Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Zanim jednak przebył połowę drogi, myśląc, że nie obraziłby się, gdyby któryś z tych sukinsynów podszedł i mu pomógł, Owerers-kan-Sumor był już przy dziewczynie, klęcząc na skraju dziury, którą sobie wykopała. A raczej, sądząc po stanie dłoni i połamanych paznokciach, wydrapała w ziemi. Kapitan uśmiechnął się i delikatnie dotknął jej głowy, gładząc po oparzonej skórze, a Koło wyszczerzyła się jeszcze szerzej. Jej lewe oko błysnęło mleczną bielą.
— Ona — Owerers-kan-Sumor zaczął powoli i cicho — jest żołnierzem drużyny zwiadowczej Pułku Wilka. I ma na koncie więcej przeklętych przez bogów właścicieli i ich żołdaków niż każdy z nas. Łącznie ze mną. Widziałeś ją w Nocy Ognia, Bonmer?
Noc Ognia. Tak w niewolniczej armii nazywali atak Geghijczyków sprzed kilku dni. Pułk Wilka był pierwszym pułkiem, który poderwał się i poszedł do kontrataku, ale zapłacił za to wysoką cenę, tracąc czwartą część stanu. Zginęło wielu doświadczonych żołnierzy, zwłaszcza w początkowych godzinach starcia, gdy dowódcy stawali w pierwszym szeregu, by własnym przykładem zapobiec chaosowi i panice. Teraz więc reorganizowano strukturę dowodzenia i nawet zwykli dziesiętnicy dostawali czerwone, żółte lub, o zgrozo, zielone karwasze, nawiązujące barwami do stopni w meekhańskiej armii.
Luka wiedział, że Koło była na pierwszej linii przez całą noc. Śmigała w ciemnościach jak mroczny i mściwy duch lasu. I walczyła. Najpierw włócznią i szablą, potem, gdy je straciła, nożami, a na koniec bitwy biegała pomiędzy drzewami ze złamanym trzonkiem siekiery w jednej i kamieniem w drugiej ręce, pokryta mieszaniną kurzu, krwi i popiołu, wrzeszcząc i zabijając każdego geghijskiego żołnierza, jakiego spotkała.
A w szczególności upodobała sobie polowanie na czarowników, jakby ciągnęło ją do Mocy szalejącej wokół nich.
I tak ją znaleźli po bitwie, w towarzystwie trzech trupów, pokrytych pęcherzami i śladami ognia, który wymknął się spod kontroli. Magowie, którzy nadużyli aspektowanych czarów, zginęli szybką, choć wcale nie łagodną śmiercią, a Koło zapłaciła za to twarzą poparzoną z lewej strony, okiem zakrytym bielmem, włosami spalonymi do gołej skóry i kolekcją ran, której nie powstydziłby się weteran wielu wojen.
I czymś jeszcze. Od tamtej pory zupełnie znikła dziewczyna, z którą dało się porozmawiać i którą tylko od czasu do czasu nawiedzały „one”. Luka miał wrażenie, że teraz „one” czają się wokół niej dzień i noc, a Koło cofnęła się do dnia, w którym wyciągnął ją z kopalni.
Stała się na powrót dzikim zwierzątkiem tańczącym na sznurze szaleństwa i czasem to szaleństwo zwracało się przeciw własnym ludziom, więc Luka nie dziwił się, że niektórzy z nich chcieli się jej pozbyć. Ale najwyraźniej nowy kapitan Trzeciej miał na ten temat inne zdanie.
— Nie odeślemy jej. I nie będziemy więcej do tego wracać. Koło?
— Tttak?
— Musisz się umyć. Nie chcę, żeby w twoje rany wdała się gangrena.
Dziewczyna zmarszczyła brew.
— Rany?
— Masz kilka otarć. Zaraz ktoś zaprowadzi cię do namiotu, a tam dziewczyny pomogą ci się umyć. A my tu dokończymy robotę. Dobrze?
Spojrzała na swoje ręce, na uwalaną błotem tunikę.
— Noooo, trochę się ubrudziłam. Masz ładny… ładne to coś na ręce. — Dotknęła karwasza. — Podoba mi się kolor.
— Więc później znajdziemy ci coś żółtego na ozdobę. A teraz — czarnobrody oficer zerknął przez ramię — teraz Piła i Sowen zaprowadzą cię do namiotu i zawołają ze dwie dziewczyny do pomocy. Musisz się przebrać i umyć.
Podał jej rękę, pomagając wyjść z dziury.
— Zabierzcie ją do zwiadowców. Lamnia wie, co robić. A reszta zbiórka! Dziesiątkami, bo stoicie jak stado osłów.
Chwilę zajęło oddziałowi ustawienie się w jakim takim porządku. Luka-wer-Klytus wyprostował się, westchnął i podjął marsz ku żołnierzom. W głowie mu szumiało, a bark rwał ciężkim bólem, ale wszystko wskazywało na to, że kan-Sumor oprócz awansu dostał też nowe rozkazy. Chciał ich posłuchać. A potem, jak tylko odetchnie, pójdzie sprawdzić, czy z dziewczyną zwaną Koło wszystko w porządku.
— Dobra! — usłyszał głos nowego kapitana. — Jak wiecie, odwiedziłem właśnie Kahela-saw-Kirhu. I nie byłem tam sam, tylko razem z setką innych idiotów, którzy pozwolili sobie wcisnąć takie kolorowe gówienko na rękę. — Owerers-kan-Sumor zamachał karwaszem. — Ale to znaczy tylko tyle, że świetnie nadaję się na waszego dowódcę. Oficer nie może być bystrzejszy od swoich ludzi, bo wtedy pierwszy zacząłby uciekać z pola bitwy, a ostatni szedłby do ataku.
Odwrócił się i wskazał odległe o jakieś pięćset jardów miasto.
— Tam jest Pomwe. Wszyscy je znacie. Ma mury długie na trzy mile, sześć bram, trzydzieści osiem wież. I jakieś trzydzieści tysięcy ludzi w środku. Chcemy je zdobyć, bo nie możemy zostawić za sobą ani tego miasta, ani Geghijczyków. A oni są po drugiej stronie, w obozie otoczonym wałem i fosą. Jak widzicie, nie tylko my potrafimy kopać.
Podniósł leżący kij i zaczął rysować na ziemi.
— Patrzcie. A ci, co mają rozum między uszami, mogą też myśleć. — Nakreślił koślawy okrąg. — To Pomwe. Obok niego płynie rzeka, Tos, pamiętacie?
Koniec kija wyrył płytką bruzdę i mniejsze kółko po drugiej stronie tego wielkiego.
— To rzeka, a to Geghijczycy. Siedzi tam sam szlachetny Hantar Sehrawin, a sądząc po wielkości obozu, ma ze sobą co najmniej pięć tysięcy ludzi. Być może ocalił także kilku czarowników. Nie wiemy. Jednak ten obóz oznacza, że rada Pomwe nie wpuściła go do miasta, dzięki czemu wiemy, że mu nie ufają. Albo dostali rozkazy ze stolicy, by tego nie robić. Dla nas lepiej, łatwiej uporamy się z miastem i Geghijczykami z osobna, niż gdyby walczyli ramię w ramię. Na razie jednak robimy tak.
Na ziemi pojawił się półokrąg, którego końce opierały się o rzekę. Wewnątrz znalazły się oba koła: duże i małe.
— Kopiemy. Mówię wam to, co usłyszałem na naradzie u Kahela: stawiamy szańce, by te sukinsyny w Pomwe i Geghijczycy nie mieli nadziei na pomoc z zewnątrz. By wiedzieli, że uporamy się z nimi, zanim ta pomoc nadejdzie. Na drugim brzegu rzeki też są już nasi ludzie, a jutro skończymy przygotowywać tratwy, powiążemy je i przegrodzimy Tos. Rzeka jest dość płytka, mogą po niej pływać tylko lekkie łodzie, więc taka przegroda wystarczy, by nikt nie wymknął się z miasta wodą. Wszystko jasne?