Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Jest to najgłupsze, co można zrobić — odparł Atos. — Wiadomo bowiem, że potem już żaden sposób nie pomoże.
— Ale mając takich nieprzyjaciół nie ujdę z życiem — rzekł d’Artagnan. — Naprzód mój nieznajomy z Meung, potem de Wardes, któremu zadałem trzy ciosy szpadą; Milady, której tajemnicę odkryłem; wreszcie kardynał, któremu uniemożliwiłem zemstę.
— Dobrze — powiedział Atos — razem cztery osoby; i nas jest czterech: jeden na jednego. Do licha! Jeśli wierzyć znakom, jakie daje Grimaud, przyjdzie nam walczyć ze zgoła inną liczbą wrogów. Co tam, Grimaud? Zważywszy powagę sytuacji, pozwalam ci mówić, mój przyjacielu; ale bądź zwięzły, proszę cię. Co tam widzisz?
— Oddział.
— Ile ludzi?
— Dwudziestu.
— Jacy to ludzie?
— Szesnastu kopaczy, czterech żołnierzy.
— W jakiej odległości się znajdują?
— Pięciuset kroków.
— Dobrze, mamy jeszcze dość czasu, by zjeść ten drób i wypić po szklance wina za twoje zdrowie, d’Artagnanie!
— Twoje zdrowie! — powtórzył Portos i Aramis.
— Dobrze więc, niech będzie moje zdrowie, choć nie wierzę, żeby wasze życzenia mogły mi się przydać.
— Ba — rzekł Atos — Bóg jest wielki, jak mówią wyznawcy Mahometa, a przyszłość w jego ręku.
Za czym Atos wychylił swą szklankę, postawił ją obok siebie, wstał niedbale, wziął pierwszy z brzegu muszkiet i zbliżył się do strzelnicy.
Portos, Aramis i d’Artagnan poszli w jego ślady. Grimaud otrzymał rozkaz, by stanąć za czterema przyjaciółmi i ładować naboje.
Po chwili ukazał się oddziałek; szedł ścieżką wewnątrz okopu, który stanowił połączenie między bastionem i miastem.
— Do kata — rzekł Atos — warto było przeszkadzać sobie dla dwudziestu nicponi uzbrojonych w łopaty, motyki i oskardy! Niechby tylko Grimaud dał im znak, by się oddalili, a jestem przekonany, że zostawiliby nas w spokoju.
— Bardzo wątpię — rzekł d’Artagnan — idą bowiem wcale rezolutnie. Zresztą z kopaczami jest czterech żołnierzy i brygadier, wszyscy uzbrojeni w muszkiety.
— Ale nie widzieli nas — rzekł Atos.
— Na honor — powiedział Aramis — brzydzę się strzelać do tych biednych mieszczuchów.
— Zły to ksiądz, co lituje się nad heretykami — wtrącił Portos.
— W samej rzeczy, Aramis ma rację. Uprzedzę ich — rzekł Atos.
— Co czynisz, u licha?! — rzekł d’Artagnan — przecież cię zastrzelą, mój drogi.
Ale Atos nie zwrócił żadnej uwagi na ostrzeżenie, stając na wyłomie z muszkietem w jednej ręce i kapeluszem w drugiej.
— Panowie — zawołał witając grzecznie żołnierzy i kopaczy, którzy zdumieni jego widokiem zatrzymali się w odległości pięćdziesięciu kroków od bastionu — panowie, moi przyjaciele i ja jemy właśnie śniadanie w tym bastionie. Ponieważ wiecie, że nie ma nic bardziej niemiłego jak przeszkodzić komu w śniadaniu, prosimy was, jeśli koniecznie musicie przyjść tutaj, żebyście poczekali, aż skończymy posiłek, albo odwiedzili nas nieco później; chyba że przyszła wam zbawienna ochota porzucić partię buntowników i razem z nami wypić zdrowie króla Francji.
— Uważaj, Atosie! — zawołał d’Artagnan — nie widzisz, że biorą cię na cel?
— Dobrze, dobrze — rzekł Atos — to mieszczanie, którzy bardzo kiepsko strzelają; spudłują bez wątpienia.
Rzeczywiście, w tej samej chwili rozległy się cztery strzały i kule rozbiły się o mur tuż obok Atosa, nie trafiając go jednak.
Niemal natychmiast odpowiedziano im czterema wystrzałami, celniejszymi wszakże, trzej bowiem żołnierze padli trupem, a jeden z kopaczy został zraniony.
— Grimaud, inny muszkiet! — zawołał Atos nie opuszczając swego posterunku. Grimaud wykonał rozkaz natychmiast. Trzej przyjaciele nabili broń; druga salwa nastąpiła po pierwszej. Brygadier i dwaj kopacze padli, reszta rzuciła się do ucieczki.
— Nuże, panowie, wycieczka! — rzekł Atos.
Czterej przyjaciele skoczyli z fortu na pole bitwy, zabrali cztery muszkiety żołnierzy i pikę brygadiera; przekonani, że uciekający zatrzymają się dopiero w mieście, wrócili do bastionu, niosąc trofea zwycięstwa.
— Rozładuj broń, Grimaud — rzekł Atos — my zaś, panowie, wrócimy do naszego śniadania i rozmowy. Na czym stanęliśmy?
— Mówiłeś o wyjeździe Milady — powiedział d’Artagnan, którego bardzo zajmowała ta sprawa.
— Jedzie do Anglii — odparł Atos.
— A to w jakim celu?
— Ma zabić albo kazać zabić Buckinghama.
D’Artagnan wydał okrzyk zdumienia i zgrozy.
— Ależ to niegodne! — zawołał.
— Jeśli o to idzie — rzekł Atos — wierzaj mi, mało mnie to obchodzi. A teraz, Grimaud, kiedyś już skończył — ciągnął Atos — weź pikę naszego brygadiera, przywiąż do niej serwetkę i zatknij na szczycie naszego bastionu, żeby ci zbuntowani roszelczycy wiedzieli, że mają do czynienia z dzielnymi i lojalnymi żołnierzami króla.
Grimaud usłuchał nie odpowiadając. W chwilę potem biała chorągiew powiewała nad głowami czterech przyjaciół: burza oklasków powitała ten widok: połowa obozu była przy rogatkach.
— Jak to — podjął d’Artagnan — mało cię obchodzi, czy zabije lub każe zabić Buckinghama? Ależ książę jest naszym przyjacielem.
— Książę jest Anglikiem, książę walczy z nami, niech zrobi z księciem, co zechce, tyle się o niego troszczę co o pustą butelkę.
Tu Atos cisnął na odległość piętnastu kroków butelkę, którą trzymał w ręce, nie zapomniawszy jednak o tym, by jej zawartość przelać co do kropli do swej szklanki.
— Przepraszam — rzekł d’Artagnan — nie mogę się na to zgodzić, książę dał nam bardzo piękne konie.
— I bardzo piękne siodła — dodał Portos, który miał płaszcz obszyty galonem, odprutym z siodła.
— A poza tym — rzekł Aramis — Bóg pragnie nawrócenia, nie zaś śmierci grzesznika.
— Amen — powiedział Atos — wrócimy do tego później, jeśli wam ochota; ale na razie (wiem, d’Artagnanie, że mnie zrozumiesz) najbardziej pragnąłem odebrać tej kobiecie glejt, który wymusiła na kardynale; mając go w ręce mogła bezkarnie pozbyć się ciebie, a może i nas wszystkich.
— Ależ ta kobieta to demon! — rzekł Portos podając swój talerz Aramisowi, który kroił drób.
— I ten glejt — spytał d’Artagnan — ten glejt został w jej rękach?
— Nie, jest w moich; skłamałbym, gdybym powiedział, że przyszło mi to łatwo.
— Mój drogi Atosie — rzekł d’Artagnan — nie będę już liczył, w ilu okazjach uratowałeś mi życie.
— A więc opuściłeś nas po to, żeby pójść do niej? — zapytał Aramis.
— Właśnie.
— I masz ten list kardynała?
— Oto on — odparł Atos.
Wyciągnął cenny papier z kieszeni kaftana.
D’Artagnan otworzył go ręką, której drżenia nie starał się nawet ukryć, i przeczytał:
“Z mojego rozkazu i dla dobra Państwa właściciel tego dokumentu uczynił to, co uczynił.
3 grudnia 1627.
Richelieu”
— W istocie, jest to rozgrzeszenie wedle wszelkich reguł — powiedział Aramis.
— Trzeba zniszczyć ten papier — rzekł d’Artagnan, któremu zdawało się, że czyta wyrok śmierci.
— Przeciwnie — powiedział Atos — trzeba go strzec jak oka w głowie; nie oddałbym go, gdyby mi nawet dano tyle złota, ile się na nim zmieści.
— I co ona teraz zrobi? — zapytał młodzieniec.