Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Matka Laweneresa przyłożyła nagle dłonie do ust.
— Na Ogień! Prawie zapomniałam. — Sięgnęła za dekolt. — List. Miałam ci go dać wcześniej, ale najpierw były wieści z Pomwe, potem ta narada… Przysłano go do mnie z prośbą, bym ci go przekazała.
Deana ostrożnie wzięła złożony papier. Na rogach widać było kilka kolorowych plam.
— Co to?
— Suchi go sprawdzał. Podobno można nasączyć papier trucizną, potem czytający obliże palec albo siądzie do posiłku, nie myjąc rąk… Ponoć są nawet takie trucizny, które zabijają przez skórę. Kazał przynosić sobie każde pismo skierowane do ciebie.
— Rozumiem, że ten list jest czysty.
— Przynajmniej książęcy truciciel tak twierdzi.
Deana uśmiechnęła się lekko.
— Czyj to znak? — Wskazała na lakową pieczęć z jakimś dziwnym ptakiem.
— Imperialnego ambasadora. — Varala uśmiechnęła się lekko.
Deana zastanowiła się. Zaraz po jej wizycie w Oku meekhański ambasador „zaniemógł” i od tej pory Imperium milczało. Aż do dzisiaj.
Lakowa pieczęć pękła, papier zaszeleścił. Eleganckie, drobne pismo przesunęło się przed jej oczyma.
— No proszę. Nareszcie nasi przyjaciele zrobili ruch. Ale nie uwierzysz, jaką mają prośbę.
Rozdział 24
— Widzę, że wszyscy tutaj znają się na kopaniu… Mam rację? Co to za sztuka machać łopatą, hę? Każdy dureń to potrafi. Przynajmniej tak twierdził mój świętej pamięci ojciec, niech Pani miłosiernie przytuli do swej piersi jego duszę.
Luka-wer-Klytus siedział z boku, pod płachtą chroniącą go od słońca, i patrzył, jak Owerers-kan-Sumor przechadza się przed setką umazanych od stóp do głów ludzi, z których większość wpatrywała się teraz intensywnie w ziemię. Wsparci na łopatach i kilofach, zdyszani i brudni, wyglądali niczym obraz nędzy i rozpaczy. Kan-Sumor wymachiwał energicznie rękami, a jego pokryta czarnym zarostem twarz była purpurowa. Plotka głosiła, że jego ojciec był ubogim meekhańskim szlachcicem, a matka pochodziła z jednego z plemion Wielkich Stepów, i to chyba po niej odziedziczył temperament, bo nie przebierając w słowach, kontynuował:
— Chociaż chyba powinienem się cieszyć, że już umarł i nie miał okazji zobaczyć tego czegoś, co Trzecia zasrana Kompania zasranego Pułku Wilka ośmiela się nazywać szańcem! Co to, na smażone jaja Reagwyra, ma być?! Wasi ojcowie, dupcząc wasze matki, musieli myśleć o swoich owcach, bo nie da się inaczej wyjaśnić, czemu mam dowodzić takim stadem baranów!!!
Uniósł lewą rękę, prezentując skórzany, barwiony na żółto karwasz opasujący mu przedramię.
— Widzicie? Kahel-saw-Kirhu uznał chyba, że mnie nie lubi. Najwyraźniej czymś mu podpadłem, bo stwierdził, że po śmierci Hamenego to ja będę kapitanem waszej bandy. Więc wezwał mnie osobiście, by to oznajmić, i przysięgam, że gębę wykrzywiał w naprawdę złośliwym uśmiechu. To było jakieś dwie godziny temu, więc spodziewałem się, że po powrocie zastanę tu coś, co mogłoby zatrzymać, no, może nie prawdziwą armię, ale przynajmniej bandę beznogich i bezrękich kalek. Ale to?!
Owerers wskazał wznoszącą się za plecami oddziału pryzmę ziemi, przypominającą gigantyczny stos krowiego łajna.
Trzecia Kompania nadal wpatrywała się w ziemię.
Luka westchnął. Sam nie brał udziału w pracy, bo w czasie ostatniej bitwy oberwał najpierw korbaczem w głowę, a zaraz potem obuchem topora w bark i teraz nosił na łbie gruby opatrunek, a lewą rękę na temblaku. Za to mógł doskonale wyjaśnić, co tu zaszło. Zaczął się podnosić, by skończyć z tym przedstawieniem. W końcu mieli robotę do wykonania.
— Gdzie Mafhus? — zagrzmiał nowy kapitan.
— Wezwali go do kwatermistrza po przydział pancerzy i hełmów — dobiegło z tyłu. — Wziął połowę kompanii. Zaraz po tym, jak ty… kapitanie poszedłeś do sztabu.
Owerers-kan-Sumor zamrugał, zaskoczony.
— Eeee, to kto tu dowodził, jak mnie nie było?
Cisza. Luka klapnął z powrotem na ziemię. No właśnie, o to chodziło.
Po chwili w ścianie żołnierzy pojawiła się szczelina i oddział rozpadł się na dwie części. A między nimi, siedząc po pas w dziurze w ziemi, ukazała się szczupła, uwalana brudem po czubek głowy postać.
— Koło?
Szeroki uśmiech przeciął maskę wykonaną z zasychającego błota. Spod brudu wyłaniały się fragmenty zaczerwienionej, poparzonej skóry i zwęglonych włosów. Nie wyglądało jednak na to, by dziewczyna przejmowała się ranami.
— Owerirs! — przekręciła imię dowódcy. — Kopiemy. Ziemia jest dobra. — Koło nabrała w ręce garść ziemi i wpakowała sobie do ust. — Sszmaczna.
Kapitan powiódł wzrokiem po reszcie. Żaden z kilkudziesięciu mężczyzn nie próbował odwzajemnić spojrzenia.
— Nie próbowaliście…
— Wiesz, że się nie da. — Bonmer-owe-Posk, jeden z najstarszych żołnierzy kompanii, spojrzał wreszcie wprost na kan-Sumora. — Koło znów odwiedziły te „one”. Kazały jej szybko kopać, a ona kazała kopać nam. Sam powiedziałeś, żeby jej wtedy nie przeszkadzać i robić, co każe. Fonmer próbował ją powstrzymać, to złamała mu łopatę na głowie. Musieliśmy go tam położyć.
Wszyscy spojrzeli w stronę Luki, obok którego spoczywał mężczyzna z obandażowaną głową.
— Nie widziałeś jej wtedy, Owerers. Wrzeszczała, klęła i płakała na zmianę, a my machaliśmy łopatami, bo jak któryś przestawał, skakała do niego z pazurami.
Zgodny pomruk skwitował te słowa. Koło uśmiechnęła się jeszcze szerzej, prezentując brudne zęby, i wpakowała sobie w usta kolejną porcję ziemi.
Świeżo mianowany dowódca Trzeciej Kompanii przymknął oczy, a jego szczęki poruszały się przez chwilę na boki, jakby musiał przeżuć kawał bardzo starej koniny.
— Ona nie może tu zostać. — Bonmer wyglądał na szczerze zakłopotanego, ale i zdeterminowanego. — Powinniśmy ją odesłać do obozu kobiet i dzieci.
Część oddziału poparła go zgodnie. Mniejsza część.
Luka-wer-Klytus poderwał się i ruszył w stronę żołnierzy. W pierwszej chwili zakręciło mu się w głowie i musiał przystanąć, dysząc ciężko i walcząc z falą mdłości, ale, do cholery, nikt nie będzie odsyłał Koła na tyły. Była żołnierzem ich oddziału i zasłużyła sobie na szacunek.