­ka­zać. Więc te­raz, ban­do ba­ra­nów, brać się do ko­pa­nia. Sza­niec ma mieć pięt­na­ście stóp wy­so­ko­ści, a fosa przed nim co naj­mniej dzie­sięć głę­bo­ko­ści. Wie­rzę, że to dla was żad­ne wy­zwa­nie, zwłasz­cza te­raz, gdy Koło nam już nie po­ma­ga. — Owe­rers uśmiech­nął się, ale w tym uśmie­chu nie było śla­du we­so­ło­ści. — Co sto łok­ci sta­wia­my wie­że straż­ni­cze dla łucz­ni­ków, co dwie­ście furt­kę. Na­wet mysz nie może się wy­do­stać z Po­mwe. A to do­pie­ro po­czą­tek ro­bo­ty. Jak za­mknie­my ze­wnętrz­ny pier­ścień, za­czy­na­my bu­do­wać szań­ce bli­żej mia­sta. Za trzy dni mamy być dwie­ście jar­dów od mu­rów, na po­zy­cjach do ata­ku, a tam już będą się nam na­przy­krzać ka­ta­pul­ty i łucz­ni­cy. Oczy­wi­ście nie bę­dzie wam to prze­szka­dzać?

— Tyl­ko je­śli bę­dziesz z nami, ka­pi­ta­nie.

Męż­czy­zna z żół­tym kar­wa­szem na ręce wzru­szył ra­mio­na­mi i skrzy­wił się, przy­bie­ra­jąc zbo­la­łą minę.

— A gdzie miał­bym być? Prze­cież jak pusz­czę was sa­mo­pas, to spró­bu­je­cie wcho­dzić po dra­bi­nach gło­wa­mi w dół. Ktoś musi was pil­no­wać.

Jego spoj­rze­nie prze­su­nę­ło się wzdłuż sze­re­gu i za­trzy­ma­ło na grup­ce, w któ­rej stał Luka.

— Ci, któ­rzy nie mogą ko­pać, niech nie prze­szka­dza­ją. A resz­ta do ro­bo­ty.

Dzie­sięt­nik wes­tchnął, ob­ró­cił się i ru­szył szu­kać Koła. Ostat­nio czuł się bar­dzo nie­swo­jo, gdy tyl­ko na dłu­żej zni­ka­ła mu z oczu. W koń­cu ktoś mu­siał się nią opie­ko­wać.

Uśmiech­nął się do ostat­niej my­śli.

Opie­ko­wać się Ko­łem.

Też coś.

Interludium

Obu­dzi­ło go wra­że­nie, że ktoś po­chy­la się nad nim i szep­cze do ucha. Na­tręt­nym, bła­gal­nym, pod­szy­tym gnie­wem i roz­pa­czą gło­sem. Otwo­rzył oczy, w peł­ni roz­bu­dzo­ny, go­tów od­po­wie­dzieć na za­gro­że­nie, któ­re zni­kąd po­ja­wi­ło się w jego ło­dzi.

Alt­sin był sam. Po­wo­li wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc i scho­wał wie­lo­ryb­ni­czy nóż do po­chwy. Zo­rza zni­kła i łódź su­nę­ła w ciem­no­ściach. Słoń­ce na­dal nie wze­szło, ale tu na Pół­no­cy noce były znacz­nie dłuż­sze niż w jego ro­dzin­nych stro­nach. Mi­nę­ło… są­dząc po ru­chu gwiazd na nie­bie, na pew­no wię­cej niż go­dzi­na czy dwie. Miał mnó­stwo szczę­ścia, że nie roz­bił ło­dzi na ja­kiejś krze. Ka­nał, któ­rym pły­nął, był już jed­nak tak sze­ro­ki, że Alt­sin nie do­strze­gał w ciem­no­ściach na­wet za­ry­sów lodu po bo­kach. Przy­szło mu do gło­wy, że być może same Bliź­nię­ta Mórz wspie­ra­ły ten po­tęż­ny prąd mor­ski, bo gniew Pani Lodu za­gra­żał sta­bil­no­ści na­tu­ral­nych cy­kli przy­ro­dy. To wła­ści­wie nie mia­ło dla nie­go więk­sze­go zna­cze­nia, choć bez wąt­pie­nia top­nie­ją­cy nie­mal w oczach lód znacz­nie uła­twiał po­dróż.

1 ... 116 117 118 119 120 121 122 123 124 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)