Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Przekrzywiła głowę, patrząc wyczekująco.
– Nie byliśmy przyjaciółmi – przyznał Altsin – choć wychowywaliśmy się razem w porcie, a to dużo znaczy. Tam potrzebni są ludzie, którzy osłonią ci plecy. A ja miałem zapewnić mu bezpieczeństwo. Wyprowadzić z miasta i ukryć na jakiś czas. Skrewiłem i on teraz nie żyje. Tak więc to po części moja wina. Do tego widziałem, jak tłukli go pałkami na śmierć, niczym wściekłego psa. Nie mogę tego tak zostawić.
– Więc zemsta?
– Czy to zły powód?
– Nie.. – Uśmiechnęła się samym skrzywieniem warg. – Bardzo dobry.
Tyle jej wystarczyło. Altsin i tak nie zamierzał opowiadać jej o tym lodowatym gniewie, który wypełniał mu żyły za każdym razem, gdy przypominał sobie ciało leżące na ziemi i Sanwesa bezradnym gestem osłaniającego głowę. Tu nie chodziło tylko o to, że go zatłukli jak psa, ale że los Sanwesa został przesądzony, zanim odkryto go w rezydencji hrabiego. Zanim jeszcze do tej rezydencji wszedł. Ba, w chwili, gdy rozmawiali przed murem Klaweli, Sanwes był już trupem, bo ktoś postanowił, że jego śmierć coś mu ułatwi w mieście. Nawet najbardziej sparszywiałego z żebraków nie powinno się tak traktować.
Ale nie miał zamiaru jej tego mówić, jako arystokratka od iluś tam pokoleń, od urodzenia taplająca się w intrygach Wysokiego Miasta, najpewniej i tak by go nie zrozumiała.
– Milczysz? – podjęła po chwili. – Muszę wiedzieć, czego ode mnie oczekujesz. Jeśli wybiorę pierwsze wyjście, zapomnę o całej sprawie, nie będziesz mi do niczego potrzebny. Po prostu wrócę do dawnego trybu życia.
– A Ewennet ci na to pozwoli? – Pominął grzecznościowe „pani”. – Z jakiego powodu? Teraz nie może ujawnić, że znał Sanwesa wystarczająco dobrze, by grać z nim w kości. Sojusz hrabiego z Wysserynami jest zbyt świeży. Ale za pół roku? Za rok? Gdy umocni swoją pozycję? Jako kochanka niedoszłego zabójcy będziesz sto razy bardziej podejrzana niż on jako ktoś, kto parę razy zakręcił z nim kubkiem. Baron nie zrezygnuje. Jedyny sposób to usunąć go na zawsze.
– Zabić? Mam umożliwić podejście ci na długość noża? Zaprosić go do siebie, pozwolić wypruć mu flaki i pozostać poza kręgiem podejrzeń? Jak, na litość Pani?
– Szczerze mówiąc, nie wiem – złodziej przyznał z rozbrajającą szczerością. – Nie przyszedłem tu z gotowym planem, lecz szukając sojusznika. Chcę odpłacić baronowi, a pozbycie się go będzie ci na rękę. Jego intryga zbliżyła do siebie hrabiego Terleacha i Wysserynów. Co zrobi hrabia, jeśli dowie się, że wszystko zostało uknute? Jak...
Powstrzymała go machnięciem ręki.
– Hrabia... – zawahała się. – Odkąd pół roku temu cudownie ozdrowiał z jakiegoś paskudnego choróbska, którego nie potrafili wyleczyć najlepsi uzdrowiciele, trochę się zmienił. Stał się bardziej aktywny i bardziej skryty. Nie ma żony ani synów, a zachowuje się, jakby wciąż było mu mało władzy i wpływów. Ostatnio stał się też bardziej bezwzględny, mniej... neutralny i ugodowy. Więc jeśli dowiedziałby się, że Ewennet-sek-Gres uknuł intrygę, by wplątać go w sojusz z Wysserynami, zmiażdżyłby naszego barona jak muchę. Nie darowałby mu tego.
– A potem co? Wojna w Radzie? Terleachowie przeciw Wysserynom?
– Nie. – Baronowa pokręciła głową. – Na to hrabia jest zbyt mądry i ma za mało sił. Wyładuje całą swoją złość na baronie i być może na jego rodzinie, jeśli będzie mu się chciało sięgnąć poza miasto. A potem wróci do swojej roli, zacznie działać znów jako neutralny i nieprzekupny radca. Taki, któremu wszyscy ufają albo przynajmniej są skłonni wierzyć w jego dobre intencje. Musielibyśmy jednak mieć coś, co udowodni związek barona z Sanwesem.
– Nie z Sanwesem. Sanwes żyje i ma się dobrze, pamiętaj o tym, pani. Z tym zabójcą, który został zabity w rezydencji hrabiego.
– Tak. Tak, masz rację. Ale jedyna rzecz, jaka ich połączyła, to miecz Ewenneta w brzuchu Sanwesa. – Kobieta wykrzywiła się w gorzkim grymasie.
– Nie tylko... Baron zapłacił Sanwesowi sakiewką z cesarskimi orgami. Złoto przepadło, ale sakiewkę mam ja. Może dobry jasnowidz mógłby sprawdzić, skąd się wzięła w rękach niedoszłego zamachowca? – Altsin zawahał się nieznacznie. – Czy to byłby odpowiedni ślad dla hrabiego?
Zmierzyła go wzrokiem z góry na dół. Uważnie. Taksująco.
– Tak – przyznała po chwili. – To mógłby być odpowiedni ślad. Masz tę sakiewkę tutaj?
– Nie. Zostawiłem u przyjaciela.
– Na wypadek, gdyby coś ci się stało?
– Właśnie.
Uśmiechnęła się nagle, szczerze, bez kpiny.
– Mądrze. Zrobimy to po mojemu, jeśli pozwolisz mi na planowanie. Wrócisz do siebie i będziesz czekał. Ja też poczekam, aż hrabia wykona ruch, a w tym czasie przygotuję tę małą inscenizację z sobowtórem Sanwesa. Pojawisz się, gdy cię wezwę. Jak ci przekazać wiadomość?
To akurat złodziej obmyślił, zanim wszedł do Klaweli.
* * *
Wiadomość nadeszła po trzech dniach. Altsin spędził je, popijając wino przed sklepem starego Hawersa i od czasu do czasu, z ponurym rozbawieniem, rejestrując w pobliżu obecność któregoś z ludzi Cetrona. Grubas nie kłamał, mówiąc, że każe mieć na niego oko. Lecz najwyraźniej informacja o tym, że młody złodziej siedzi na ławie i wlewa w siebie kolejne dzbany wina, podziałała na przywódcę gildii uspokajająco, bo trzeciego dnia rano Altsin tylko raz zauważył kręcących się w pobliżu wyrostków, o których z całą pewnością wiedział, że służą Cetronowi za oczy i uszy. Później został sam, z winem, którego smaku nie czuł, i myślami, które nie chciały ustąpić. A najuporczywsza z nich tłukła mu się po głowie z jasnym przekazem, brzmiącym mniej więcej tak – jeszcze nie jest za późno, żeby się wycofać. Jeszcze możesz skończyć swoje wino, wrócić do pokoiku w kamienicy i do swojego prostego i nieciekawego życia – tu myśl szczerzyła się ironicznie. Sanwes sam był sobie winien – kontynuowała – a ty i tak zrobiłeś więcej niż ktokolwiek inny. Zaryzykowałeś nawet wyprawę do Klaweli i spotkanie z jego byłą kochanką, co w najlepszym razie mogło zakończyć się odnalezieniem spokojnego miejsca do rozmyślań gdzieś na dnie miłego, ciemnego lochu. Gdyby baronowa nie została przyciśnięta do muru... Jak na razie tylko szczęściu zawdzięczasz, że udało ci się stamtąd wyjść. Możesz bez żadnego poczucia winy wycofać się i nikt, nawet sama Kleh, patronka złodziei i morderców, nie mogłaby mieć do ciebie o to pretensji. W końcu nie nazywano jej panią samobójców. To takie proste – kusiła dalej – wstać z ławy i zniknąć w liczącym ćwierć miliona głów morzu Niskiego Miasta.