Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Liczni sanitariusze, manewrując kolbami, oczyszczali drogę do teatru.
— Dlaczego sanitariusze mają automaty? Z bronią wyglądają głupio — mruknął z niezadowoleniem premier.
— Coraz częściej napadają na furgony lekarskie — wyjaśnił adiutant. — Jakieś bydlaki wycwaniły się, żeby handlować szczepionką, więc doktor Magga zażądał. A poza tym sanitariusze są zdyscyplinowani, nie to co…
Nie dokończył, ponieważ musiał wyskoczyć do przodu i otworzyć drzwi przed szefostwem.
Wejście do byłego Imperialnego Teatru, obecnie Ludowego Zgromadzenia, było wysłane dywanami, na dywanach walała się różna broń — wchodzący byli dokładnie przeszukiwani, a przecież bez gnata chodziły po stolicy tylko małe dzieci. Rewidowali ludzie w marynarskich mundurach.
— Załoga zbuntowanego krążownika Alajskie Zorze, bracie-premierze. Pierwsi wdarli się do ostoi tyrana.
Premier miłościwie kiwnął głową i poszedł dalej. Imperialny Teatr był niegdyś piękny, stary i piękny, wspaniały właśnie z powodu swojego wieku. Kiedy po zwycięskim powstaniu zrodziło się Księstwo Alajskie, tyrani i despoci mieli na tyle rozumu, że niczego tu nie ruszali i nie przebudowywali, tylko dawali pieniądze na restaurację. Kiedyś do tego wejścia podjeżdżały karety zaprzężone w szóstki zaggutskich iłganów, potem sapały pierwsze parowce, potem… Dużo różnych rzeczy było potem. Tu grywał wielki Linagg, tu błyszczała upajająca Baruchcha, tu wychodził się kłaniać wybitny komediopisarz Nigga, potem zdemaskowany jako imperialny szpieg… Według tradycji do każdej premiery tkano gobelin przedstawiający scenę ze spektaklu, tak więc na ścianach nie było wolnego miejsca, a wzdłuż ścian stały bezcenne wazy starej dynastii Tuk, a w wazach codziennie zmieniano kwiaty przywożone przez umyślnych aż z archipelagu…
Dziś gobeliny były częściowo podarte i rozkradzione, częściowo sprofanowane, przerobiono je też na onuce i pieluchy, a z bezcennych waz, tych, których się nie udało albo nie zdążyło rozbić, dolatywał niezbyt subtelny aromat.
— Wczoraj niby czyszczono… — powiedział pobladły nagle adiutant. — Kiedy zdążyli?
— Nie martw się, bracie-adiutancie — odparł premier. — To tylko oznaka nieskończonej ludowej pogardy dla dziwactw arystokratów.
Adiutant westchnął i poprowadził go na scenę, wsuwając do generalskiej dłoni zwinięty w rurkę tekst przemówienia. Przemówienie napisał wybitny pisarz Lagga, całym sercem popierający nową władzę. Premier przejrzał wcześniej tekst, wykreślił z niego słowo „nieprzewidywalnych”, z powodu jego całkowitej dla każdego żołnierza niewymawialności, a resztę zaakceptował.
Z obawą zerknął na salę. Była wypełniona ludźmi. Żołnierze, marynarze, jajognioty, lumpy z miejskich przedmieść, robotnicy w tradycyjnych niebieskich czapkach z daszkiem, wieśniacy, poza tym nie wiadomo kto i nawet tubylcy z archipelagu w swoich pasiastych spódniczkach z wysokimi fryzurami utrwalonymi krwią wrogów.
A w loży herzoga zamarli prawdziwi gospodarze kraju, członkowie egzekutywy Związku Walki Czegoś z Czymś, i ich właśnie premier bał się najbardziej.
„Synowie wolnego Ałaju!” — powtarzał w duchu początek przemówienia. — „W trudnej godzinie próby, kiedy zęby Gugu, krwawego smoka kontrrewolucji, gotowe są…”
— Już czas! — Adiutant popchnął go dość bezceremonialnie.
Na scenie, którą do niedawna zapełniały tylko wspaniałe dekoracje, pośpiesznie ustawiono trybunę, wciągnięto nową ałajską flagę — pomarańczowo-zielono-niebieską.
Gnor Gin podszedł do trybuny, pouszając wargami, i zamarł.
Wewnątrz trybuny, jak kochanek w szafie, siedział człowiek o bardzo znajomej twarzy i podrzucał na dłoni granat.
Rozdział 8
— Tak — powiedziała Asia Głumowa. Od chwili, gdy jej mąż stał się ludenem, niemal nie opuszczała wielopokojowej wieży, czekała. — Tak. Pojawił się raz.
„Do ciebie będę przylatywał, gościem twym będę aż do zorzy…” — przypomniały się Maksymowi stare wiersze. Cholerne demony, wolne syny eteru…
Zdrajcy, pomyślał i niemal powiedział to na głos.
— Co u nich nowego?
— U nich nie da się odróżnić nowego od starego — wyjaśniła Asia. — Pomieszały im się czasy. Pozostało mu tylko jedno ludzkie uczucie, smutek. Słuchał muzyki i milczał. Bacha i Spencera.
— Asiu — powiedział Maksym. — Rozumiem, że to dla pani bardzo bolesne, ale proszę jednak mi pomóc. Proszę pomóc nam wszystkim.
— Postaram się — odpowiedziała obojętnie.
— To dotyczy czasów jego progresorstwa. Kiedy Tojwo wrócił z Gigandy, nie opowiadał o niczym? Może coś zdradził przypadkowo… O Wędrowcach?
— Mówił tylko o Wędrowcach — odpowiedziała i wzruszyła szczupłymi ramionami. — Potem… Wydaje mi się, że miał tam kobietę. Nie wiem tego, po prostu to czuję. I chyba bardzo się martwił o tę kobietę. Ona się czegoś domyśliła i dlatego stamtąd odfrunął. Ale to tylko moje babskie przypuszczenia, wróżenie z cieniów. Najważniejsze, mówił, że uciekłem w odpowiednim czasie. Nie wiem, co tam za ślicznotka… Boże, niechby miał po dziesięć bab na każdej planecie niż tak…
— Proszę mi wybaczyć, Asiu — rzekł Kammerer. — Zawsze pakuję się do ludzi w nieodpowiednim czasie.
— Nie, zawsze jestem rada pana widzieć, Maksymie. I Gorbowskiego. Po rozmowie z nim zawsze jestem spokojniejsza… na krótko.
— Dziękuję, Asiu — powiedział Kammerer. — Gdyby co, zawsze jestem do pani usług.
Niczego nowego Maksym się nie dowiedział. Kobieta na Gigandzie. Co może wiedzieć prosta karhońska kobieta o Wędrowcach? Czy może nie była to prosta kobieta?
Gorbowski, przypomniał sobie. Nie masz wistu — wal spod kciuka…
Ku zdziwieniu Maksyma starego nie było w stałym miejscu, w Domu Leonida. Odnalazł się, za pomocą jego robota-sekretarza, aż w mieście Antonów, gdzie w zasadzie nie miał nic do roboty, a i lekarze z dużym niezadowoleniem komentowali informacje o tym, że człowiek w tak zaawansowanym wieku nadal korzysta z kabin Zero-T.
Leonid Andriejewicz siedział na ławce w parku, oklejony dzieciakami w wieku do lat pięciu i snuł im jakąś niesamowicie ciekawą opowieść, na pewno ciekawszą od problemów Maksyma.
— Namyśliłeś się w końcu — burknął Gorbowski. — To koniec, diablęta, jesteście wolni, ciąg dalszy kiedyś nastąpi…
Diablęta smętnym stadem pognały wzdłuż alei.
— Leonidzie Andriejewiczu — zaczął Maksym. — Znowu nie możemy chwalić Boga…
— Wiem — powiedział Gorbowski. — Z dużą przyjemnością wysłucham pańskiej koncepcji, Maksymie. Po prostu z ogrooomną rozkoszą wysłucham, albowiem znam ją z góry i już ciskam pod nogi jak herzog Adolf boskich idoli…
Z wielu powodów nie wolno było obrażać się na Gorbowskiego. Po pierwsze, bez sensu; po drugie… też bez sensu.
— Leonidzie Andriejewiczu — rzekł Maksym, wzdrygnąwszy się. — Czy pan ma prywatny wywiad?
— W moim wieku, Wielki Maku, żaden wywiad już nie jest potrzebny. Tak samo jak i czytanie myśli na odległość. Słucham koncepcji.
Kammerer nie miał żadnej szczególnej koncepcji, ale nie wypadało milczeć.
— Sądzę — zaczął — że siły umownie nazywane Wędrowcami proponują, byśmy zwinęli całą działalność progresorską. Zaryzykuję przypuszczenie, że w zamian zaniechają wszelkiej działalności u nas. W przeciwnym razie grozi nam zniszczenie całej informacyjnej sieci Ziemi i być może Peryferii. Nawet nie może, lecz na pewno.
Gorbowski z zadowoleniem kiwał głową. Maksym wytrwale kontynuował: