Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 114 115 116 117 118 119 120 121 122 ... 210
Перейти на страницу:

Mat­ka La­we­ne­re­sa przy­ło­ży­ła na­gle dło­nie do ust.

— Na Ogień! Pra­wie za­po­mnia­łam. — Się­gnę­ła za de­kolt. — List. Mia­łam ci go dać wcze­śniej, ale naj­pierw były wie­ści z Po­mwe, po­tem ta na­ra­da… Przy­sła­no go do mnie z proś­bą, bym ci go prze­ka­za­ła.

De­ana ostroż­nie wzię­ła zło­żo­ny pa­pier. Na ro­gach wi­dać było kil­ka ko­lo­ro­wych plam.

— Co to?

— Su­chi go spraw­dzał. Po­dob­no moż­na na­są­czyć pa­pier tru­ci­zną, po­tem czy­ta­ją­cy ob­li­że pa­lec albo sią­dzie do po­sił­ku, nie my­jąc rąk… Po­noć są na­wet ta­kie tru­ci­zny, któ­re za­bi­ja­ją przez skó­rę. Ka­zał przy­no­sić so­bie każ­de pi­smo skie­ro­wa­ne do cie­bie.

— Ro­zu­miem, że ten list jest czy­sty.

— Przy­naj­mniej ksią­żę­cy tru­ci­ciel tak twier­dzi.

De­ana uśmiech­nę­ła się lek­ko.

— Czyj to znak? — Wska­za­ła na la­ko­wą pie­częć z ja­kimś dziw­nym pta­kiem.

— Im­pe­rial­ne­go am­ba­sa­do­ra. — Va­ra­la uśmiech­nę­ła się lek­ko.

De­ana za­sta­no­wi­ła się. Za­raz po jej wi­zy­cie w Oku me­ekhań­ski am­ba­sa­dor „za­nie­mógł” i od tej pory Im­pe­rium mil­cza­ło. Aż do dzi­siaj.

La­ko­wa pie­częć pę­kła, pa­pier za­sze­le­ścił. Ele­ganc­kie, drob­ne pi­smo prze­su­nę­ło się przed jej oczy­ma.

— No pro­szę. Na­resz­cie nasi przy­ja­cie­le zro­bi­li ruch. Ale nie uwie­rzysz, jaką mają proś­bę.

Rozdział 24

— Wi­dzę, że wszy­scy tu­taj zna­ją się na ko­pa­niu… Mam ra­cję? Co to za sztu­ka ma­chać ło­pa­tą, hę? Każ­dy du­reń to po­tra­fi. Przy­naj­mniej tak twier­dził mój świę­tej pa­mię­ci oj­ciec, niech Pani mi­ło­sier­nie przy­tu­li do swej pier­si jego du­szę.

Luka-wer-Kly­tus sie­dział z boku, pod płach­tą chro­nią­cą go od słoń­ca, i pa­trzył, jak Owe­rers-kan-Su­mor prze­cha­dza się przed set­ką uma­za­nych od stóp do głów lu­dzi, z któ­rych więk­szość wpa­try­wa­ła się te­raz in­ten­syw­nie w zie­mię. Wspar­ci na ło­pa­tach i ki­lo­fach, zdy­sza­ni i brud­ni, wy­glą­da­li ni­czym ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy. Kan-Su­mor wy­ma­chi­wał ener­gicz­nie rę­ka­mi, a jego po­kry­ta czar­nym za­ro­stem twarz była pur­pu­ro­wa. Plot­ka gło­si­ła, że jego oj­ciec był ubo­gim me­ekhań­skim szlach­ci­cem, a mat­ka po­cho­dzi­ła z jed­ne­go z ple­mion Wiel­kich Ste­pów, i to chy­ba po niej odzie­dzi­czył tem­pe­ra­ment, bo nie prze­bie­ra­jąc w sło­wach, kon­ty­nu­ował:

— Cho­ciaż chy­ba po­wi­nie­nem się cie­szyć, że już umarł i nie miał oka­zji zo­ba­czyć tego cze­goś, co Trze­cia za­sra­na Kom­pa­nia za­sra­ne­go Puł­ku Wil­ka ośmie­la się na­zy­wać szań­cem! Co to, na sma­żo­ne jaja Re­agwy­ra, ma być?! Wasi oj­co­wie, dup­cząc wa­sze mat­ki, mu­sie­li my­śleć o swo­ich owcach, bo nie da się ina­czej wy­ja­śnić, cze­mu mam do­wo­dzić ta­kim sta­dem ba­ra­nów!!!

Uniósł lewą rękę, pre­zen­tu­jąc skó­rza­ny, bar­wio­ny na żół­to kar­wasz opa­su­ją­cy mu przed­ra­mię.

— Wi­dzi­cie? Ka­hel-saw-Kir­hu uznał chy­ba, że mnie nie lubi. Naj­wy­raź­niej czymś mu pod­pa­dłem, bo stwier­dził, że po śmier­ci Ha­me­ne­go to ja będę ka­pi­ta­nem wa­szej ban­dy. Więc we­zwał mnie oso­bi­ście, by to oznaj­mić, i przy­się­gam, że gębę wy­krzy­wiał w na­praw­dę zło­śli­wym uśmie­chu. To było ja­kieś dwie go­dzi­ny temu, więc spo­dzie­wa­łem się, że po po­wro­cie za­sta­nę tu coś, co mo­gło­by za­trzy­mać, no, może nie praw­dzi­wą ar­mię, ale przy­naj­mniej ban­dę bez­no­gich i bez­rę­kich ka­lek. Ale to?!

Owe­rers wska­zał wzno­szą­cą się za ple­ca­mi od­dzia­łu pry­zmę zie­mi, przy­po­mi­na­ją­cą gi­gan­tycz­ny stos kro­wie­go łaj­na.

Trze­cia Kom­pa­nia na­dal wpa­try­wa­ła się w zie­mię.

Luka wes­tchnął. Sam nie brał udzia­łu w pra­cy, bo w cza­sie ostat­niej bi­twy obe­rwał naj­pierw kor­ba­czem w gło­wę, a za­raz po­tem obu­chem to­po­ra w bark i te­raz no­sił na łbie gru­by opa­tru­nek, a lewą rękę na tem­bla­ku. Za to mógł do­sko­na­le wy­ja­śnić, co tu za­szło. Za­czął się pod­no­sić, by skoń­czyć z tym przed­sta­wie­niem. W koń­cu mie­li ro­bo­tę do wy­ko­na­nia.

— Gdzie Ma­fhus? — za­grzmiał nowy ka­pi­tan.

— We­zwa­li go do kwa­ter­mi­strza po przy­dział pan­ce­rzy i heł­mów — do­bie­gło z tyłu. — Wziął po­ło­wę kom­pa­nii. Za­raz po tym, jak ty… ka­pi­ta­nie po­sze­dłeś do szta­bu.

Owe­rers-kan-Su­mor za­mru­gał, za­sko­czo­ny.

— Eeee, to kto tu do­wo­dził, jak mnie nie było?

Ci­sza. Luka klap­nął z po­wro­tem na zie­mię. No wła­śnie, o to cho­dzi­ło.

Po chwi­li w ścia­nie żoł­nie­rzy po­ja­wi­ła się szcze­li­na i od­dział roz­padł się na dwie czę­ści. A mię­dzy nimi, sie­dząc po pas w dziu­rze w zie­mi, uka­za­ła się szczu­pła, uwa­la­na bru­dem po czu­bek gło­wy po­stać.

— Koło?

Sze­ro­ki uśmiech prze­ciął ma­skę wy­ko­na­ną z za­sy­cha­ją­ce­go bło­ta. Spod bru­du wy­ła­nia­ły się frag­men­ty za­czer­wie­nio­nej, po­pa­rzo­nej skó­ry i zwę­glo­nych wło­sów. Nie wy­glą­da­ło jed­nak na to, by dziew­czy­na przej­mo­wa­ła się ra­na­mi.

— Owe­rirs! — prze­krę­ci­ła imię do­wód­cy. — Ko­pie­my. Zie­mia jest do­bra. — Koło na­bra­ła w ręce garść zie­mi i wpa­ko­wa­ła so­bie do ust. — Ssz­macz­na.

Ka­pi­tan po­wiódł wzro­kiem po resz­cie. Ża­den z kil­ku­dzie­się­ciu męż­czyzn nie pró­bo­wał od­wza­jem­nić spoj­rze­nia.

— Nie pró­bo­wa­li­ście…

— Wiesz, że się nie da. — Bon­mer-owe-Posk, je­den z naj­star­szych żoł­nie­rzy kom­pa­nii, spoj­rzał wresz­cie wprost na kan-Su­mo­ra. — Koło znów od­wie­dzi­ły te „one”. Ka­za­ły jej szyb­ko ko­pać, a ona ka­za­ła ko­pać nam. Sam po­wie­dzia­łeś, żeby jej wte­dy nie prze­szka­dzać i ro­bić, co każe. Fon­mer pró­bo­wał ją po­wstrzy­mać, to zła­ma­ła mu ło­pa­tę na gło­wie. Mu­sie­li­śmy go tam po­ło­żyć.

Wszy­scy spoj­rze­li w stro­nę Luki, obok któ­re­go spo­czy­wał męż­czy­zna z oban­da­żo­wa­ną gło­wą.

— Nie wi­dzia­łeś jej wte­dy, Owe­rers. Wrzesz­cza­ła, klę­ła i pła­ka­ła na zmia­nę, a my ma­cha­li­śmy ło­pa­ta­mi, bo jak któ­ryś prze­sta­wał, ska­ka­ła do nie­go z pa­zu­ra­mi.

Zgod­ny po­mruk skwi­to­wał te sło­wa. Koło uśmiech­nę­ła się jesz­cze sze­rzej, pre­zen­tu­jąc brud­ne zęby, i wpa­ko­wa­ła so­bie w usta ko­lej­ną por­cję zie­mi.

Świe­żo mia­no­wa­ny do­wód­ca Trze­ciej Kom­pa­nii przy­mknął oczy, a jego szczę­ki po­ru­sza­ły się przez chwi­lę na boki, jak­by mu­siał prze­żuć ka­wał bar­dzo sta­rej ko­ni­ny.

— Ona nie może tu zo­stać. — Bon­mer wy­glą­dał na szcze­rze za­kło­po­ta­ne­go, ale i zde­ter­mi­no­wa­ne­go. — Po­win­ni­śmy ją ode­słać do obo­zu ko­biet i dzie­ci.

Część od­dzia­łu po­par­ła go zgod­nie. Mniej­sza część.

Luka-wer-Kly­tus po­de­rwał się i ru­szył w stro­nę żoł­nie­rzy. W pierw­szej chwi­li za­krę­ci­ło mu się w gło­wie i mu­siał przy­sta­nąć, dy­sząc cięż­ko i wal­cząc z falą mdło­ści, ale, do cho­le­ry, nikt nie bę­dzie od­sy­łał Koła na tyły. Była żoł­nie­rzem ich od­dzia­łu i za­słu­ży­ła so­bie na sza­cu­nek.

1 ... 114 115 116 117 118 119 120 121 122 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)