Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Widział, odpowiedział Gag Jednookiemu Lisowi. Widział, wasza ekscelencjo, jak teraz pana. Jeszcze się sprzeczał z ojczulkiem, to znaczy panem Korniejem. Dlaczego, powiada, matkę dręczysz? Tarcia są tam u nich w rodzinie spore, a o co, pytam się, kłócić, kiedy na Ziemi wszystkiego do oporu? Świra dostają z dobrobytu…
Lis pogardliwie przymknął Gaga i zaczęliśmy rozmyślać, jak dobrać się do Andrieja Korniejewicza.
— Jednak potrzebny jest nam żywy — orzekł Lis. — Przecież Jaszmaa, jak rozumiem, jest kuratorem Gigandy?
— Będziemy go mieli — powiedziałem. — Żywego. Ale muszę pojechać sam.
— Wasza Wysokość — rzekł Lis. — Nie ma pan prawa ryzykować…
— Pułkownik Gigon — odparłem. — Z misją pojedzie pułkownik Gigon. A jeśli sprawa padnie, to i herzog ałajski nikomu nie będzie potrzebny.
Rozdział 3
Droga do stolicy okazała się długa; wtedy, w nocy, huraganem dojechali do schronienia o wiele szybciej. Po północy deszcz przestał padać, asfalt wysechł i tylko w niewielkich kawernach połyskiwała woda.
Wyjazd ze schronienia — herzog zdecydował, że powinno ono nosić nazwę „Nariangga”, co znaczy „lisia nora” — był zamaskowany według wszelkich prawideł sztuki militarnej, a nawet lepiej. Za kierownicą sanitarki — starutkiej, pochlastanej odłamkami — siedział Gugu; tak herzog nazwał swojego szofera. Gigon co chwila zerkał na jego zabandażowaną głowę i uśmiechał się — to był okropnie zuchwały i niewykonalny pomysł. W sanitarce siedziało i leżało dziesięciu rannych, dominowała tam ohydna woń gangreny, a wszystkie bandaże były zakrwawione.
— Nie będą się pchali — powiedział Gugu. Miał na rękach białe bawełniane rękawiczki. — Wszyscy się boją zarazy, pilnują się. Kto by miał ochotę przeżyć wojnę, ocaleć, a potem rąbać na rzadko, aż mózg z tyłka wylezie… Przepraszam, Wasza Wysokość.
— Znowu wysokość?! — ryknął herzog. — Ciebie i twoją wysokość pierwszy lepszy patrol capnie i będzie miał rację, smocze mleko! Ugog się nazywam, sanitariusz Ugog, i nie jestem teraz twoim przełożonym, lecz ty moim!!!
Znowu grał rolę Bojowego Kota, ale tym razem z własnej woli — wszak hasło znał tylko Jednooki, a co się może z nim stać w tym czasie? W końcu ma człowiek swoje lata, poharatany, wielokrotnie ranny… I co potem — przez całe życie bawić się w Bojowego Kota? Zresztą tej roli nie trzeba będzie grać długo, tyle że gracją trzeba uczciwie…
— Nie mam pojęcia, kociaku — powiedział Gugu, wykonując rozkaz herzoga — jak mogliśmy przegrać tę wojnę.
— Ty wiesz lepiej, mnie tu nie było, wylegiwałem się po lazaretach, odpoczywałem w sanatoriach.
— Komunikaty były pomyślne — ciągnął szofer. — Dobra, komunikatom mało kto wierzy, ale i chłopcy, których kierowali do nas z frontu, też opowiadali, że oto przeszliśmy do kontrataku, wybiliśmy szczurojady z Czerwonych Młynów, zapędziliśmy w lasy i tam wszystkich spalili. Podobno generała Dryg-gę uwolnili z obozu pracy i on tym wszystkim kierował. A brygada desantowa samowolnie przybyła z Archipelagu — nie chcemy, mówią, pilnować niebieskodupców, kiedy ojcowie i matki w niebezpieczeństwie. Stary herzog zamierzał co dziesiątego rozstrzelać za złamanie regulaminu, ale potem tylko machnął ręką i kazał dać po butelce na pysk z własnych piwnic. Na lotnisku był jeszcze jeden pas cały, no to wsiedli i polecieli, wylądowali szczurojadom za plecami, rozbili bazę lotniczą i jeszcze coś tam… W sumie wszyscy świętują, marzą o wejściu do Karhonu — i masz ci los! Mówi radiostacja komitetu wojenno-rewolucyjnego! Dynastia została obalona, krwawy herzog… — Zerknął zezem na pułkownika Gigona. — No, w sumie dynastia obalona.
— A wszyscy się zgodzili? Mam na myśli tam, na froncie?
— Przecież szczurojady przeżyły to samo! Nasi otworzyli front, a do Karhonu już dojść nie mogli; ani paliwa, ani wozów, a najważniejsze, że już nie mieli sił, nie było za kogo wojować. Generał Drygga się zastrzelił. Ja, powiada, za jakiś inny kraj wojowałem. A jak zabrakło wroga, zaczęły się stare porachunki. Najpierw do oficerów pyskowali, a potem zaczęli rżnąć. Miastowi się po wojsku kręcą, podpuszczają, żeby zwrócić broń przeciwko ciemięzcom. Ech, jakby szczurojady nie zawiodły, do tej pory byśmy zwycięsko wojowali!
— Podoba ci się wojaczka czy co? Przecież jesteś sanitariuszem.
— Milcz, kociaku! Wiesz, ilu takich jak ty na własnych plecach przetaszczyłem? Może dywizję, może więcej.
— Milczę — pośpiesznie zgodził się herzog. — Powiedz, skąd się wzięli miastowi?
— Miastowi? Wiadomo, z miasta. Jak tam się to u nich nazywa… Związek walki jakiejś tam. Kogoś z kimś. Słusznie robią u mnie we wsi, że zawsze miastowych tłuką. Nawet poborców podatkowych zawsze biliśmy. Podatek płaciliśmy, lecz poborców tłukliśmy… Tym, co przyjeżdżali do wsi, szefostwo nawet dopłacało za ryzyko. O tym jest pewna bajka-legenda, że niby za waszego… To znaczy za młodego herzoga pradziada wszystko to się zaczęło. Poborcy wracają do miasta; skarżą się. No to przyślą oddział karny, który wyrżnie całą wieś, lecz w następnym roku ta sama historia. Znudziło to starego herzoga Inggu i sam przyjechał. Co wy tu, sucze syny, powiada, moje sługi krzywdzicie? Spalę wasze domy, wtedy zatańczycie! I wychodzi do niego ówczesny starosta i powiada tak żałośnie: „Wasza Ałajska Wysokość! Co począć? Nie lubimy miastowych!” Wtedy objął go stary herzog i mówi, że niby ałajskim wieśniakiem kraj stoi, bijcie ich, ile wlezie, tylko podatki płaćcie…
— No to niby czemu zaczęliście ich słuchać? — zapytał Gigon, który zignorował tę w najwyższym stopniu zajmującą opowieść.
— A kogo jeszcze mamy słuchać? Z waszych to przecież nikt nie przyjechał. — Szofer zamilkł.
— Nie miał kto przyjechać — powiedział herzog. — Dzielili tu władzę.
— To świństwo — powiedział szofer. — Zobacz, cały beton zrąbany, jak dojedziemy? Kiedy zdążyli to zrobić, przecież nikt nie bombarduje?
Rzeczywiście, z przodu zamiast kiepskiego, dziurawego i pokruszonego betonu ciągnął się pas błota, w którym utonął nawet żwir podkładu. Na pierwszych metrach wóz zawył, aż po piasty zakopawszy się w grząskiej drodze.
Herzog potulnie chwycił za klamkę, ale Gugu ryknął:
— Siedź, zarazo! Bez ciebie się obejdzie! Trzymaj kierownicę! Twoja waga w porównaniu z moją… — Sam wyskoczył i wrzasnął: — Hej, nieboszczyki, wyłazić! Poleżycie w ziemi!
Na pace zaczęli się ruszać lekko i ciężko ranni. Stękając i jęcząc, z zadziwiającą łatwością i zręcznością wypchnęli ciężarówkę, zaczęli znosić z pobocza drągi, kamienie, odłamki betonu i podkładać je pod koła. Herzog tylko rozglądał się i skręcał.
Słońce było już dość wysoko. Po obu stronach drogi ciągnął się las. Wierzchołki wszystkich drzew były ścięte na tej samej wysokości, jakby gigantyczna brzytwa świsnęła w powietrzu. Herzog próbował przypomnieć sobie, jakie działania tu prowadzono, i nie udało mu się. Natomiast zauważył, że z przodu widnieje jakaś budowla.
— Gugu — zawołał, przekrzykując ryk silnika. — Chyba posterunek kontrolny przed nami.
— Zaraza — powiedział szofer. — Znowu będę sam… Hej, nieboszczycy, hop do trumny!
Ranni chętnie wleźli do samochodu i wóz natychmiast osiadł.
W ten sposób, w ryku silnika i Gugu, jakoś doczołgali się do pomalowanego na biało wagonika i długo jeszcze czekali, aż stamtąd raczy wyjść jakieś szefostwo.
— To oni, gnoje, drogę zniszczyli, żeby nikt do nich szybko nie podjechał i nie powystrzelał — powiedział Gugu. Bandaże na jego głowie były mocno zachlapane błotem, rękawiczki również już nie były białe.