Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Jak fale rozchodzące się na wodzie.
— Mniej więcej. Jeżeli taki szkielet nagle znika i nie ma żadnych namacalnych dowodów, że kiedykolwiek istniał, co zostaje?
— Tylko ślady. — Yul z zapałem kiwał głową, jakby rozumiał to lepiej ode mnie. — Same fale na wodzie, bez plusku.
— Opony drumonów z drewnem nie mogły się nagle od-zużyć. Dokumentacja w tartacznym archiwum nie wyparowała. I nastąpił konflikt. Świat przestał być spójny. Pojawiła się sprzeczność logiczna.
— Olbrzymia sterta drewna do wzmocnienia parkingu, który wcale wzmocnienia nie wymagał.
— Otóż to. Nie chodzi o to, że są to rzeczy fizycznie niemożliwe. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, żeby przed parkingiem zwalić stos drewna, a w szafce na akta trzymać plik papierów. Problem polega na tym, że elementy składowe tej sytuacji nie tworzą już sensownej całości.
Przypomniał mi się dialog na temat różowego smoka, w który wciągnął mnie Orolo. Dopiero teraz, po wielu miesiącach, dotarło do mnie, że nieprzypadkowo wybrał smoka do zilustrowania tamtej kwestii. Próbował przywołać z przeszłości wydarzenie, które teraz wyciągnął Yul.
Słysząc za plecami ryk silnika, odwróciliśmy się i zobaczyliśmy Ganeliala Crade’a na trójkołowcu. Wymieniliśmy z Yulem porozumiewawcze spojrzenia (przy nim lepiej o tym nie rozmawiać), a potem Yul schylił się, nagarnął dwie garście śniegu i zaczął ugniatać je w kulę, którą mógłby rzucić w kuzyna. Zmrożony śnieg za nic nie chciał się lepić.
Do portu kolei lodowej w Osiemdziesiątym Trzecim Północnym dotarliśmy o drugiej w nocy — co oznaczało tylko tyle, że słońce wisiało na niebie trochę niżej niż zwykle. Droga wylała się z okopu na płaskowyż zbitego paku lodowego o szerokości mili albo dwóch, położony nieco niżej niż otaczający go teren, przez co miałem wrażenie, że wylądowaliśmy na dnie wybitego przez meteoryt olbrzymiego krateru. W paru miejscach dostrzegliśmy moduły mieszkalne postawione na palach, które można było przesuwać, skracać i wydłużać, kiedy dołem przepływała kra. Drumony skupiały się wokół nich. W modułach mieściły się skupy złomu i kierowcy przemieszczali się od jednego do drugiego, próbując uzyskać najlepszą cenę za swój towar. Inne budowle pełniły funkcję moteli, stołówek i burdeli.
Ale dominującym elementem krajobrazu był pociąg lodowy. Kiedy go pierwszy raz zobaczyłem, pod słońce, wziąłem go za fabrykę. Lokomotywa wyglądała jak jedna z tych pożerających miasta przetwórni gruzów: mała elektrownia i wioska z modułów mieszkalnych zostały zbudowane na moście spinającym przestrzeń między gigantycznymi gąsienicami. Za nią stało pół tuzina połączonych w pociąg sań zaopatrzonych w płozy, posuwających się po śladzie z ubitego śniegu i lodu pozostawionym przez gąsienice lokomotywy. Konstrukcja pierwszych sań umożliwiała przewożenie kontenerów, załadowanych na nie już w czterech warstwach, a niezgrabny żuraw na kołach dostawiał z mozołem kolejną, piątą. Dalsze sanie były po prostu ogromnymi otwartymi skrzyniami na płozach. Drugi dźwig, wyposażony w szczypce, którymi bez trudu mógłby złapać oba nasze aporty naraz, wyszarpywał kawały złomu z usypanej na śniegu sterty i przerzucał je do skrzyń z takim łoskotem, że serce zamierało mi w piersi. Ostatnie sanie były płaską platformą — a właściwie ruchomym parkingiem, prawie w połowie zapełnionym wyładowanymi drumonami.
Chwilę błądziliśmy bez celu, ale od spotkanych po drodze kierowców wiedzieliśmy z grubsza, jak port funkcjonuje, i mieliśmy pewne pojęcie o tym, jak nie należy się w nim zachowywać. Sammann sprawdził już, że poprzedni pociąg odjechał dwa dni wcześniej, natomiast załadunek tego, który widzieliśmy przed sobą, miał potrwać jeszcze kilka dni.
Kręcenie się po okolicy było o tyle ryzykowne, że nie obowiązywały żadne wyraźne przepisy określające pierwszeństwo przejazdu. Drumony i aporty poruszały się po liniach prostych, zmierzając wprost do celów interesujących ich nabuzowanych kierowców. Dlatego woleliśmy przemieszczać się pojazdami nawet na krótkie odległości. Znaleźliśmy biuro na palach, w którym można było zarezerwować miejsce na platformie, i wykupiliśmy miejsce dla obu naszych aportów. Dopłaciliśmy ekstra za ustawienie pojazdu Gnela na skraju platformy zamiast w środku, dzięki czemu mogliśmy swobodnie korzystać z trójkołowca, przystawiając do skraju platformy deski, po których dało się nim zjechać i wjechać z powrotem. Trycykl stał się naszym głównym środkiem transportu w porcie, mimo że miał tylko dwa miejsca, więc za każdym razem troje z nas pozostawało uziemionych. Wynajęliśmy moduł mieszkalny na lokomotywie i tam zakotwiczyliśmy. Było tanio. Rolę toalety pełniła dziura w podłodze zasłaniana klapą, przyciśniętą paroma kawałkami złomu, żeby nie poderwał jej arktyczny huragan. Po kilku kursach trójkołowcem zaopatrzyliśmy nasz nowy domek w racje żywnościowe i inne przywiezione w aportach rzeczy, w tym także zdumiewająco obszerny arsenał broni białej i strzeleckiej. Yulassetar i Ganelial Crade’owie mogli się nie zgadzać w kwestiach religijnych, ale jeśli chodzi o stosunek do broni, byli jak jeden umysł podzielony między dwa ciała. Używali nawet takich samych pokrowców na pistolety i pudełek na amunicję. W porcie wielu ludzi obnosiło się z bronią, a na skraju „miasta” było wyznaczone miejsce, gdzie można było dla zabicia czasu postrzelać sobie w okalającą je lodową ścianę. Musiałem jednak przyznać, że port jest w sumie bardziej uporządkowany i przewidywalny niż kraj, który przemierzaliśmy przez ostatni tydzień. Zaczynałem pomału rozumieć, że tak muszą wyglądać wszystkie miejsca, w których ma się odbywać handel.
Rozgościwszy się, wzięliśmy z Sammannem trójkołowiec i objechaliśmy wszystkie bary i burdele, żeby się upewnić, że nie ma w nich Orola. Cord łaziła po lokomotywie, podziwiając jej konstrukcję. Yul jej towarzyszył. Twierdził, że nie mniej niż ona interesuje się inżynierią, ale na mój gust zwyczajnie bał się, że zostanie zgwałcona, jeśli będzie się włóczyć bez opieki.
Obijaliśmy się tak przez parę dni. Próbowałem czytać zabrane z matemu książki teoryczne, ale nie mogłem się skupić i skończyło się na tym, że przesypiałem jakieś niewiarygodne ilości czasu. Sammann znalazł miejsce nieopodal biura, w którym mógł się łączyć z Retikulum. Połączenie było kapryśne, ale chodził tam codziennie, a po powrocie analizował uzyskane informacje. Yul i Cord w chwilach wolnych od „zbierania drewna” oglądali filmy na maleńkim ekraniku piszczka. Ganelial Crade czytał swoje starobazyjskie święte księgi i zaczynał pomału sygnalizować zainteresowanie tematem, którego do tej pory on uprzejmie unikał, a ja ogromnie się obawiałem: religią.
Za którymś razem Sammann uratował mnie przed wejściem w bliższy kontakt z Gnelem: podniósł głowę znad piszczka, spojrzał mi w oczy (siedziałem po drugiej stronie pokoju) i znów spuścił wzrok na ekran. Wrócił właśnie z jednej ze swoich wypraw po informacje, w jego brodzie nadal tkwiły kryształki lodu.
Podszedłem i przykucnąłem przy jego krześle.
— Po wyjeździe z Sambie cały czas próbuję dostać się do pewnych retikuli — zaczął. — Powinny być przede mną zamknięte, ale pomyślałem, że jeśli wytłumaczę, o co mi chodzi, może uda mi się uzyskać do nich dostęp. Trochę to trwało, zanim właściciele przeanalizowali moją prośbę. Podejrzewam, że przez ten czas szukali w Retikulum potwierdzenia moich słów.
— Jak to się odbywa?
Nie był zachwycony moim pytaniem. Może nużyło go już wyjaśnianie mi takich spraw, a może po prostu chciał zachować chociaż odrobinę szacunku dla Dyscypliny, bezlitośnie przez nas łamanej.