Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Odwrócił fotel do pulpitu BPI i wystukał: GIGANDA.
Zaraz, myślał. Zaraz ciebie, panikarza, postawię pod najbliższą ścianą. Żeby ci się służba nie wydawała miodem…
Na ekranie BPI pojawił się napis: INFORMACJI BRAK.
Teraz Maksym przypomniał sobie, że Giganda to nazwa potoczna, a jej odkrywca zarejestrował ją jako Areoju.
BPI odpowiedziało, że owszem, jest taka planeta w systemie gwiazdy EN 01175, ale niestety, nie ma na tej planecie niczego żywego, z wyjątkiem trzech rodzajów mchu.
Dezinformacja to już poważna sprawa. Nikt z Ziemian, łącznie z personelem serwisowym BPI, nie mógł wejść do systemu tak głęboko, żeby zastąpić jedne wiadomości innymi.
Maksym podrapał się w czubek głowy i wywołał dział PROGRESORSTWO.
Progresorstwo pokazało się w całej swej sile i okazałości. Znajdowały się tam — objęte tym najwyższym stopniem miłości i humanizmu — i Arkanar, i Nadzieja, i Saraksz, i Sauła, i nawet Arka z jej jedynym mieszkańcem, ale Gigandy nie było. Nie było planety, na której jedynym zaludnionym kontynencie trwała nie kończąca się wojna. Nie było planety, w którą progresorzy wpakowali masę trudu, środków, w końcu swoich istnień; taka planeta nie istniała, nie istniała, nie istniała…
Maksym odchylił się w fotelu, doliczył do stu, potem ostrożnie, jednym palcem, wystukał: MARSZAŁEK NAGON-GIG.
Osobistość ta dawno już i na trwałe zapisała się w historii sztuki militarnej; przy marszałku blado prezentował się i Dżyngis-chan, i Napoleon, nawet Żuków Georgij Aleksandrowicz ógłby służyć u pana marszałka w najlepszym razie w charterze ordynansa — o tyle Nagon-Gig przewyższał ich w mistrzostwie, wyrachowaniu i okrucieństwie. W ciągu piętnastu t jego marszałkowania drobniutkie, buntownicze Księstwo Ałajskie dziesięciokrotnie powiększyło swoje terytorium kosztem Imperium Karhonu, za każdym razem trwale umacniając rubieżę. Ci z Imperium wynaleźli nawet prymitywną broń strzelecką, ale marszałka zupełnie to nie ruszało. Kazał kuć podwójne kirysy i parł do przodu, wieszając imperialnych dowódców i ułaskawiając co mężniejszych żołnierzy przeciwnika. Marszałek zorganizował wspaniały wywiad, zawsze miał w zapasie prowiant, a ducha bojowego dywizji podtrzymywały słynne orkiestry wojskowe wykonujące marsze, które stały się popularne nawet na Ziemi z powodu najwyższej muzycznej kultury. I gdyby nie ówczesny herzog ałajski, który zazdrosny o wojenną sławę Nagon-Giga, kazał go otruć na kolejnej triumfalnej uczcie, to z Imperium Karhonu zostałoby tylko wspomnienie. Jeśli przeprowadzić jakieś ziemskie analogie, marszałek był kimś między Wallensteinem i Suworowem, przy czym z Aleksandrem Wasiljewiczem łączyła go namiętność do wojskowych aforyzmów, z których wiele przeszło do arsenału progresorów.
Bez względu na całość dokonań na ekranie pojawił się napis: INFORMACJI BRAK.
— To nic — powiedział Maksym i uśmiechnął się z przymusem. — Przeciążył się system, zmęczył się obsługą rozleniwionej ludzkości… Zaraz odpocznie nasz systemik i przestanie udawać głuptaska…
Po kilku minutach takiego gruchania Kammerer drżącymi rękami wywołał dział MARSZAŁKOWIE, ale i tam nie odnalazł upragnionego Nagon-Giga. Przez jakiś czas w otępieniu przeglądał wojenny życiorys Kim Ir Sena, po czym rzucił się do klawiatury i zaczął wystukiwać wszystkie znane mu nazwiska z Gigandy oraz toponimy, hydronimy i całą resztę. BPI na wszystko odpowiadała: INFORMACJI BRAK.
HERZOG AŁAJSKI — Maksym wystukał kolejne hasło.
Zamiast sakrametalnej odmowy na ekranie nagle pojawiła się krwawa dłoń z rozcapierzonymi palcami, wpisana w okrąg, po którym biegł niezgrabny napis: ODEJDŹ, KMIECIU!
Był to rodzinny herb i dewiza herzogów ałajskich.
Rozdział 5
Schron nazywał się obecnie „Lokal sztabowy Związku Walki o Oswobodzenie Ałaju” i dostać się doń nie było łatwiej niż w czasach minionych. Herzog ochrypł, udowadniając, że powinien wręczyć raport samemu panu wicepremierowi, ponieważ on, młodszy lekarz Ugog, ma dla pana wicepremiera dodatkowo ustny komunikat, nie przeznoczony dla innych uszu. Kilka razy brutalnie go zrewidowano, ale tak nieudolnie, że nawet pożałował pozostawienia pistoletu. Potem w końcu ulitowali się, odprowadzili go do komory dezynfekcyjnej i długo polewali tam nie wiadomo dlaczego płynem przeznaczonymi do niszczenia wszy — widocznie był to jedyny środek, który posiadali w nadmiarze.
— Ale do pana starszego majordomusa… pardon, wicepremiera, i tak cię nie wpuszczą — uprzedził kancelista. — On i tak nie sypia po nocach, sczerniał cały…
Herzog pomyślał, że „starszy majordomus” po ałajsku brzmi dość przekonująco, a po rosyjsku wychodzi tautologia.
Wymachując otrzymaną z takim trudem przepustką, herzog kroczył wzdłuż niebywale długiego korytarza pomalowanego na ponury zielony kolor. Wyprzedzali go i pędzili na spotkanie na rowerach liczni kurierzy i gońcy, ale wiadomo było, że żadne doniesienie, żaden rozkaz nie dotrze do miejsca przeznaczenia w terminie. Obok drzwi stali wartownicy, karykaturalnie starając się zachować jakąś postawę przypominającą wojskową.
Spóźniam się, pomyślał pułkownik Gigon, zerknąwszy na wmurowany w ścianę zegar, ale natychmiast zrozumiał, że zegar stanął i pewnie na długo.
Przy najważniejszych dla niego drzwiach stał chudy chłopiec. Paradny mundur starszego pancermistrza z odprutymi naszywkami wisiał na nim jak na wieszaku, a zamiast automatu w poprzek piersi przewieszony miał karabin dziadka
— Jak stoisz?! — ryknął herzog. — Kto tak pełni służbę? Ochraniasz stajnię czy sługę narodu?!
Stajnie herzogów ałajskich ochraniane były znacznie lepiej.
— Przepraszam — powiedział wartownik i spróbował poprą wić postawę. — Przepraszam, panie… eee… — Bezskutecznie próbował określić stopień i stanowisko ogolonego chłopaka w jakimś podejrzanym kitlu.
— Dowódca medycznego oddziału Ugog — podpowiedział her zog, mocno podnosząc sobie stanowisko. — Maszeruj zamel dować: sprawa nie cierpiąca zwłoki. Specjalny raport ludowe go departamentu zdrowia przy podkomitecie totalnych szcze pień…
Pomyślał, że podczas rewolt i przewrotów sprawny jęzoi znaczy o wiele więcej niż najobficiej ostemplowany dokument Chłopiec otworzył drzwi i wszedł, ale niemal natychmiast wypadł z powrotem za sprawą kopa, a w drzwiach pojawił się bardzo ważny i bardzo zadowolony z siebie pan w dobrym ubraniu i o wyraźnie wojskowej postawie. Pan bardzo starał się wyglądać na starszego niż był.
— Co za bydlak odważa się tu… — zaczął i umilkł. Herzog uważnie wpatrzył mu się w twarz i zmartwiał.
— Gag? — szeptem zapytał pan. Herzog skinął głową.
— Przecież cię zabili — nadal szeptem powiedział pan.
— A byłeś na pogrzebie? — Herzog uśmiechnął się ironicznie Poczuł olbrzymią ulgę. Trafił nie na uważnego sługę, lecz na Bojowego Kota, współtowarzysza Gaga; sądząc po belkach, zapewne kaprala.
— Nieźle się urządziłeś, kapralu — powiedział. — Cacy przydział. Pewnie referent?
Kapral-referent wciągnął go do przedpokoju.
— Jak zawołam wartowników… — powiedział niepewnie. — Nie wiesz, że Bojowe Koty są wyjęte spod prawa?
— Zawołaj. Czemu nie wołasz? — rzekł herzog. — Ot, smocze mleko! Czyli ja jestem Bojowym Kotem, a ty Fruwającą Księżniczką?