Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 173
Перейти на страницу:

Mó­wi­ła ci­cho, szyb­ko i tro­chę nie­skład­nie, a jej dło­nie mię­ły ja­kieś do­ku­men­ty roz­rzu­co­ne po bla­cie.

– Nie myśl, że je­stem głu­pia i nie wiem, o co wła­ści­wie tu cho­dzi. Mój dom jest po­trzeb­ny, bo lu­dzie mogą się tu spo­tkać na neu­tral­nym grun­cie. Cza­sem do­sta­ję proś­by od ja­kie­goś stron­nic­twa, żeby ko­niecz­nie za­pro­sić tego lub owe­go ary­sto­kra­tę czy kup­ca, i już wiem, że po­win­nam pa­nom udo­stęp­nić na ja­kiś czas od­osob­nio­ną kom­na­tę. Nie­jed­ną nie­ofi­cjal­ną umo­wę za­war­to wła­śnie u mnie, nie­raz za­koń­czo­no woj­nę albo wy­po­wie­dzia­no nową. – Ba­ro­no­wa uśmiech­nę­ła się smut­no. – To cena za neu­tral­ność. Po­zwa­la­ją mi na nią, bo je­stem po­trzeb­na. Ina­czej mu­sie­li­by spo­ty­kać się o pół­no­cy w por­to­wych za­uł­kach. – Uśmiech znikł, za­stą­pio­ny gniew­nym gry­ma­sem. – A te­raz hra­bia naj­wy­raź­niej chce mi ją ode­brać.

– Jak?

– W ostat­nim li­ście za­su­ge­ro­wał, że chce, abym – jak to ład­nie ujął – bar­dziej za­an­ga­żo­wa­ła się w ży­cie mia­sta. Na­pi­sał, że przy­śle mi po­słań­ca, któ­ry wszyst­ko wy­ja­śni. Ka­za­łam więc służ­bie wpu­ścić każ­de­go szla­chet­kę bez mo­no­gra­mu na rę­ka­wach, któ­ry po­ja­wi się w naj­bliż­szych dniach. Nie są­dzę bo­wiem, by hra­bia przy­słał ko­goś ofi­cjal­nie.

Alt­sin po­ki­wał gło­wą.

– Ro­zu­miem, pani, ale nie o to py­ta­łem. Jak może cię zmu­sić do po­słu­szeń­stwa?

Za­mru­ga­ła, wy­raź­nie zdzi­wio­na.

– Nie sły­sza­łeś? Nie usta­lo­no, kim był czło­wiek, któ­re­go za­bił Ewen­net. Na­wet ja­sno­wi­dze nie dali rady od­kryć jego toż­sa­mo­ści i na szczę­ście, jak do­tąd nikt nie wią­że nie­do­szłe­go za­ma­chow­ca ze mną.

– Poza hra­bią? – do­my­ślił się.

– Tak. Są­dzę, że hra­bia ja­koś się o nas do­wie­dział. A je­śli ogło­si te­raz, że to mój ko­cha­nek chciał go za­bić... Będę skoń­czo­na. Moja neu­tral­ność, moja wol­ność znik­ną. Może, je­śli będę mia­ła szczę­ście, omi­nie mnie stry­czek.

– Hra­bia nie mu­siał się spe­cjal­nie tru­dzić z do­my­sła­mi. Za­ło­żę się, że to nasz mło­dy ba­ron mu o tym po­wie­dział.

– Nie przyj­mu­ję za­kła­du – rzu­ci­ła i za­raz uśmiech­nę­ła się za­kło­po­ta­na. – Wy­bacz kiep­ski żar­cik. Nie wiem, co mam zro­bić. Lada chwi­la Ter­le­ach przy­śle tu ko­goś i bę­dzie pró­bo­wał na­giąć mnie do swo­jej woli, za­mie­nić w słu­żą­cą. Nie mam jak wy­trą­cić mu bro­ni z ręki.

Zło­dziej po­ki­wał gło­wą, zmru­żył oczy. My­ślał.

– Gdy wcho­dzi­łem do Kla­we­li, straż­nik wpu­ścił nie mnie, lecz ubiór. Pa­trzył tyl­ko na je­dwab i atłas... Za­ło­żę się, że gdy­by ka­za­no mu opi­sać moją twarz, po­dał­by co naj­wy­żej ko­lor wło­sów... Nie... nie prze­ry­waj, pani. San­wes od­wie­dzał cię co kil­ka dni, cza­sem rza­dziej, praw­da?

Alt­sin uniósł wzrok, na­po­ty­ka­jąc prze­raź­li­wie sku­pio­ne spoj­rze­nie. Mimo wszyst­ko była cór­ką Wy­so­kie­go Mia­sta. Zna­ła in­try­gi i pod­stę­py od chwi­li, gdy prze­cię­to jej pę­po­wi­nę.

– Tak.

– Prze­waż­nie wie­czo­ra­mi?

– Tak.

Nie za­ru­mie­ni­ła się, choć tro­szecz­kę na to li­czył.

– Two­ja służ­ba jest lo­jal­na?

Za to te­raz jej po­licz­ki po­krył bla­dy róż.

– Nie­któ­rzy pra­cu­ją dla mo­jej ro­dzi­ny od pię­ciu po­ko­leń, wszyst­kich znam z imie­nia i na­zwi­ska – od­po­wie­dzia­ła po­wo­li, ta­kim to­nem, jak­by wła­śnie pod­wa­żył har­mo­nię ota­cza­ją­ce­go jej po­sia­dłość ogro­du.

Alt­sin my­ślał.

– Je­śli­by... – za­czął po­wo­li, go­niąc ucie­ka­ją­cą myśl. – Je­śli­by po­ja­wił się w two­im to­wa­rzy­stwie ja­kiś dłu­go­wło­sy blon­dyn w je­dwa­biach, któ­re­go na­zy­wa­ła­byś San­we­sem... Choć­by tyl­ko raz, albo le­piej, gdy­by za­uwa­żo­no, jak je­dziesz z nim po­wo­zem, z da­le­ka, ale tak, by nie było wąt­pli­wo­ści, że to...

– Na­dal on? – pod­ję­ła. – I co po­tem?

– Zro­bisz mu wście­kłą awan­tu­rę, tak, by wi­dzie­li to świad­ko­wie, i od­pra­wisz. Ten nowy San­wes to nie może być nikt z Pon­kee-Laa, bo hra­bia mógł­by pró­bo­wać go od­na­leźć, ale mó­wi­łaś, że masz win­ni­ce i po­sia­dło­ści. Znajdź ko­goś, kto jest do nie­go po­dob­ny, niech tu przy­je­dzie tyl­ko na je­den dzień i znik­nie. Znasz ko­goś ta­kie­go? Lo­jal­ne­go i po­tra­fią­ce­go mil­czeć?

Przy­mknę­ła oczy, mię­dzy brwia­mi po­ja­wi­ła się uro­cza zmarszcz­ka.

– Znam – przy­tak­nę­ła po chwi­li. – Ale miną co naj­mniej trzy dni, za­nim do­trze do Pon­kee-Laa.

– To nic. Bądź ka­pry­śna. Gdy Ter­le­ach przy­śle po­słań­ca, ode­ślij go pod byle pre­tek­stem. Na ra­zie nie wy­ko­nał żad­ne­go ru­chu, któ­re­go po­win­naś się oba­wiać. Za­cho­wuj się, jak­by San­wes żył, a cała spra­wa cię nie do­ty­czy­ła.

– Ale on wie, że to San­wes pró­bo­wał pod­rzu­cić mu do­ku­men­ty. Ewen­net-sek-Gres mu po­wie­dział.

– Nie są­dzę. – Zło­dziej wresz­cie zła­pał ucie­ka­ją­cą myśl. – Ba­ron nie może otwar­cie po­wie­dzieć, że go znał. Hra­bia nie jest głup­cem, za­czął­by coś po­dej­rze­wać. Sek-Gres co naj­wy­żej wspo­mniał, że twarz za­ma­chow­ca wy­da­ła mu się zna­jo­ma albo że wi­dział ko­goś ta­kie­go wy­cho­dzą­ce­go z two­jej re­zy­den­cji. Nie przy­znał się, że spo­ty­kał się z San­we­sem i grał z nim w ko­ści. Je­śli bę­dziesz za­cho­wy­wać się, jak­by cała spra­wa cię nie do­ty­czy­ła...

Mil­cza­ła, przy­pa­tru­jąc mu się uważ­nie. Nie była już prze­ra­żo­ną i zde­spe­ro­wa­ną ko­bie­tą, któ­ra wzię­ła go za mor­der­cę i szan­ta­ży­stę. Miał przed sobą ary­sto­krat­kę z Wy­so­kie­go Mia­sta.

– Dla­cze­go? – rzu­ci­ła wresz­cie. – Dla­cze­go to ro­bisz? Za­ry­zy­ko­wa­łeś wię­cej, niż są­dzisz. Gdy­by nie szan­taż hra­bie­go, naj­pew­niej w ogó­le nie wszedł­byś do mo­je­go domu, a gdy­by ci się to mimo wszyst­ko uda­ło, to jako in­tru­za z Ni­skie­go Mia­sta wy­da­ła­bym cię w ręce straż­ni­ków. Na­praw­dę masz ak­cent ko­goś, kto wy­cho­wał się w por­cie. San­wes opo­wia­dał mi, że po­trze­bo­wał roku, żeby go zgu­bić, choć cza­sem wciąż za­ba­wiał mnie, na­śla­du­jąc wasz spo­sób mó­wie­nia. Wiem. – Unio­sła dłoń, gdy otwo­rzył usta. – Wiem, roz­ga­da­łam się. Cho­dzi mi o to, dla­cze­go nad­sta­wiasz gło­wę? On, wy­bacz, nie wspo­mniał o to­bie ani razu. Stąd wnio­sku­ję, że nie by­li­ście bli­ski­mi przy­ja­ciół­mi. Mam te­raz dwa wyj­ścia: po­słu­chać two­ich rad, udać, że San­wes żyje, ode­grać ko­me­dię z rzu­ce­niem ko­chan­ka i za­po­mnieć o ca­łej tej hi­sto­rii. Albo spró­bo­wać ode­grać się na ba­ro­nie. Ale mu­szę wie­dzieć, co tobą po­wo­du­je? Więc?

1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)