Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 137
Перейти на страницу:

— Za mnie poręczono — powiedział kapral-referent. — Oczyściłem się przed narodem.

— Ty się oczyściłeś? A kto wieśniaków-dezerterów w Burym Jarze…

— Ciszej! — zasyczał referent. — Milcz, bracie-chwacie. Ja ciebie nie widziałem, ty mnie nie widziałeś…

— O nie — powiedział herzog, kipiąc gniewem Gaga. — To ja jestem czysty. Już nie wiem, który tydzień odkupuję swoją winę przed narodem w służbie sanitarnej. Ludzi ratuję, smocze mleko! A ty tu na zwiększonych przydziałach chcesz przeczekać? O nie, na froncie mieliśmy wszystko po równo, tu też powinno być równo!

— Jednak szkoda, że cię nie zabili — poskarżył się kapral-referent. — Bydlę z ciebie, Gag! Wszyscy chłopcy zginęli i pan starszy mentor Digga zginął — niespodziewanie pociągnął nosem — a ty żyjesz!

— Chyba usiądę — powiedział herzog i rzeczywiście siadł okrakiem na krześle.

— Idź stąd, proszę na wszystkie świętości — zaczął jęczeć kapral-referent. — Mnie zgubisz, matkę zgubisz… Ja tu się ożeniłem, zajęliśmy zacne mieszkanko, przedtem tam mieszkał pan zarządca parku… Idź stąd, znajdę dla ciebie pracę, dobrą pracę, może nawet zrobię cię gorylem…

— Chyba sobie zapalę. — Herzog wyjął z kieszeni kitla skrawek gazety i kapciuch.

— Tylko nie to! — wrzasnął szeptem kapral. — Pan wicepremier sam nie pali i innym nie pozwala, i nie wolno w jego obecności… Ojcowie-smoki! Przecież ty masz gazetę staroreżimową, wiesz, co teraz grozi za jej przechowywanie?

— Uspokój się, bracie-chwacie — rzekł herzog. — Wyobraź sobie, że leżymy w okopie, nad nami robią drugie podejście bombowce szczurojadów. Od razu się uspokoisz…

— Tak? Nawiasem mówiąc, szczurojadów wyzywać też się zabrania. Szczurojady teraz są… no… bratnim narodem Kar-hanu, o!

— Posłuchaj mnie uważnie, durniu — zaczął herzog, ale schował sprzęt do palenia. — Słuchaj uważnie. Mam dla pana wicepremiera informację, i to taką, że jeśli jej nie dostarczę, dam łowę. Ty też dasz głowę, jeśli mnie do niego nie wpuścisz. A jeśli zameldujesz, to obaj możemy dostać nagrodę i duży awans… Więc wybieraj.

— I tak nie wolno bez meldunku — jęknął kapral-referent. — A co ja zamelduję? Ze jakiś sanitariusz przyszedł, cały gównem wysmarowany?

— Powiesz, że przyszedł człowiek i przyniósł meldunek od Waldemara. Zapamiętałeś? Od Waldemara, powiesz, pilna informacja.

— Od Waldemara… — Kapral pokręcił głową. — Co to za słowo: Waldemara? Narkot jakiś nowy?

— Nie twoja sprawa — uciął pułkownik Gigon. — Ruszaj szybciej. Bo zapalę! — zagroził.

Referent zniknął za metalowymi drzwiami. Starszy major-domus zaczął pełnić funkcję

stosunkowo niedawno, z polecenia poprzednika nie mającego w męskiej linii potomków. Mógł widzieć młodego herzoga ałajskiego tylko na portretach, ponieważ młody herzog w tym czasie na całego tworzył swoją legendę jako kursant szkoły Bojowych Kotów. Natomiast Gaga oczywiście pamiętał…

— Panie Andrieju! — Herzog runął na spotkanie wychodzącemu mężczyźnie, wywracając przy tym krzesło. — Panie Andrieju, wielka bieda! — Niby to ze zdenerwowania zaczął mówić po rosyjsku.

Wicepremier w półwojskowym mundurze, wysoki, jasnowłosy i bardzo podobny do ojca, patrzył na niego z nie ukrywanym zdziwieniem, potem wszystko zrozumiał i chwyciwszy za rękaw kitla, wprowadził herzoga do gabinetu.

— Zwariowałeś, Bojowy Kocie? — powiedział. — Jednak ojciec niepotrzebnie się z tobą niańczył. Czy ty nie wiesz, że powinieneś milczeć?

— Wcale nie powinienem milczeć, panie Andrieju — godnie odparował herzog. — Nie podpisywałem żadnego zobowiązania, nawiasem mówiąc. A pan Korniej powiedział, kiedy mnie… eee… odprowadzał: Mów, co chcesz, czy to mało ludzi zwariowało podczas wojny?

— Rzeczywiście zwariować z wami można — potwierdził Andriej Jaszmaa, usiadł przy swoim pięknym biurku i chwycił się za głowę. — O jakiej biedzie mówiłeś? Wszyscy mają jakąś biedę.

— Panie Andrieju — herzog mówił szybko, zachłystując się słowami; to zawsze wygląda przekonująco — melduję: wczoraj z archipelagu przyleciał hydroplan. Niebieskodupcy powstali, wyrżnęli cały personel stacji meteorologicznej. Na tym hydro-planie przywieźli rannych. A wśród nich był pan Waldemar, cały taki, za przeproszeniem, czarny… Zresztą co to ja pana Waldemara nie pamiętam, jak mną po całej sali gimnastycznej ciskał? Nasi mówią, że próbował tubylców utrzymać, więc go… tego. Bardzo było z nim źle, zawieźliśmy go do szpitala, a tam nie chcą przyjąć, mówią, że już sczerniały, kazali spalić, żeby się nie rozniosło… O mało co nie zgarnęli nas razem z nim, aleja przecież wiem, że wasza medycyna martwego na nogi postawi… Zawiozłem go w jedno tajne miejsce, on tam doszedł trochę do siebie, poznał mnie i kazał iść do pana… Ma jakąś informację, problem życia i śmierci, powiada.

— Nic nie rozumiem — zdziwił się wicepremier. — Przecież ma wmontowany nadajnik awaryjny…

— Może i miał coś wmontowanego — powiedział pułkownik Gigon — ale tak go bili… Uczciwie, ręce, nogi jak galareta. Trzymam go na przeciwbólowych, ale jakie tam my mamy przeciwbólowe… Suko sztabowa! — ryknął nagle, udając żołnierską histerię. — Przyjaciel tam zdycha, a ty tu sobie w gabinecie! Czy może tam u was czarnych nie uważają za ludzi, jak u nas niebieskodupców? No to powiedz, a pójdę i dobiję go, bo już nie mogę patrzeć, jak on tam na śmierdzącej słomie…

— Proszę się uspokoić — polecił lodowatym głosem Andriej Jaszmaa. — Zaraz pojedziemy.

Podszedł do ściany, odsunął obraz przedstawiający marszałka Nagon-Giga w chwili podziału zdobyczy wśród kadry. Za obrazem znajdował się sejf. Jaszmaa junior wyjął z sejfu duży czarny sakwojaż, potem pistolet nietutejszej roboty. Pokręcił broń w ręku i odłożył z powrotem do sejfu.

— Proszę wziąć ze sobą chłopców, takich pewniejszych, co to się zarazy nie boją — poradził herzog.

Chłopców pan były majordomus wziął tylko trzech, może naprawdę najodważniejszych. Oczywiście, gdyby chodziło o zwykłego ałajskiego urzędnika, to ten by dla powagi zabrał pluton ochrony, a my, państwo progresorstwo, skromnie, prosto… To i lepiej nawet.

Herzog zdecydowanie odmówił zajęcia miejsca w rządowym Huraganie.

— Pojadę przodem, będę pokazywał drogę, bo tam teraz wszystko poprzegradzane.

Wiedział, że terkot motocykla uprzedzi grupę o zbliżaniu się, kiedy będą o cztery bloki od celu.

Pędzili ostro. Wystraszone patrole odskakiwały pod ściany, policjanci salutowali, złodzieje, porzuciwszy toboły, chowali się w zaułkach. W podwórku willi było cicho, tylko pod ścianą siedział lekko ranny osobnik i próbował z odłamków marmuru poskładać rozbite arcydzieło. Lekko ranny siedział na erkaemie, ale o tym wiedział tylko herzog.

Andriej Jaszmaa wylazł z wozu i dał znak dwóm swoim gnatołomom, żeby wzięli nosze. Gnatołomy protestowały, że to nie ich sprawa, ale herzog dodał złośliwie: „Nie ubędzie wam, posmakujcie naszego medycznego chleba!” Wspaniali są ci Ziemianie, pomyślał, a niby tacy sami ludzie…

W zaimprowizowanym lazarecie śmierdziało, ranni rozłożyli się wzdłuż ścian i przy wejściu, a na środku sali stał piękny obiadowy stół z poharatanymi w świętej złości brzegami. Na stole leżał człowiek ogromnego wzrostu, przykryty ocalałą haftowaną złotem portierą. Głowę i twarz miał

zabandażowane brudnymi jak nieboskie stworzenie bandażami, widać było tylko zupełnie czarny nos, a tak samo czarna, potężna niegdyś ręka, bezsilnie zwisała w dół. Były kapral straży pałacowej stał w medycznym kitlu obok stołu i żeby było bardziej przekonująco, obracał w ręku, dureń, lewatywę.

1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)