Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 115 116 117 118 119 120 121 122 123 ... 210
Перейти на страницу:

Za­nim jed­nak prze­był po­ło­wę dro­gi, my­śląc, że nie ob­ra­ził­by się, gdy­by któ­ryś z tych su­kin­sy­nów pod­szedł i mu po­mógł, Owe­rers-kan-Su­mor był już przy dziew­czy­nie, klę­cząc na skra­ju dziu­ry, któ­rą so­bie wy­ko­pa­ła. A ra­czej, są­dząc po sta­nie dło­ni i po­ła­ma­nych pa­znok­ciach, wy­dra­pa­ła w zie­mi. Ka­pi­tan uśmiech­nął się i de­li­kat­nie do­tknął jej gło­wy, gła­dząc po opa­rzo­nej skó­rze, a Koło wy­szcze­rzy­ła się jesz­cze sze­rzej. Jej lewe oko bły­snę­ło mlecz­ną bie­lą.

— Ona — Owe­rers-kan-Su­mor za­czął po­wo­li i ci­cho — jest żoł­nie­rzem dru­ży­ny zwia­dow­czej Puł­ku Wil­ka. I ma na kon­cie wię­cej prze­klę­tych przez bo­gów wła­ści­cie­li i ich żoł­da­ków niż każ­dy z nas. Łącz­nie ze mną. Wi­dzia­łeś ją w Nocy Ognia, Bon­mer?

Noc Ognia. Tak w nie­wol­ni­czej ar­mii na­zy­wa­li atak Ge­ghij­czy­ków sprzed kil­ku dni. Pułk Wil­ka był pierw­szym puł­kiem, któ­ry po­de­rwał się i po­szedł do kontr­ata­ku, ale za­pła­cił za to wy­so­ką cenę, tra­cąc czwar­tą część sta­nu. Zgi­nę­ło wie­lu do­świad­czo­nych żoł­nie­rzy, zwłasz­cza w po­cząt­ko­wych go­dzi­nach star­cia, gdy do­wód­cy sta­wa­li w pierw­szym sze­re­gu, by wła­snym przy­kła­dem za­po­biec cha­oso­wi i pa­ni­ce. Te­raz więc re­or­ga­ni­zo­wa­no struk­tu­rę do­wo­dze­nia i na­wet zwy­kli dzie­sięt­ni­cy do­sta­wa­li czer­wo­ne, żół­te lub, o zgro­zo, zie­lo­ne kar­wa­sze, na­wią­zu­ją­ce bar­wa­mi do stop­ni w me­ekhań­skiej ar­mii.

Luka wie­dział, że Koło była na pierw­szej li­nii przez całą noc. Śmi­ga­ła w ciem­no­ściach jak mrocz­ny i mści­wy duch lasu. I wal­czy­ła. Naj­pierw włócz­nią i sza­blą, po­tem, gdy je stra­ci­ła, no­ża­mi, a na ko­niec bi­twy bie­ga­ła po­mię­dzy drze­wa­mi ze zła­ma­nym trzon­kiem sie­kie­ry w jed­nej i ka­mie­niem w dru­giej ręce, po­kry­ta mie­sza­ni­ną ku­rzu, krwi i po­pio­łu, wrzesz­cząc i za­bi­ja­jąc każ­de­go ge­ghij­skie­go żoł­nie­rza, ja­kie­go spo­tka­ła.

A w szcze­gól­no­ści upodo­ba­ła so­bie po­lo­wa­nie na cza­row­ni­ków, jak­by cią­gnę­ło ją do Mocy sza­le­ją­cej wo­kół nich.

I tak ją zna­leź­li po bi­twie, w to­wa­rzy­stwie trzech tru­pów, po­kry­tych pę­che­rza­mi i śla­da­mi ognia, któ­ry wy­mknął się spod kon­tro­li. Ma­go­wie, któ­rzy nad­uży­li aspek­to­wa­nych cza­rów, zgi­nę­li szyb­ką, choć wca­le nie ła­god­ną śmier­cią, a Koło za­pła­ci­ła za to twa­rzą po­pa­rzo­ną z le­wej stro­ny, okiem za­kry­tym biel­mem, wło­sa­mi spa­lo­ny­mi do go­łej skó­ry i ko­lek­cją ran, któ­rej nie po­wsty­dził­by się we­te­ran wie­lu wo­jen.

I czymś jesz­cze. Od tam­tej pory zu­peł­nie zni­kła dziew­czy­na, z któ­rą dało się po­roz­ma­wiać i któ­rą tyl­ko od cza­su do cza­su na­wie­dza­ły „one”. Luka miał wra­że­nie, że te­raz „one” cza­ją się wo­kół niej dzień i noc, a Koło cof­nę­ła się do dnia, w któ­rym wy­cią­gnął ją z ko­pal­ni.

Sta­ła się na po­wrót dzi­kim zwie­rząt­kiem tań­czą­cym na sznu­rze sza­leń­stwa i cza­sem to sza­leń­stwo zwra­ca­ło się prze­ciw wła­snym lu­dziom, więc Luka nie dzi­wił się, że nie­któ­rzy z nich chcie­li się jej po­zbyć. Ale naj­wy­raź­niej nowy ka­pi­tan Trze­ciej miał na ten te­mat inne zda­nie.

— Nie ode­śle­my jej. I nie bę­dzie­my wię­cej do tego wra­cać. Koło?

— Tttak?

— Mu­sisz się umyć. Nie chcę, żeby w two­je rany wda­ła się gan­gre­na.

Dziew­czy­na zmarsz­czy­ła brew.

— Rany?

— Masz kil­ka otarć. Za­raz ktoś za­pro­wa­dzi cię do na­mio­tu, a tam dziew­czy­ny po­mo­gą ci się umyć. A my tu do­koń­czy­my ro­bo­tę. Do­brze?

Spoj­rza­ła na swo­je ręce, na uwa­la­ną bło­tem tu­ni­kę.

— No­ooo, tro­chę się ubru­dzi­łam. Masz ład­ny… ład­ne to coś na ręce. — Do­tknę­ła kar­wa­sza. — Po­do­ba mi się ko­lor.

— Więc póź­niej znaj­dzie­my ci coś żół­te­go na ozdo­bę. A te­raz — czar­no­bro­dy ofi­cer zer­k­nął przez ra­mię — te­raz Piła i So­wen za­pro­wa­dzą cię do na­mio­tu i za­wo­ła­ją ze dwie dziew­czy­ny do po­mo­cy. Mu­sisz się prze­brać i umyć.

Po­dał jej rękę, po­ma­ga­jąc wyjść z dziu­ry.

— Za­bierz­cie ją do zwia­dow­ców. Lam­nia wie, co ro­bić. A resz­ta zbiór­ka! Dzie­siąt­ka­mi, bo sto­icie jak sta­do osłów.

Chwi­lę za­ję­ło od­dzia­ło­wi usta­wie­nie się w ja­kim ta­kim po­rząd­ku. Luka-wer-Kly­tus wy­pro­sto­wał się, wes­tchnął i pod­jął marsz ku żoł­nie­rzom. W gło­wie mu szu­mia­ło, a bark rwał cięż­kim bó­lem, ale wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że kan-Su­mor oprócz awan­su do­stał też nowe roz­ka­zy. Chciał ich po­słu­chać. A po­tem, jak tyl­ko ode­tchnie, pój­dzie spraw­dzić, czy z dziew­czy­ną zwa­ną Koło wszyst­ko w po­rząd­ku.

— Do­bra! — usły­szał głos no­we­go ka­pi­ta­na. — Jak wie­cie, od­wie­dzi­łem wła­śnie Ka­he­la-saw-Kir­hu. I nie by­łem tam sam, tyl­ko ra­zem z set­ką in­nych idio­tów, któ­rzy po­zwo­li­li so­bie wci­snąć ta­kie ko­lo­ro­we gó­wien­ko na rękę. — Owe­rers-kan-Su­mor za­ma­chał kar­wa­szem. — Ale to zna­czy tyl­ko tyle, że świet­nie na­da­ję się na wa­sze­go do­wód­cę. Ofi­cer nie może być by­strzej­szy od swo­ich lu­dzi, bo wte­dy pierw­szy za­czął­by ucie­kać z pola bi­twy, a ostat­ni szedł­by do ata­ku.

Od­wró­cił się i wska­zał od­le­głe o ja­kieś pięć­set jar­dów mia­sto.

— Tam jest Po­mwe. Wszy­scy je zna­cie. Ma mury dłu­gie na trzy mile, sześć bram, trzy­dzie­ści osiem wież. I ja­kieś trzy­dzie­ści ty­się­cy lu­dzi w środ­ku. Chce­my je zdo­być, bo nie mo­że­my zo­sta­wić za sobą ani tego mia­sta, ani Ge­ghij­czy­ków. A oni są po dru­giej stro­nie, w obo­zie oto­czo­nym wa­łem i fosą. Jak wi­dzi­cie, nie tyl­ko my po­tra­fi­my ko­pać.

Pod­niósł le­żą­cy kij i za­czął ry­so­wać na zie­mi.

— Pa­trz­cie. A ci, co mają ro­zum mię­dzy usza­mi, mogą też my­śleć. — Na­kre­ślił ko­śla­wy okrąg. — To Po­mwe. Obok nie­go pły­nie rze­ka, Tos, pa­mię­ta­cie?

Ko­niec kija wy­rył płyt­ką bruz­dę i mniej­sze kół­ko po dru­giej stro­nie tego wiel­kie­go.

— To rze­ka, a to Ge­ghij­czy­cy. Sie­dzi tam sam szla­chet­ny Han­tar Seh­ra­win, a są­dząc po wiel­ko­ści obo­zu, ma ze sobą co naj­mniej pięć ty­się­cy lu­dzi. Być może oca­lił tak­że kil­ku cza­row­ni­ków. Nie wie­my. Jed­nak ten obóz ozna­cza, że rada Po­mwe nie wpu­ści­ła go do mia­sta, dzię­ki cze­mu wie­my, że mu nie ufa­ją. Albo do­sta­li roz­ka­zy ze sto­li­cy, by tego nie ro­bić. Dla nas le­piej, ła­twiej upo­ra­my się z mia­stem i Ge­ghij­czy­ka­mi z osob­na, niż gdy­by wal­czy­li ra­mię w ra­mię. Na ra­zie jed­nak ro­bi­my tak.

Na zie­mi po­ja­wił się pół­okrąg, któ­re­go koń­ce opie­ra­ły się o rze­kę. We­wnątrz zna­la­zły się oba koła: duże i małe.

— Ko­pie­my. Mó­wię wam to, co usły­sza­łem na na­ra­dzie u Ka­he­la: sta­wia­my szań­ce, by te su­kin­sy­ny w Po­mwe i Ge­ghij­czy­cy nie mie­li na­dziei na po­moc z ze­wnątrz. By wie­dzie­li, że upo­ra­my się z nimi, za­nim ta po­moc na­dej­dzie. Na dru­gim brze­gu rze­ki też są już nasi lu­dzie, a ju­tro skoń­czy­my przy­go­to­wy­wać tra­twy, po­wią­że­my je i prze­gro­dzi­my Tos. Rze­ka jest dość płyt­ka, mogą po niej pły­wać tyl­ko lek­kie ło­dzie, więc taka prze­gro­da wy­star­czy, by nikt nie wy­mknął się z mia­sta wodą. Wszyst­ko ja­sne?

1 ... 115 116 117 118 119 120 121 122 123 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)