Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 137
Перейти на страницу:

— Dobrze, panie generale. Umówmy się tak: do koronacji nie jestem dla pana żadną wysokością, lecz pułkownikiem Gigonem, pańskim podwładnym. Będzie nam łatwiej.

Rzeczywiście łatwiej. Przerzucaliśmy do siebie karteczki z nazwiskami i porządkowaliśmy je.

— Barugga, sierżant służby archiwistycznej, naprawdę Siemienkow Gustaw Adolfowicz…

— Rejestrator merostwa Ginga, naprawdę Michelson Karl Iwanowicz…

— Pani Gion, żona komendanta pałacu — oho! — naprawdę Olga Siergiejewna Kulko… Och, ci są zawsze pod ręką.

— Pułkownik służby kryptologicznej Kregg, naprawdę Igor Stiepanowicz Sheldon…

— Starszy mentor szkoły Sępów Genug, naprawdę Wiktor Jeanowicz Przezdiecki…

Było ich wielu — tych, co nazywali siebie progresorami. Podano nam herbatę z biszkoptami; pochłanialiśmy je, nie widząc ich; ciągle rozkładaliśmy przeklęte karteczki na ogromnym generalskim stole. Sądząc po opowiadaniach Gaga i moich rzadkich spotkaniach w domu Kornieja, byli to wspaniali, znakomici ludzie, dobrze życzący nieszczęsnej Gigandzie, wykonujący dla osiągnięcia tego dobra ogromną pracę, często brudną, często krwawą, często niewdzięczną i nadzwyczaj niebezpieczną, o czym nie do końca wiedzieli. Szkoda ich było, ale…

Nagle przyszła mi do głowy szalona, niemożliwa myśl.

— Wasza ekscelencjo, czy mój, właściwie nasz resort nie dysponuje informacjami o ludziach całkowicie czarnoskórych?

Jednooki Lis popatrzył na mnie ze zdziwieniem, chyba nawet wytrzeszczył na mnie kapsel na pustym oczodole.

— Czarnoskórzy? Dlaczego nie pomarańczowi? Zresztą… Pstryknął palcami i znikąd pojawił się referent bez twarzy i w nieokreślonym wieku. Generał szepnął mu coś na ucho i nie zdążyliśmy rozłożyć kolejnej dziesiątki fiszek, gdy tamten pojawił się ponownie i zameldował, że tak, na głównej wyspie archipelagu Tiuriu w plemieniu Czuwaj ących-w-Nocy odprawia barbarzyński kult niejaki Aueo o przezwisku Czarny Czarodziej i czarodziej ów, według sprawozdań etnografów, jest czarny jak sumienie tyrana.

— Etnografowie, to ci numer — prychnął generał. — Myślałem, że wszyscy są w wojsku…

— Można posłać tam kogoś? — zapytałem.

— Proszę nie zapominać, pułkowniku, że jesteśmy w podziemiu. Zresztą… Weźmy tych etnografów: przecież przy okazji dbają o zdrowie tubylców dbają, to znaczy nie oni, lecz Jego Ałajska Wysokość.

— Nie wolno go tam zostawiać — powiedziałem. — Jak choćby jeden zostanie, to tyle nawyrabia! Zwłaszcza ten, Waldemar Mbonga. Czy pan wie, generale…

— Na razie nie wiem — oświadczył Jednooki Lis, zapisując fiszkę. — Weźmiemy go jak wszystkich.

Wyobraziłem sobie nagle, jak Waldemar Mbonga wysiada z widma gdzieś w naszych Woniejących Źródłach, przemierza wiejską drogę i pyta napotkaną staruszkę, jak dojść do stolicy. I słyszy w odpowiedzi: Stolica niedaleko, ale, synku, tyle już lat żyję w Księstwie Ałajskim i ani razu nie widziałam Murzyna…

Potem podano obiad czy też kolację — okien w podziemiu nie było. Dopiero wtedy postanowiłem zadać swoje pytanie.

— Wasza eskcelencjo — zacząłem. — Jak zginął mój ojciec? Jednooki Lis wytarł wargi serwetką, westchnął i opowiedział.

Jak prawdziwy wywiadowca nie opuszczał żadnych szczegółów. Nie opowiadał synowi, ale informował współpracownika. Monotonnym głosem, jakby czytał. Nazywał rzeczy po imieniu albo używał terminów medycznych. Opowiadanie było długie jak agonia herzoga ałajskiego.

Rozluźniłem się w fotelu, przymknąłem oczy Nigdy nie byliśmy z ojcem szczególnie sobie bliscy — zajmował się polowaniem, polityką i wojną, nie aprobował mojego chaotycznego czytelnictwa i malowania, zabronił spotykania się z młodą baronówną Tregg, a kiedy złamałem zakaz, wepchnął mnie do szkoły wywiadu i grzmiącym głosem przykazał Jednookiemu w razie czego po prostu mnie rozstrzelać, za co pan generał nie tylko nie będzie ukarany, ale nawet otrzyma pochwałę… A jeśli młody herzog znajdzie się w uprzywilejowanej pozycji w stosunku do innych kursantów, to rozstrzela się właśnie pana generała…

— Tak — powiedziałem. — A mama?

— Księżna żyje — odpowiedział generał i przysięgam, oczy mu zwilgotniały. — Ale lepiej, żeby pan jej nie oglądał. Przynajmniej na razie. Lekarz, którego pan przytaszczył ze sobą, to istny skarb…

Oto cała historia. Panowie progresorzy, gdy znajdą się u mnie na rozmowie, zaczną oczywiście negować swój udział w przewrocie albo oświadczą, że tego nie chcieli, że naród, doprowadzony do rozpaczy stuleciami głodu, eksploatacji i wojny, sam dokonał gniewnego zrywu i zakatował swoich katów. A oni tylko zbierali tu informacje… Smocze mleko, komuż na Ziemi potrzebna jest informacja o Gigandzie? Kto tam aż tak bardzo chce wiedzieć, co to są epidemie, ataki na bagnety, spalone sioła i zburzone miasta? Dziesięciu psychicznych, podobnych do Kornieja? Kłamią, okłamują nawet siebie, że się nie wtrącają, nie mogą się nie wtrącać, taka ich natura… Dobra, kiedy ten… jak mu tam… Rząd Narodowego Zaufania (czy Ludowej Jedności?) zawiśnie na placu Skrzywdzonej Niewinności, powiemy narodowi, że zeszli z nieba na ziemię Gigandy, jak to opisywano w pstrych książkach, których poważni ludzie nawet za książki nie uważali, zeszli z nieba chytrzy i źli agresorzy, którzy postawili sobie za cel zniewolenie narodu Gigandy albo zjadanie naszych niemowląt, albo dokonywanie na nas nieludzkich eksperymentów, albo… ach, specjaliści coś wymyślą. Potrzebne jest potężne kłamstwo, bo prawda jest zbyt straszna.

A mama zawsze chciała zobaczyć mnie w roli oświeconego władcy na podobieństwo mojego pradziada, herzoga Innga, mecenasa sztuk. Podsuwała mi stare kolorowe albumy, często prowadziła do pałacowej galerii i wyjaśniała alegoryczny sens płócien Uraggi czy grafik Gringa. Latem zwiedzaliśmy stare zamki, z których każdy miał swoją historię, swoją legendę…

— Pułkowniku, kolacja skończona — przypomniał Jednooki Lis.

Aha, to była kolacja. Na moje pytanie, skąd tu, pod ziemią, znalazły się takie obszerne i wygodne sale, kto i kiedy wybudował tu garaże, warsztaty, szpitale polowe, kto kupił taką ilość broni i wyposażenia, generał odpowiedział, że wszystko namotał jego poprzednik, Czarny Grom. Utrzymywał to w tajemnicy nawet przed domem władców, a potem przekazał sekret następcy. „Musiałem i ja milczeć” — mówił Jednooki Lis. -”Wyposażenie wojskowe jest na liście kasacji albo strat bojowych; broń i zapasy… Gdybym się przyznał, co się tu wyrabia, od razu trafiłbym przed trybunał. Wszystko, do ostatniego naboju, ma iść na potrzeby frontu, mawiał herzog, do ostatniej puszki tuszonki…”

I miał rację stary chytrus, dlatego że przystań Jego Ałąjskiej Wysokości była dziś zajęta — Rząd Ludowego Zaufania (czy Narodowej Jedności?) ukrywał się tam przed ludem czy też narodem. Z dużym zdziwieniem dowiedziałem się, że do rządu owego weszli: zastępca ministra obrony, starszy major-domus pałacu, młodszy koniuszy, bibliotekarz, jakiś żołnierz i dwaj nitownicy z Fabryki Maszyn Pancernych. Po licho tam ni-townicy, przecież są głusi, pomyślałem. Zresztą jeśli uwzględnić, że starszy majordomus nazywa się Andriej Jaszmaa. Andriej Korniejewicz Jaszmaa… Niełatwo będzie go przejąć. Ale koniecznie trzeba. Jego — w pierwszej kolejności. Najprawdopodobniej trzeba będzie go zabić, od razu i niespodziewanie, bez naszej medycznej komedii. Bo on nie uwierzy, a nasi słudzy nie dopuszczą doń obcego lekarza zdrajcy… Dobra, jeździł majordomus na urlop? Pewnie tak. A dokąd jeździł? Oczywiście, że na Ziemię. A gdzie mieszkał na Ziemi? Pewnie, że u Korniej a Jaszmy. Czy mógł go tam Gag widzieć? To znaczy odwrotnie, czy mógł on tam widzieć Gaga? Przecież mnie, to znaczy Gaga, Korniej wszystkim pokazywał.

1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)