Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 253
Перейти на страницу:

Im dalej na północ się posuwaliśmy, tym szybciej te konstrukcje ginęły pod lodem: warstewka szronu, z początku delikatna, stawała się coraz grubsza i coraz cięższa, upodabniała się do lodowej polewy, dławiła je, miażdżyła, spłaszczała, unicestwiała. Aż w końcu jedynym dziełem ręki ludzkiej pozostały szczątki dawnych stacji pociągów lodowych, które — bezbronne na skutek fluktuacji pogody lub ekonomii — w którymś momencie poddały się i poumierały. Milę od drogi okolica była biała i gładka, za to przy samej drodze napotykaliśmy najgorsze obrzydlistwa, jakie widziałem w czasie całej naszej podróży. Zaspy stawały się coraz wyższe i coraz bardziej czerniały, aż w końcu jechaliśmy dnem czarnego jak węgiel okopu o głębokości dwudziestu stóp, zatłoczonego drumonami poruszającymi się w tempie zdrowego piechura. Nie mieliśmy dokąd uciec. Moglibyśmy wyłączyć silniki naszych dwóch aportów, a wtedy jadący za nami drumon przepchałby nas przez cały ten odcinek. Kierowcy wystawili z szoferek długie rury, przez które ciągnęli z góry świeże powietrze; my, jako mniej przezorni i niezaopatrzeni w taki sprzęt, przez ostatni dzień oddychaliśmy oleistym, sinym dymem spalin. Kiedy któreś z nas zaczynało mieć mdłości, zmienialiśmy się przy kierownicy i ten, kto akurat był wolny, wdrapywał się na górę (na szczyt śniegowych ścian okopu prowadziły czasem wygodne pochylnie) i przez jakiś czas szedł spacerkiem (na jednym z mijanych targów kupiliśmy zmontowane z materiałów z odzysku rakiety śnieżne) albo jechał trójkołowcem Gnela.

Właśnie podczas jednego z takich mozolnych odcinków, pod sam koniec podróży, Yul w końcu zapytał mnie o dinozaura z parkingu.

Od pierwszego dnia, od naszego spotkania w Norslofie, widziałem, że coś go gryzie. Kiedy zbliżyli się do siebie z Cord, przez kilka dni mnie unikał i starał się nie zostawać ze mną sam na sam, ale kiedy stało się dla niego jasne, że nie zachowam się nieliniowo, zaczął dyskretnie szukać okazji do rozmowy w cztery oczy. Spodziewałem się, że chce porozmawiać o Cord, tymczasem jak zwykle mnie zaskoczył.

— Jedni mówią, że to był dinozaur, inni, że smok — odparłem. — Jedną z pierwszych rzeczy, jakiej uczymy się o tym wydarzeniu, jest zastrzeżenie, że nic nie jest pewne…

— Dlatego że inkanterzy zatarli wszystkie ślady?

— Podobno. Nawiasem mówiąc, drugą rzeczą, jaką przekazuje się w tej sprawie deklarantom, jest zakaz dyskusji na ten temat z sekularami.

Yul zrobił zawiedzioną minę.

— Przykro mi, ale tak to właśnie wygląda — ciągnąłem. — Większość relacji jest zgodna, że jedna grupa, nazwijmy ją Grupą A, zainicjowała całe wydarzenie, a druga grupa, Grupa B, je zakończyła. W popularnej mitologii A oznacza tak zwanych retorów, a B tak zwanych inkanterów. Wszystko to zdarzyło się na trzy miesiące przed rozpoczęciem Trzeciej Łupieży.

— Ale ten dinozaur… czy smok, co to tam było… on naprawdę pojawił się na parkingu.

Rozmawialiśmy, idąc po ubitym śniegu, rzut kamieniem od prawej krawędzi zatkanego drumonami okopu. Woleliśmy się nie zbliżać za bardzo do śnieżnego rowu, ponieważ wielu ludzi, często nabuzowanych, jeździło tamtędy pojazdami śnieżnymi. Ścieżka, którą szliśmy, wyglądała na ubitą przez jedną z takich maszyn najdalej przed dwoma dniami. Wiedzieliśmy, gdzie znajdują się nasze aporty, ponieważ nauczyliśmy się rozpoznawać rury oddechowe sąsiednich drumonów. Wyglądało na to, że pojazdy w rowie przyspieszają, więc i my powinniśmy zacząć szybciej miesić śnieg, jeśli chcemy za nimi nadążyć. Prawdopodobnym powodem przyspieszenia była bliskość portu kolei lodowej: w odległości dwóch mil widzieliśmy już anteny, słupy dymu i snopy światła, więc nawet gdyby aporty nas wyprzedziły, dotarlibyśmy na miejsce pieszo. Nie musieliśmy się spieszyć.

— Wszystko rozegrało się dwa tysiące stóp od Muncostera — powiedziałem. — Było tam wtedy miasto… Nadal zresztą jest. Poziom zamożności i zaawansowania praksis… powiedzmy: dziewięć w skali od jednego do dziesięciu.

— A dzisiaj? Gdzie jesteśmy w tej skali?

— Osiem, w przybliżeniu. Społeczeństwo w pobliżu Muncostera właśnie osiągnęło szczyt swojej potęgi, chociaż wtedy nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Deolatrzy zyskiwali coraz większe wpływy polityczne.

— Z której arki?

— Nie wiem. Jednej z tych, które agresywnie dążą do władzy. Mieli taką ikonografię…

— Co mieli?

— Inaczej… Czuli się zagrożeni przez niektóre przekonania deklarantów.

— Takie jak to, że świat jest stary.

— Na przykład. Wynikły z tego problemy przy kilku rocznych apertach, później większe zamieszki przy okazji apertu dziesięcioletniego w dwa tysiące siedemset osiemdziesiątym: w Dziesiątą Noc matem dziesiętników został lekko złupiony. Ale potem się uspokoiło, apert się skończył, sprawa przyschła. W mieście budowano wtedy parking, część nowego centrum handlowego. Deklaranci mieli go na wyciągnięcie ręki: wystarczyło się wychylić przez okno którejś wieży (w Muncosterze ich nie brakowało), żeby go zobaczyć. Parę miesięcy później parking był gotowy; sekularowie codziennie zostawiali na nim samochody. Wszystko pięknie. Minęło sześć lat. Centrum handlowe się rozrosło. Robotnicy wrócili na parking, bo trzeba było wzmocnić jego konstrukcję, żeby dobudować nowe skrzydło. Jeden z nich znajdował się na czwartej kondygnacji i młotem pneumatycznym rozkuwał posadzkę, kiedy zauważył jakiś przedmiot tkwiący w syntetycznym kamieniu. Wyglądał jak szpon. Zaintrygowani robotnicy skuwali coraz więcej kamienia. Problem był poważny, bo gdyby w elementach nośnych znalazło się więcej takich rzeczy jak szpony czy kości, osłabiłyby całą konstrukcję. Wkrótce musieli zacząć wzmacniać parking, podpierać go stemplami, bo słabł i osuwał się na ich oczach, a im więcej kamienia skuwali, tym gorzej miały się sprawy. W końcu okazało się, że odkryli kompletny szkielet stustopowego gada zatopiony w syntetycznym kamieniu, który wylano zaledwie kilka lat wcześniej! Deolatrzy nie wiedzieli, co o tym myśleć. W mieście przy koncencie wybuchły niepokoje i zamieszki, aż nagle, pewnej nocy, z wieży tysięczników dobiegł śpiew. Śpiewali całą noc. A następnego dnia parking wyglądał całkiem zwyczajnie. Oto cała historia.

— Wierzysz w nią?

— Coś na pewno się tam wydarzyło. Były przecież dowody. Nadal są.

— Jakie dowody? Fototypy szkieletu?

— Nie, raczej wspomnienia świadków. Stosy drewna na stemple. Dokumentacja z tartaku. Mocniej zużyte opony drumonów, które przewiozły drewno na parking.

1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)