Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Dlaczegóż by nie? — rzekł muszkieter — czuję się wyśmienicie i gotów byłbym stawić czoło całej armii, gdybyśmy byli na tyle przezorni, by zabrać ze sobą tuzin butelek więcej.
— Na honor, hałas się zbliża — powiedział d’Artagnan.
— Niechże się zbliża — rzekł Atos — stąd do miasta jest kwadrans drogi, a więc i z miasta tutaj tak samo. Czasu więc mamy aż nadto, by ułożyć sobie plan; jeśli opuścimy to miejsce, nie znajdziemy równie wygodnego. Posłuchajcie, tym razem przyszedł mi do głowy pomysł co się zowie.
— Mów.
— Pozwólcie, że wydam Grimaudowi kilka niezbędnych rozkazów.
Atos dał znak służącemu, by się zbliżył.
— Grimaud — rzekł Atos wskazując na trupy, które leżały w bastionie — weźmiesz tych panów i postawisz ich przy murze; każdemu włożysz kapelusz na głowę i muszkiet do ręki.
— O, wielki człowieku, rozumiem cię! — rzekł d’Artagnan.
— Rozumiesz? — zapytał Portos.
— A ty rozumiesz, Grimaud? — zapytał Aramis.
Grimaud dał znak, że rozumie.
— Oto wszystko, czego nam trzeba — rzekł Atos — wróćmy do mego pomysłu.
— A jednak chciałbym zrozumieć — rzekł Portos.
— To niepotrzebne.
— Tak, tak, wysłuchajmy Atosa — powiedzieli razem d’Artagnan i Aramis.
— Ta Milady, ta kobieta, ten stwór, ten demon ma szwagra, jak mi powiedziałeś, d’Artagnanie.
— Tak, znam go nawet i myślę, że nie czuje wielkiej sympatii dla swojej bratowej.
— Nie ma w tym nic złego — odparł Atos — a gdyby jej nienawidził, byłoby jeszcze lepiej.
— A dla nas wręcz znakomicie.
— Mimo wszystko — odezwał się Portos — chciałbym zrozumieć, co robi Grimaud.
— Cicho, Portosie — powiedział Aramis.
— Jak się nazywa ten szwagier?
— Lord Winter.
— Gdzie jest teraz?
— Wrócił do Londynu na pierwszą wieść o wojnie.
— Oto człowiek, jakiego nam trzeba — rzekł Atos — jego właśnie musimy uprzedzić; damy mu znać, że bratowa ma zamiar kogoś zabić, i poprosimy go, by nie tracił jej z oka. Mam nadzieję, że w Londynie jest jakiś zakład dla upadłych kobiet; każe tam umieścić swoją bratową i będziemy mieli spokój.
— Tak, do chwili kiedy stamtąd wyjdzie — powiedział d’Artagnan.
— Na honor — rzekł Atos — za wiele żądasz, d’Artagnanie; dałem ci wszystko, co miałem, i uprzedzam cię, że moja sakiewka jest już pusta.
— Moim zdaniem tak będzie najlepiej — rzekł Aramis — uprzedzimy jednocześnie królową i lorda Wintera.
— Tak, ale kto zawiezie list do Tours i do Londynu?
— Ręczę za Bazina — rzekł Aramis.
— A ja za Plancheta — rzekł d’Artagnan.
— Rzeczywiście — rzekł Portos — jeśli nie możemy opuścić obozu, mogą to zrobić nasi służący.
— Zapewne — powiedział Aramis — gdy tylko napiszemy listy, damy im pieniądze i wyjadą.
— Damy im pieniądze? — rzekł Atos — macie więc pieniądze?
Czterej muszkieterowie spojrzeli po sobie i rozjaśnione przed chwilą oblicza znów im sposępniały,
— Alarm! — zawołał d’Artagnan — widzę czarne i czerwone punkty, poruszające się tam w dole; mówisz, że to regiment, Atosie! To cała armia.
— Na honor, to prawda — rzekł Atos — oto oni. Patrzajcie mi na tych mruków, którzy idą bez bębnów i trąb! Hola, skończyłeś już, Grimaud?
Grimaud dał znak, że jest gotów, i wskazał na tuzin trupów, które poustawiał w pozycjach wielce malowniczych; jedni podnosili broń, inni składali się do strzału, jeszcze inni trzymali szpady w rękach.
— Brawo! — rzekł Atos — to dzieło przynosi zaszczyt twej fantazji.
— Tak czy inaczej — odezwał się Portos — chciałbym jednak zrozumieć...
— Ruszajmy stąd wpierw — rzekł d’Artagnan — zrozumiesz potem.
— Chwileczkę, panowie, chwileczkę, pozostawmy czas Grimaudowi, niech zbierze ze stołu.
— O — rzekł Aramis — czerwone i czarne punkty powiększają się coraz wyraźniej, jestem zdania d’Artagnana; myślę, że nie mamy chwili do stracenia i trzeba co szybciej wracać do obozu.
— Na honor — rzekł Atos — teraz zgadzam się na to najchętniej; założyliśmy się, że będziemy w bastionie godzinę, byliśmy półtorej; nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia; ruszajmy, panowie, ruszajmy.
Grimaud szedł już naprzód, niosąc koszyk i talerze. Czterej przyjaciele podążyli za nim i postąpili kilka kroków.
— Ejże, u licha — zawołał Atos. — Cóżeśmy uczynili, panowie?
— Zapomniałeś czegoś? — zapytał Aramis.
— A chorągiew, do kroćset! Nie należy zostawiać chorągwi nieprzyjacielowi, nawet jeśli ta chorągiew jest tylko serwetką.
Atos skoczył do bastionu, wspiął się na platformę i zdjął chorągiew; ale roszelczycy, którzy byli już na odległość strzału, otworzyli straszliwy ogień do muszkietera, który jakby umyślnie wystawiał się na ich strzały.
Powiedziałbyś jednak, że Atos jest zaczarowany: kule przelatywały gwiżdżąc wokół niego i ani jedna go nie dotknęła.
Atos powiał chorągwią, zwrócony plecami do gwardzistów z miasta i pozdrawiając towarzyszy z obozu. Z obu stron rozległy się okrzyki: roszelczycy krzyczeli z wściekłości, królewscy z entuzjazmu.
Druga salwa poszła za pierwszą i trzy kule przebijając serwetę uczyniły z niej prawdziwą chorągiew.
Usłyszano okrzyk całego obozu:
— Zejdź, zejdź!
Atos zszedł; towarzysze, którzy czekali nań z niepokojem, ujrzeli z radością, że wraca.
— Nuże, Atosie — rzekł d’Artagnan — śpieszmy się, śpieszmy; teraz, kiedy mamy już wszystko prócz pieniędzy, byłoby głupio, gdybyśmy się dali zabić.
Ale Atos szedł nadal dostojnym krokiem mimo uwag, jakie czynili mu towarzysze; widząc, że mówią na próżno, dostosowali swój krok do jego kroku.
Grimaud wraz z koszykiem wysforował się naprzód i teraz znajdował się już poza zasięgiem kuł.
Po chwili usłyszeli odgłosy wściekłej strzelaniny.
— A to co znowu? — zapytał Portos — do kogo strzelają? Słyszę gwizd kuł, a nie widzę nikogo.
— Strzelają do naszych trupów — odparł Atos.
— Ale nasze trupy nie odpowiedzą.
— Właśnie; roszelczycy pomyślą, że to zasadzka, pójdą po rozum do głowy, przyślą parlamentariusza, a kiedy spostrzegą, że to kpina, będziemy już poza zasięgiem ich kuł. Nie widzę więc, dlaczego mielibyśmy dostać zapalenia płuc z nadmiernego pośpiechu.
— Och, rozumiem — zawołał Portos zachwycony.
— To wielkie szczęście — rzekł Atos wzruszając ramionami.
Francuzi widząc, że czterej przyjaciele wracają równym krokiem, wiwatowali głośno.
Wreszcie rozległa się nowa salwa; tym razem kule trafiały w kamienie u stóp czterech przyjaciół i gwizdały ponuro wokół ich uszu. Roszelczycy zajęli w końcu bastion.
— Oto ludzie zaiste niezdarni — rzekł Atos — ilu z nich zabiliśmy? Dwunastu?
— Lub piętnastu.
— Ilu rozgnietliśmy?
— Ośmiu lub dziesięciu.
— I w zamian za to wszystko ani zadraśnięcia. Ale co ci w rękę, d’Artagnanie, krew?
— To nic — rzekł d’Artagnan.
— Jakaś zabłąkana kula?
— Nawet nie.
— Więc cóż to jest?
Powiedzieliśmy już, że Atos kochał d’Artagnana jak syna; ten człowiek o charakterze ponurym i niezłomnym troszczył się o młodzieńca jak ojciec.
— Skaleczenie — odparł d’Artagnan — palce utkwiły mi między dwoma kamieniami, kamieniem z muru i moim diamentem, i zdarłem sobie skórę.