Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Tak.
Gawyn wyczuł jej niezadowolenie. Życzyła sobie, by Aes Sedai dysponowały mocą potężną na tyle, by spalić zwłoki Trolloków Jedyną Mocą.
– Gromadzą jedzenie – mówił Bryne. – Mogą zdecydować się ruszyć na wschód i spróbować nas unikać. My z kolei powinniśmy przytrzymywać je tutaj, co może oznaczać parcie w kierunku wzgórz. To wiele by nas kosztowało, oczywiście, ale teraz… – Potrząsnął głową, ruszając i spoglądając poprzez bramę na szyki żołnierzy. – Wasze Aes Sedai dominują, Matko. Nigdy nie widziałem czegoś takiego.
– Oto powód – odrzekła – dla którego Cień zrobił wszystko, co w jego mocy, by zniszczyć Białą Wieżę. On wiedział, że Biała Wieża ma zdolność rządzenia całym światem.
– Musimy uważać na Władców Strachu – oznajmiła Siuan, przeglądając papiery. Raporty zwiadowców, jak przypuszczał Gawyn. Niewiele wiedział o Siuan Sanche, poza tym, że uratował jej życie, ale Egwene często mówiła, jak bardzo jest ona głodna wszelkich informacji.
– Tak – powiedziała Egwene. – Oni nadejdą.
– Czarna Wieża – rzekł Bryne, marszcząc brwi. – Czy ufasz słowu lorda Mandragoran?
– Ufam całym swym życiem – odparła Egwene.
– Asha’mani walczący po stronie wroga. Dlaczego Smok Odrodzony nie miałby zrobić czegoś? Światłości, jeśli wszyscy pozostali Asha’mani będą wspierać Cień…
Egwene potrząsnęła głową.
– Bryne, chcę, byś wysłał jeźdźców i posłał ich na terytoria otaczające Czarną Wieżę, gdzie nadal można otworzyć bramy. Niech co prędzej jadą do sióstr wciąż obozujących poza Czarną Wieżą.
– Chcesz, żeby zaatakowały? – zapytał Gawyn, ożywiając się.
– Nie. Niech wycofają się na tyle daleko, by otworzyć bramy, i wtedy niech do nas dołączą. Nie możemy sobie pozwolić na dalsze opóźnienia. Potrzebuję ich tutaj.
Postukała w stół palcem.
– Taim i jego Władcy Strachu przybędą. Trzymali się z daleka od tutejszego pola bitewnego, zamiast tego koncentrując się na lordzie Mandragoran. To pozwala im zdobyć dominację na ich polach walki, podczas gdy my zwyciężamy tutaj. Wybiorę więcej sióstr i wyślę je do armii Pograniczników. W końcu musi dojść do ostatecznej konfrontacji.
Gawyn zacisnął usta. Mniej sióstr oznaczało więcej pracy dla Egwene i pozostałych.
– A teraz – powiedziała Egwene – potrzebuję… – urwała, widząc wyraz twarzy Gawyna. – Przypuszczam, że potrzebuję snu. Jeśli będę potrzebna, poślij do… Światłości, nie wiem, gdzie dziś będę spała. Gawyn?
– Myślałem o namiocie Maerin Sedai. Teraz jej kolej służby, co pozwoli ci na kilka godzin nieprzerwanego snu.
– Chyba że będę potrzebna – przypomniała mu Egwene. Przeszła przez płachty namiotu.
– Oczywiście – rzekł Gawyn, podążając za nią na zewnątrz, jednak potrząsnął głową, patrząc w kierunku Bryne’a i Siuan. Bryne uśmiechnął się w odpowiedzi i skinął głową. Na polu walki było niewiele rzeczy, które wymagałyby absolutnej uwagi Amyrlin. Komnata Wieży posiadała bezpośredni nadzór nad ich armiami.
Wyszedłszy z namiotu, Egwene westchnęła i zamknęła oczy. Gawyn objął ją ramieniem i pozwolił, by oparła się na nim. Trwało to chwilę, ale po kilku sekundach Egwene odsunęła się, wyprostowała i przybrała wyraz twarzy godny Amyrlin. „Jest taka młoda, a musi sprostać tak wielkim wymaganiom” – pomyślał Gawyn.
Oczywiście, Egwene nie była o wiele młodsza niż al’Thor. Gawyn był zadowolony i trochę zaskoczony, że myśl o tym człowieku nie wzbudziła w nim złości. Al’Thor prowadził własną wojnę. Doprawdy, to, co robił, nie było sprawą Gawyna.
Gawyn zaprowadził Egwene do części obozu należącej do Zielonych Ajah, gdzie kilkunastu Strażników powitało ich pełnym szacunku skłonieniem głowy. Maerin Sedai miała olbrzymi namiot. Większości Aes Sedai wolno było przynosić dowolne rzeczy i meble, przynajmniej dopóki były w stanie utworzyć własną bramę i używać swoich Strażników do przenoszenia dobytku. Jeśli armia miałaby się poruszać szybko, rzeczy te trzeba byłoby zostawić. Wiele Aes Sedai zdecydowało się zabrać ze sobą niewiele, ale inne… cóż, nie przywykły do prostoty. Do takich ludzi należała Maerin. Tylko nieliczne zdecydowały się zabrać tyle, co ona.
Na zewnątrz namiotu czekali Leilwin i Bayle Domon. Byli tymi, którzy poinformowali Maerin Sedai, że jej namiot został pożyczony i że nie wolno jej ujawniać nikomu, iż zatrzymała się w nim Egwene. Sekret mógłby zostać odkryty, gdyby ktoś rozpytywał – Egwene i Gawyn nie ukrywali się, przechadzając się po obozie – ale, z drugiej strony, ktoś, kto usiłowałby się dowiedzieć, gdzie sypia Amyrlin, mógłby przyciągnąć uwagę. To była najlepsza ochrona, jaką Gawyn mógł zapewnić, zwłaszcza że Egwene nie chciała przemieszczać się każdego dnia, by móc spać.
Nastrój Egwene natychmiast się popsuł, gdy ujrzała Leilwin.
– Powiedziałaś przecież, że chcesz mieć ją blisko – rzekł cicho Gawyn.
– Nie podoba mi się, że wie, gdzie sypiam. Jeśli skrytobójcy przez nią nasłani będą mnie szukać w obozie, ona może być tą, która ich do mnie doprowadzi.
Gawyn zwalczył w sobie chęć polemizowania. Egwene była sprytną, wnikliwą kobietą – ale co do opinii o Seanchanach nieprzejednaną. Gawyn z kolei ufał Leilwin. Wydawała się człowiekiem prostolinijnym.
– Będę miał na nią oko – powiedział.
Egwene wydała z siebie westchnienie, następnie udała się do namiotu i minęła Leilwin bez słowa. Gawyn nie wszedł za nią do środka.
– Amyrlin wydaje się nie mieć zamiaru korzystać z moich usług – poinformowała Leilwin Gawyna, w charakterystyczny dla Seanchan sposób przeciągając głoski.
– Nie ufa ci – powiedział Gawyn szczerze.
– Czy przysięga jest tak niewiele warta po tej stronie oceanu? – rzuciła Leilwin. – Złożyłam jej przysięgę, której nikt nie złamałby, nawet Muyami!
– Sprzymierzeniec Ciemności złamie każdą przysięgę.
Kobieta spojrzała na niego chłodno.
– Zaczynam sądzić, że Egwene uważa, iż wszyscy Seanchanie są Sprzymierzeńcami Ciemności.
Gawyn wzruszył ramionami.
– Pokonałaś ją i uwięziłaś, sprawiając, że czuła się jak zwierzę prowadzone w obroży.
– Nie zrobiłam tego – odrzekła Leilwin. – Jeśli jeden piekarz upiecze okropny chleb, czy będziesz sądził, iż wszyscy piekarze chcą cię otruć? Ha. Nie dyskutuj ze mną. Nie ma sensu. Jeśli nie będę mogła służyć jej, to będę służyć tobie. Czy jadłeś coś dzisiaj, Strażniku?
Gawyn zawahał się. Kiedy ostatnio coś jadł? Dziś rano… nie, wtedy był zbyt skory do walki. Głośno zaburczało mu w brzuchu.
– Wiem, że jej nie opuścisz – powiedziała Leilwin – szczególnie pod obserwacją Seanchan. Chodź, Bayle. Przynieśmy temu głupcowi trochę jedzenia, tak żeby nie zemdlał, gdy nadejdą skrytobójcy. – Odeszła, a wraz z nią jej illiański mąż. Mężczyzna rzucił przez ramię spojrzenie, które świadczyło o tym, że chętnie wygarbowałby komuś skórę.
Gawyn westchnął i usiadł na ziemi. Z kieszeni wyciągnął trzy czarne pierścienie. Wybrał jeden, a resztę wsunął z powrotem.
Rozmowy o zamachowcach zawsze skłaniały go do myślenia o pierścieniach. Dawniej należały do Seanchan, którzy przybyli po to, by zabić Egwene. Pierścienie były ter’angrealami. Stanowiły narzędzia, dzięki którym Krwawe Noże poruszali się szybko i znikali w cieniach.
Podniósł pierścień ku światłu. Nie wyglądał jak żaden ter’angreal, który Gawyn widział, jednakże obiekt Mocy mógł wyglądać jak każda rzecz. Pierścienie wykonano z jakiegoś czarnego, ciężkiego kamienia, którego Gawyn nie rozpoznawał. Na jego powierzchni wyrzeźbiono jak gdyby ciernie, zaś strona wewnętrzna – ta, która dotykała skóry – była gładka.