Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 163
Перейти на страницу:

Na szósty dzień doktor powiedział już w porządku, wypisujemy cię. Dbaj o siebie, operacja bardzo ją osłabiła, przynajmniej z miesiąc odpocznij. I nie może mieć więcej dzieci, to już wie. Wstała i zakręciło się jej w głowie. Wychudła, zżółkła, oczy miała podkrążone. Pożegnała się z innymi chorymi, z mateczką od zakonnic, i krok za krokiem wyszła na ulicę, a za bramą jakiś policjant złapał jej taksówkę. Ciotce zatrzęsła się broda, kiedy ją tak zobaczyła na Chacra Colorada z córeczką w ramionach. Uściskały się i obie się popłakały. I ta twoja pani tak cię zostawiła jak psa? Nawet nie zadzwoniła, nawet nie przyszła odwiedzić? No właśnie, a ona, głupia, zawsze jej pomagała, nie chciała jej rzucić. A ten facet też się nie pokazał? Też nie, ciociu. Jak będziesz zdrowa, pójdziemy na policję, powiedziała ciotka, oni mu każą uznać dziecko i będzie ci dawał pieniądze. W domku ciotki były cztery pokoje, w jednym spała ciotka, a w pozostałych lokatorzy, razem cztery osoby. Para staruszków, którzy cały dzień słuchali radia i pichcili coś na prymusie, tak że wszędzie było pełno dymu; on był przedtem urzędnikiem na poczcie, niedawno poszedł na emeryturę. Pozostali pochodzili z Ayacucho, to był jeden lodziarz z D’Onofrio i jeden krawiec. Nie jadali w pensjonacie, a wieczorami śpiewali w języku keczua. Ciotka zrobiła Amalii posłanie w swojej sypialni, a mała Amalita spała razem z nią. Przez tydzień leżała, prawie się nie ruszając, a jak tylko się podniosła, dostawała zawrotów głowy. Nie nudziła się. Bawiła się z Amalita, przyglądała się jej, szeptała jej do uszka: pójdą do tej niewdzięcznicy, Amalia odbierze swoją pensję i powie już nie będę u pani, a jeżeli ten nędznik któregoś dnia się zjawi, to wynocha, ciao, nie potrzeba. Może ci znajdę robotę u jednej znajomej w Breña, ona ma sklepik, mówiła ciotka. Po ośmiu dniach siły zaczęły wracać i ciotka pożyczyła jej pieniędzy na autobus: odbierz wszystko co do grosika, Amalio. Jak mnie zobaczy, to się jej zrobi żal, myślała, będzie błagać, żebym nie odchodziła. Tylko nie daj się znowu nabrać, nie bądź głupia. Z córeczką w ramionach dotarła na General Garzón i w bramie domu natknęła się na Rite, kulawą służącą z parteru. Uśmiechnęła się do niej i pomyślała co jej, co się stało: cześć, Rita. Ta patrzyła na nią z otwartą gębą, jakby zaraz chciała uciekać. Już mnie nie poznajesz, tak się zmieniłam? zaśmiała się Amalia, jestem z pierwszego piętra, nazywam się Amalia. To ciebie policja wypuściła? powiedziała Rita, i czy ją bili? Policja, bili? Jak mnie z tobą zobaczą, to i mnie też wezmą, powiedziała Rita ze strachem, i może ją też będą bili? Tego by jeszcze brakowało, i tak ma dość, co się na nią nakrzyczeli, nawypytywali o sprawki z całego życia, i tę z mieszkania od ulicy też, i tę z drugiego, i z trzeciego piętra, a jak je traktowali, gdzie jest, dokąd uciekła, gdzie się schowała, dlaczego ta jakaś Amalia gdzieś zniknęła. I jak się złościli, jak przeklinali, grozili, gadaj albo pójdziesz pod klucz. Tak jakbyśmy cokolwiek wiedziały, powiedziała Rita. Przysunęła się o krok do Amalii i zniżyła głos: gdzie cię znaleźli, co ci mówili, czy Amalia im zdradziła, kto ją zabił? Ale Amalia oparła się o mur i bełkotała weź ją, weź ją. Rita wzięła na ręce Amalitę, co się stało, co ci jest, co ci zrobili. Wprowadziła ją do kuchni na parterze. Dobrze, że akurat państwa nie ma, usiądź, napij się wody. Zabili? powtarzała Amalia, a Rita, z maleńką na ręku, nie krzycz tak, nie trzęś się tak. Zabili panią Hortensję? Rita podbiegła do okna, przekręciła klucz w drzwiach, wreszcie oddała jej dziecko, cicho bądź, sąsiedzi usłyszą. Ale gdzie ona była, jak to się stało, że nie wiedziała, przecież pisali w gazetach, przecież było tyle zdjęć jej pani, a w szpitalu nic nie mówili o tym, nie słuchała radia? A Amalia, czując, jak jej szczękają zęby, daj mi coś gorącego, Rita, herbaty, cokolwiek.

Rita zrobiła jej kawy. O co ci chodzi, grunt, że tego uniknęłaś, mówiła, byli tu z policji, byli z gazet, przychodzili, dzwonili, wypytywali, a jak poszli, to zaraz się zjawiali następni, wszyscy chcieli wiedzieć, gdzie jesteś, już ona coś wie, skoro uciekła, już ona coś ma na sumieniu, skoro się tak schowała, dobrze, że cię nie znaleźli, Amalia. A ona małymi łyczkami siorbała kawę, mówiła tak, Rita, dziękuję, Rita, i kołysała małą, bo zaczęła płakać. Ucieknie, ukryje się, tak, nigdy tu nie wróci, a Rita: jak cię złapią, będzie z tobą gorzej niż z nami. Bóg wie, co jej zrobią. Amalia wstała, jeszcze raz dziękuję, i wyszła. Myślała, że zemdleje, ale jak się dowlokła do rogu, zawrót głowy minął i dalej szła już szybko, przyciskając Amalitę do piersi, żeby nikt nie słyszał, jak płacze. Taksówka, nie, nie zatrzymała się, druga, i Amalia podbiegła, siedzieli w niej policjanci, o, następna, tę już złapie, wreszcie któraś się zatrzymała. Ciotka się gniewała, kiedy poprosiła o pieniądze za taksówkę. Mogłaś wrócić autobusem, ona nie jest taka bogata. Pobiegła do pokoju i zamknęła się. Tak ją trzęsło, że okryła się kocem ciotki i dopiero pod wieczór przestała udawać, że śpi, odpowiedziała na pytania: nie, pani nie było, ciociu, pani wyjechała. No pewnie, jeszcze tam pójdzie i odbierze pieniądze; no pewnie, że się nie da okradać, ciociu. I myślała: muszę zatelefonować. Zajrzała do portfela ciotki, wyjęła jednego sola i pobiegła do sklepu na rogu. Nie zapomniała numeru, pamiętała doskonale. Ale odezwał się głos jakiejś dziewczynki, której nie znała: nie, tu nie mieszka żadna panienka Queta. Zadzwoniła jeszcze raz i wtedy jakiś mężczyzna: nie ma, nie znają jej, oni się tu niedawno sprowadzili, może to poprzednia lokatorka. Oparła się o drzewo i usiłowała złapać oddech. Tak strasznie się bała, myślała świat stanął na głowie. Więc dlatego pani nie przyszła do szpitala, więc to była ta zbrodnia, o której mówili przez radio, więc jej szukała policja. Zabiorą ją, będą wypytywać, będą bić, zabiją tak jak Trinidada.

Przez kilka dni nie wychodziła z domu, pomagała ciotce robić porządki. Nie otwierała ust, myślała zabili ją, umarła. Serce jej przestawało bić, kiedy ktoś pukał do drzwi. Na trzeci dzień poszły z ciotką do parafialnego kościoła, żeby ochrzcić Amalitę, i kiedy ksiądz pytał: jakie imię? – odpowiedziała: Amalia Hortensja. Nie spała po nocach i kołysząc Amalitę w ramionach czuła się pusta w środku, czuła się winna, niech mi pani wybaczy, że źle myślałam o pani, skąd ona mogła wiedzieć, i jeszcze myślała co się dzieje z panienką Queta. Ale czwartego dnia jakby się ocknęła: robisz z igły widły, czego się boisz, głupia. Pójdzie na policję, byłam w szpitalu, sprawdzą, zobaczą, że nie kłamie, i dadzą jej spokój. Nie: będą jej wymyślać, nie uwierzą jej. Po południu ciotka posłała ją po cukier i kiedy wyszła za róg, jakiś mężczyzna czekający pod słupem ruszył w jej stronę, Amalia krzyknęła; czekam od kilku godzin, powiedział Ambrosio. Bezwiednie postąpiła ku niemu, nie mogła wykrztusić słowa. I stała tak, usmarkana, zalana łzami, z twarzą przy jego piersi, a Ambrosio ją pocieszał. Ludzie się oglądali, nie płacz, już od trzech tygodni cię szukam, a jak synek, Amalio? Córeczka, zaszlochała, tak, wszystko w porządku. Ambrosio wyjął chusteczkę, otarł jej twarz, kazał wytrzeć nos, zaprowadził ją do kawiarni. Usiedli przy stoliku w głębi. No już dobrze, już dobrze, Amalio, już cicho. Czy płacze z powodu pani Hortensji? Tak, i jeszcze dlatego, że jest sama na świecie i bardzo się boi. Policja mnie szuka, tak jakby ona cokolwiek wiedziała, Ambrosio. I jeszcze dlatego, że myślała, że on ją rzucił. Ach ty głuptasie, no i jak miałem przychodzić do szpitala, czy on wiedział, czy on mógł przypuszczać? Poszedł na spotkanie na Arenales i nie przyszłaś, kiedy w gazetach napisali o twojej pani, szalałem, żeby cię znaleźć, Amalio. Poszedł do tego domu, gdzie przedtem mieszkała twoja ciotka, do Surquillo, to go odesłali do Balconcillo, a stamtąd do Chacra Colorada, ale wiedzieli tylko, na jakiej ulicy, nie znali numeru. Przyjechał, wszędzie się rozpytywał, przez wszystkie te dni, i myślał wyjdzie na dwór, to ją spotkam. Dobrze, że nareszcie, Amalio. A policja? powiedziała Amalia. Nie pójdziesz na policję, powiedział. Pytał Ludovica, on mówi, że by cię trzymali przynajmniej miesiąc pod kluczem, wypytywaliby i sprawdzali. Lepiej się tam nie pokazywać, lepiej na jakiś czas wynieść się z Limy, zapomnieć o Limie. Jak to wynieść się, nachmurzyła się Amalia, dokąd ona pójdzie. A on: ze mną, oboje razem. Spojrzała mu w oczy: tak, Amalio. Wyglądało, że się już naprawdę zdecydował. Patrzył na nią z powagą, jak myślisz, czy pozwolę, żeby cię wsadzili do więzienia? jego głos był stanowczy, jutro wyjadą. A twoja praca? Głupstwo, będzie pracował na własny rozrachunek, wyjadą. Nie spuszczała z niego wzroku, starając się uwierzyć, ale nie mogła. Będziemy razem? Jutro? Wyjadą w góry, powiedział Ambrosio i przysunął twarz do jej twarzy: na jakiś czas, potem wrócą, jak już tu o tobie zapomną. Poczuła, że wszystko znów się pod nią wali: Ludovico mu mówił? Ale dlaczego jej szukali, co ona zrobiła, czy ona co wie. Ambrosio ją objął: nic się nie stanie, jutro wsiądą do pociągu, potem do autobusu. W górach nikt jej nie znajdzie. Przytuliła się do niego: Ambrosio, czy on to wszystko robi dlatego, że ją kocha? No jasne, głuptasie, a co ty sobie myślisz. Ludovico ma tam w górach krewniaka, on będzie z nim pracował, ten krewniak im pomoże. Była zupełnie ogłupiała ze strachu i ze zdziwienia. Nic nie mów twojej ciotce, nie, nie powie, niech nikt nie wie, nikt nie będzie wiedział. Czy ona wie, gdzie jest dworzec Desamparados? Tak, wie. Odprowadził ją do rogu, dał jej pieniądze na taksówkę, wyjdziesz pod byle pretekstem, i wróciła do domu nie mówiąc ani słowa. Przez całą noc, nie zmrużywszy oka, słuchała oddechu ciotki i zmęczonego chrapania z pokoju staruszków. Pójdę jeszcze raz do pani, po pieniądze, powiedziała nazajutrz do ciotki. Wzięła taksówkę, a kiedy przyjechała na Desamparados, Ambrosio ledwie spojrzał na Amalitę Hortensję. To ta mała? Tak. Wprowadził ją na dworzec i kazał usiąść na ławce pomiędzy góralami i całą masą tobołków. On ma dwie duże walizki, a ja nawet chustki do nosa, myślała Amalia. Wcale się nie cieszyła, że wyjeżdża, że będzie razem z nim; tak dziwnie się czuła.

1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)