Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Rand uradował się, ale zalała go fala poczucia winy. Jak wielu zginęło? Czy zdołałby ich uratować, gdyby wyruszył? Od jakiegoś czasu wiedział, w jakim są położeniu, a jednak ich opuścił, posłuchawszy uporczywych rad Moiraine, która twierdziła, że zastawiono na niego pułapkę, z której Rand nie będzie w stanie uciec.
A teraz jego ludzie z niej się wydostali.
– Chciałabym, abyś wreszcie wydobył z siebie odpowiedź – powiedziała Cadsuane – co masz zamiar robić. – Westchnęła, po czym potrząsnęła głową. – Masz wewnętrzne rozdarcie, Randzie al’Thor, ale będziesz musiał to zrobić.
Odeszła.
– Deepe był dobrym człowiekiem – rzekł Antail. – Przeżył upadek Maradonu. Był na murze, gdy ten został wysadzony w powietrze, ale przeżył i kontynuował walkę. Władcy Strachu przyszli po niego w końcu, wywołując eksplozję, by dokończyć dzieła. W ostatnich chwilach życia Deepe raził ich splotami. Umarł z godnością.
Żołnierze Malkieru wznieśli ku Antailowi kielichy, składając hołd poległym. Lan podniósł swój kielich, choć znajdował się poza kręgiem ludzi stojących wokół ogniska. Żałował, że Deepe nie posłuchał rozkazów. Potrząsnął głową, opuszczając kielich. Choć była noc, ludzie Lana na zmianę trzymali wartę na wypadek, gdyby miał nastąpić atak.
Lan obrócił kielich w dwóch palcach, a myśli jego powróciły do Deepe. Zdał sobie sprawę, że nie mógłby odczuwać w stosunku do niego złości. Deepe chciał zabić jednego z najniebezpieczniejszych przenoszących Cienia. Lan nie mógłby powiedzieć, czy odrzuciłby podobną możliwość, gdyby mu ją dano.
Żołnierze wnosili kolejne toasty za poległych. Stało się to tradycją praktykowaną każdego wieczoru, którą zaakceptowano we wszystkich obozach Ziem Granicznych. Lan uważał za pozytywny fakt, iż żołnierze zaczęli uważać Antaila i Narishmę za towarzyszy. Asha’mani byli powściągliwi, ale śmierć Deepe sprawiła, że pomiędzy Asha’manami i zwykłymi żołnierzami pojawiła się więź. Teraz i jedni, i drudzy mieli w swych szeregach kogoś, kto poległ. Żołnierze widzieli zrozpaczonego Antaila i zaprosili go, by wzniósł wraz z nimi toast.
Lan odszedł od ogniska i przespacerował się po obozie, zatrzymując się przy koniach, by sprawdzić, co się dzieje z Mandarbem. Ogier miał się dobrze, choć w jego boku widniała duża rana. W tym miejscu sierść już nie odrośnie. Wyglądało jednak na to, że zwierzę jest dobrze leczone. Stajenni wciąż dyskutowali przyciszonymi głosami o tym, jak ranny koń wyłonił się z ciemności nocy, by wziąć udział w bitwie, w której zginął Deepe. Tego dnia życie straciło wielu jeźdźców i żołnierzy piechoty. Nieliczne konie zdołały umknąć przed Trollokami i powrócić do obozu.
Lan poklepał kark Mandarba.
– Wkrótce odpoczniemy, przyjacielu – powiedział cicho. – Obiecuję.
Mandarb parsknął w ciemnościach, a stojące w pobliżu konie zarżały.
– Wrócimy do domu – mówił Lan. – Cień zostanie pokonany, a Nynaeve i ja odzyskamy Malkier. Sprawimy, że pola znowu zakwitną, oczyścimy jeziora. Pastwiska znowu będą zielone. Nie będzie już walk z Trollokami. Na twoim grzbiecie będą jeździły dzieci, stary przyjacielu. Będziesz mógł spędzać dni w spokoju, jedząc jabłka i wybierając sobie klacze.
Minęło dużo czasu, odkąd w myślach Lana dotyczących przyszłości pojawił się choć cień nadziei. Dziwne było znaleźć ją teraz, w tym miejscu, podczas tej wojny. Był twardym człowiekiem. Czasami myślał, że ma więcej wspólnego ze skałami i piaskiem niż z ludźmi, którzy śmiali się razem przy ognisku.
Sam sprawił, iż stał się taki. Był człowiekiem, jakim musiał być, człowiekiem, który pewnego dnia pojedzie do Malkieru i będzie stać na straży honoru rodziny. Rand al’Thor zaczął kruszyć tę jego skorupę, a potem miłość Nynaeve doprowadziła do tego, iż skorupa całkowicie pękła.
„Zastanawiam się, czy Rand kiedykolwiek się o tym dowie” – pomyślał, wyjmując zgrzebło i przesuwając nim po sierści Mandarba. Lan wiedział, co oznaczało bycie wybranym, by umrzeć, i to wybranym jeszcze w dzieciństwie. Wiedział, co oznaczało bycie wskazanym przez Ugór i poinformowanym, że trzeba będzie poświęcić swoje życie. Światłości, tak właśnie było w jego przypadku. Rand al’Thor prawdopodobnie nigdy się nie dowie, jak oni dwaj byli do siebie podobni.
Lan, choć straszliwie zmęczony, czyścił Mandarba przez jakiś czas. Chyba powinien iść spać. Nynaeve powiedziałaby, że ma się położyć. Prowadził z nią rozmowę w myślach, pozwalając sobie na uśmiech. Nynaeve wygrałaby tę wymianę zdań, tłumacząc, że generał potrzebuje snu i że jest wielu stajennych, którzy mogą zadbać o konie.
Ale Nynaeve tutaj nie było. Lan nie przerywał czyszczenia konia.
Ktoś podszedł do stojących rzędem wierzchowców. Lan oczywiście usłyszał kroki na długo, nim ujrzał, kto nadchodzi. Lord Baldhere wziął od stajennych szczotkę, skinął głową któremuś ze strażników i podszedł do jednego ze swych koni. Dopiero wtedy dostrzegł Lana.
– Lordzie Mandragoran? – powiedział.
– Lordzie Baldhere – odrzekł Lan, skinąwszy głową Kandorczykowi. Miecznik królowej Ethenielle był szczupły. W jego ciemnych włosach widniały białe pasma. Chociaż Baldhere nie był jednym z największych kapitanów, był znakomitym dowódcą i od śmierci króla dobrze służył Kandorowi. Wielu przypuszczało, że królowa go poślubi. To, oczywiście, było głupotą. Ethenielle traktowała go jak brata. Poza tym każdy, kto choć trochę interesował się tą sprawą, wiedział, że Baldhere wolał mężczyzn niż kobiety.
– Przepraszam, że przeszkadzam, Dai Shan – rzekł Baldhere. – Nie zdawałem sobie sprawy, że ktoś jeszcze tu będzie. – Chciał się wycofać.
– Prawie skończyłem – odrzekł Lan. – Niech moja obecność cię nie powstrzymuje.
– Stajenni dobrze wykonują swoją pracę – powiedział Baldhere. – Nie przyszedłem tutaj, by ich kontrolować. Odkryłem, że bywają chwile, podczas których wykonywanie czegoś prostego i dobrze znanego pomaga mi myśleć.
– Nie jesteś jedynym, który na to wpadł – odparł Lan, nadal czyszcząc Mandarba.
Baldhere zachichotał, po czym na chwilę zamilkł. Wreszcie rzekł:
– Dai Shan, czy martwisz się o lorda Agelmara?
– W jakim sensie?
– Niepokoję się, że sam wywiera na siebie zbyt silną presję – oznajmił Baldhere. – Wybory, jakich dokonuje… czasem wprawiają mnie w zakłopotanie. To nie tak, że jego decyzje bitewne są złe. Po prostu uderza mnie fakt, że są zbyt agresywne.
– To jest wojna. Nie wiem, czy ktoś może być zbyt agresywny, pokonując wroga.
Baldhere zamilkł na chwilę.
– Oczywiście. Czy jednak zauważyłeś utratę dwóch szwadronów kawalerii lorda Yokaty?
– To było niefortunne, ale błędy się zdarzają.
– To nie jedyny błąd, którego lord Agelmar nie powinien był popełnić. Znajdował się w podobnych sytuacjach już wcześniej, Dai Shan. Powinien był wiedzieć.
Zdarzenie miało miejsce podczas ostatniego ataku na Trolloki. Asha’mani podpalili Fal Eisen i otaczające go tereny. Na rozkaz Agelmara kawaleria Yokaty wykonała zwrot, okrążając wielkie wzgórze, tak by zaatakować prawą flankę Trolloków, planującą uderzyć na Asha’manów. Stosując klasyczny manewr okrążający, Agelmar planował atak kawalerzystów na lewą flankę wroga, następnie mieli się pojawić Asha’mani i zmierzyć się z Trollokami w bezpośrednim starciu.
Jednakże przywódcy Cienia przewidzieli ten manewr. Nim Agelmar i Asha’mani zaczęli go realizować, na wzgórzu pojawiła się wielka grupa Trolloków, która zaatakowała prawą flankę Yokaty, podczas gdy reszta armii ruszyła na jego wojska i otoczyła kawalerzystów.
Wymordowano ich co do jednego. Zaraz potem Trolloki ruszyły w pościg za Asha’manami, którzy z trudem zdołali się uratować.