Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 114 115 116 117 118 119 120 121 122 ... 173
Перейти на страницу:

Myśl była ja­sna i upar­ta. Miał wra­że­nie, że obi­ja mu się we­wnątrz czasz­ki, roz­py­cha łok­cia­mi, pod­cze­pia pod inne my­śli i nie­za­leż­nie od tego, jak da­le­ko pró­bo­wał­by ją ode­pchnąć, raz po raz wy­pły­wa na wierzch.

I mimo to, a może wła­śnie dla­te­go, że była tak upar­ta, sie­dział, są­czył wino i cze­kał na znak.

Słu­żą­ca zja­wi­ła się póź­nym po­po­łu­dniem trze­cie­go dnia. Szła środ­kiem uli­cy, nio­sąc w rę­kach, tak jak się umó­wił z ba­ro­no­wą, dwa ko­sze na za­ku­py.

Dwa dni – za­skom­la­ła myśl – masz dwa dni, żeby się ukryć, a na­wet wy­je­chać z mia­sta. Po­tem nie bę­dzie od­wro­tu.

Alt­sin uśmiech­nął się bez ra­do­ści i na­lał so­bie po sam brzeg. Wy­pił po­wo­li, po raz pierw­szy od trzech dni czu­jąc peł­ny, bo­ga­ty aro­mat mło­de­go wina.

Za­czy­na­my.

* * *

Przy­ję­cie.

Tego się nie spo­dzie­wał i szcze­rze mó­wiąc, ba­ro­no­wa też nie. Hra­bia Ter­le­ach po­pro­sił – co pod­kre­śli­ła kil­ka­krot­nie – po­pro­sił ją, by zor­ga­ni­zo­wa­ła dla nie­go przy­ję­cie w jego głów­nej re­zy­den­cji. Po­dob­no dla­te­go, że – jak stwier­dził – od lat bra­ku­je w jego domu ko­bie­cej ręki, a Dar­we­nia Le­wen­der sły­nie z wy­szu­ka­ne­go sma­ku.

– Od razu wi­dać, że nie­wie­le wie o tego typu spra­wach – mó­wi­ła, mio­ta­jąc się po ró­żo­wym po­ko­iku.

Zło­dziej sie­dział za biur­kiem i czy­tał pi­smo od hra­bie­go. Dzie­sięć dni! Nie­mal wrzesz­cza­ła, mie­li tyl­ko dzie­sięć dni na zor­ga­ni­zo­wa­nie naj­waż­niej­sze­go przy­ję­cia w hi­sto­rii mia­sta. I to w re­zy­den­cji, któ­ra nie wi­dzia­ła ta­kie­go spo­tka­nia od wie­ków! W Au­se­rii, naj­star­szej z dziel­nic Wy­so­kie­go Mia­sta, w pa­mię­ta­ją­cym jesz­cze przed­me­ekhań­skie cza­sy pa­ła­cy­ku, bu­do­wa­nym tak, by prze­trzy­mać ewen­tu­al­ne ob­lę­że­nie. Bez sali ba­lo­wej, bez przy­zwo­itej kuch­ni, z piw­ni­cą peł­ną ku­rzu i pa­ję­czyn, bo hra­bia nie dbał ani o je­dze­nie, ani o wina, ani o inne przy­jem­no­ści cia­ła. I ona mia­ła to wszyst­ko do­pro­wa­dzić do po­rząd­ku w za­le­d­wie dzie­sięć dni!

– Już osiem – przy­po­mniał, koń­cząc list.

Rzu­ci­ła mu tyl­ko roz­złosz­czo­ne spoj­rze­nie.

Tak na­praw­dę na­wet gdy­by hra­bia po­pro­sił o bal za dzie­sięć go­dzin, nie mia­ło­by to więk­sze­go zna­cze­nia. Wszyst­kie prą­dy w Wy­so­kim Mie­ście pły­nę­ły obec­nie w jego stro­nę, więc od­wo­ły­wa­no by ślu­by i po­grze­by, byle nie oka­zać de­spek­tu no­wym przy­wód­com. A na przy­ję­ciu je­dzo­no by sta­re su­cha­ry, po­pi­ja­jąc desz­czów­ką i roz­wo­dząc się nad go­ścin­no­ścią i wy­ra­fi­no­wa­nym gu­stem go­spo­da­rza. Lecz Ben­do­ret Ter­le­ach po­stą­pił bar­dziej niż mą­drze, pro­sząc ba­ro­no­wą o przy­słu­gę. Te­raz, je­śli go­ście będą nie­za­do­wo­le­ni, to ona bę­dzie win­na. To ona może stra­cić po­zy­cję, opi­nię i sza­cu­nek.

Do prze­sył­ki do­łą­czo­no li­stę go­ści, któ­rych hra­bia ży­czył so­bie spo­tkać. Po­nad set­ka na­zwisk, oprócz stron­ni­ków Ter­le­achów tak­że cała śmie­tan­ka Wy­sse­ry­nów i co było naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­ce, Fer­les-gur-Do­res z mał­żon­ką, sy­na­mi i kil­ko­ma naj­za­go­rzal­szy­mi zwo­len­ni­ka­mi. Za­pro­sze­nie przy­wód­cy wro­gie­go stron­nic­twa na przy­ję­cie, któ­re mia­ło być za­pew­ne po­cho­dem trium­fal­nym hra­bie­go i Wy­sse­ry­nów, i to za­raz po tym, jak od­kry­to nie­uda­ną pró­bę za­ma­chu na go­spo­da­rza, było albo wy­cią­gnię­ciem ręki do zgo­dy, albo wy­po­wie­dze­niem woj­ny.

– Po­win­nam każ­de­mu męż­czyź­nie od­bie­rać przed wej­ściem broń, ko­bie­tom szpi­le do wło­sów i grze­bie­nie z ostry­mi zę­ba­mi oraz za­trud­nić tu­zin pró­bo­wa­czy po­traw, i to ta­kich, któ­rzy po­tra­fią po­słu­gi­wać się ma­gią. A naj­le­piej umie­ścić wszyst­kich w osob­nych kom­na­tach.

– Tak. A jesz­cze le­piej wy­słać do każ­de­go za­pro­sze­nie z inną datą przy­ję­cia – mruk­nął Alt­sin, koń­cząc czy­tać.

Zło­żył list. Tak na­praw­dę szu­kał jed­ne­go na­zwi­ska i oczy­wi­ście zna­lazł je nie­mal na szczy­cie spi­su. Ewen­net-sek-Gres miał być jed­nym z ho­no­ro­wych go­ści.

– Co te­raz, ba­ro­no­wo? Jak zdo­ła­my do­star­czyć hra­bie­mu sa­kiew­kę, i to tak, by za­in­te­re­so­wał się jej hi­sto­rią? Je­śli do­brze ro­zu­miem, Ben­do­ret Ter­le­ach jest upar­ty i nie­za­leż­ny, musi sam wy­cią­gnąć od­po­wied­nie wnio­ski.

– To praw­da. Ni­g­dy nie po­zwa­la, by kto­kol­wiek mó­wił mu, co ma my­śleć i ro­bić. Dla­te­go zresz­tą ma tylu zwo­len­ni­ków.

– Więc?

Ary­sto­krat­ka za­trzy­ma­ła się, wes­tchnę­ła.

– Nie mam kon­kret­ne­go pla­nu. My­śla­łam o tym, żeby po pro­stu wy­słać mu ją ra­zem z li­stem, su­ge­ru­ją­cym, by spraw­dził kto, za co i komu pła­cił pie­niędz­mi w tej sa­kiew­ce.

Po­krę­cił gło­wą.

– Nie. Nie wy­pusz­czę jej z rąk i nie po­wie­rzę ja­kie­muś po­słań­co­wi. Zresz­tą za­ło­żę się, że hra­bia otrzy­mu­je te­raz dzie­siąt­ki albo set­ki li­stów dzien­nie. To dość... nie­pew­ny spo­sób. Je­śli sa­kiew­ka gdzieś za­gi­nie, stra­ci­my ostat­ni ślad mię­dzy sek-Gre­sem a całą in­try­gą.

Uśmiech­nę­ła się kwa­śno.

– Nie­pew­ny? Chcia­łeś po­wie­dzieć głu­pi bądź na­wet tchórz­li­wy, praw­da? Wiem, wiem, te­raz, gdy oka­za­ło się, że hra­bia nie łą­czy mnie z San­we­sem, mo­gła­bym wy­co­fać się z ca­łej hi­sto­rii bez żad­ne­go pro­ble­mu. Wy­star­czy, że ode­gram ko­me­dię z so­bo­wtó­rem i uwi­nę się z tym przy­ję­ciem tak, by Ter­le­ach był za­do­wo­lo­ny, a zy­skam po­tęż­ne­go przy­ja­cie­la, a kto wie, może na­wet pro­tek­to­ra. – Ko­bie­ta prze­chy­li­ła gło­wę i na­wi­nę­ła na pa­lec rudy lok. – Może na­wet zo­sta­ła­bym jego sta­łą... or­ga­ni­za­tor­ką przy­jęć, bo te­raz bę­dzie mu­siał czę­ściej urzą­dzać przy­ję­cia. To da­ło­by mi po­zy­cję, o ja­kiej do tej pory na­wet nie śni­łam. Po co mi więc ja­kaś głu­pia ze­msta?

Uśmiech­nę­ła się sze­rzej, mie­rząc zło­dzie­ja uważ­nym spoj­rze­niem.

1 ... 114 115 116 117 118 119 120 121 122 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)