Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 210
Перейти на страницу:

— Olo­ha, pani.

— Aż do miej­sca, gdzie Olo­ha wpa­da do Tos. Wi­dzi­cie to mia­sto? To Nowy Nu­rot. Pięć­dzie­siąt ty­się­cy dusz i port. Do­brze za­pa­mię­ta­łam, Evi­kia­cie?

— Tak, pani. Do­sko­na­le.

— A ten port jest duży, mam ra­cję?

— Tak, pani. Duży. Tos jest spław­na nie­mal na ca­łej dłu­go­ści, a do No­we­go Nu­ro­tu mogą do­pły­wać na­wet stat­ki peł­no­mor­skie. Prze­ci­na­ją je­zio­ro Kses i że­glu­ją pod prąd. Stam­tąd to­war wę­dru­je ku­piec­ki­mi ka­ra­wa­na­mi na po­łu­dnie, wzdłuż Olo­hy i jesz­cze da­lej. Nowy Nu­rot to jed­no z naj­waż­niej­szych han­dlo­wych miast księ­stwa.

Wie­dzia­ła o tym, bo za­rów­no Su­chi, jak i Evi­kiat bez prze­rwy jej przy­po­mi­na­li, że bez han­dlu nie ma pie­nię­dzy, a bez pie­nię­dzy Ko­no­we­ryn za­wa­li się jak dom zbu­do­wa­ny bez za­pra­wy. Tru­ci­ciel miał też ra­cję, mó­wiąc, że Tos jest dla Bia­łe­go Ko­no­we­ryn tym, czym ka­mien­ne dro­gi dla Me­ekha­nu. Roz­ma­wia­li i wy­kłó­ca­li się wie­lo­krot­nie na te­mat tego, jak szyb­ko prze­rzu­cić tak zróż­ni­co­wa­ną ar­mię, jaką dys­po­no­wa­li, na dru­gi kra­niec księ­stwa. W koń­cu Su­chi przed­sta­wił jej swój po­mysł, ona go za­apro­bo­wa­ła, a te­raz tyl­ko trze­ba po­in­for­mo­wać o wszyst­kim af’ge­mi­dów.

— Olu­wer, ile mil dzien­nie mogą wę­dro­wać Ba­wo­ły?

— Pięt­na­ście, pani. W peł­nym rynsz­tun­ku.

— Im­pe­rial­na pie­cho­ta robi dwa­dzie­ścia czte­ry, a gdy trze­ba, to i trzy­dzie­ści.

Ba­wół uśmiech­nął się z uzna­niem.

— Znasz się na tym, pani.

— Je­stem Pie­śniar­ką Pa­mię­ci mo­je­go ludu. Gro­ma­dzi­my wie­dzę. Tak­że o są­sia­dach.

— Tu­taj Me­ekhań­czy­cy ro­bi­li­by nie wię­cej niż dzie­sięć mil dzien­nie. Pod na­szym słoń­cem trze­ba się za­trzy­mać przed po­łu­dniem, a ru­szyć moż­na do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem. Każ­dy Ba­wół nie­sie zbro­ję, hełm, tar­czę, włócz­nię i miecz, oprócz tego wy­po­sa­że­nie do roz­bi­cia obo­zu, ło­pa­tę, ki­lof albo sie­kie­rę, płaszcz, część na­mio­tu, drew­no na opał, wodę, żyw­ność na pięć dni, pęk rze­mie­ni albo pięć­dzie­siąt stóp do­bre­go sznu­ra.

— I sa­gan?

— Tyl­ko żoł­nie­rze spe­cjal­nie wy­bra­nej dzie­siąt­ki. Ra­zem to osiem­dzie­siąt do stu fun­tów. Nikt nie prze­ma­sze­ru­je tak ob­cią­żo­ny wię­cej niż pięt­na­ście mil dzien­nie.

— A gdy­by nie­śli po­ło­wę z tego? Lub mniej.

Kos­se Olu­wer zmarsz­czył brwi.

— Nie pój­dzie­my na woj­nę bez bro­ni. Albo bez na­mio­tów i je­dze­nia.

— Nie bę­dzie­cie mu­sie­li. — De­ana od­wró­ci­ła się do tru­ci­cie­la. — To twój po­mysł. Czyń ho­no­ry.

Męż­czy­zna zro­bił minę, jak­by wła­śnie ka­za­ła mu zjeść żywą żabę, ale po­chy­lił się nad mapą i stuk­nął w je­zio­ro.

— Dwa­dzie­ścia dwie kogi cze­ka­ją na je­zio­rze Kses i są go­to­we po­pły­nąć w górę rze­ki. Przy­go­to­wu­je­my je od mie­sią­ca. Po­ło­wa ma już peł­ne ła­dow­nie, a w nich owies dla koni, żyw­ność dla lu­dzi, pa­szę dla sło­ni, za­pa­so­we rzę­dy, tar­cze, heł­my, pan­ce­rze i broń oraz pół mi­lio­na strzał. Wła­śnie ogo­ło­ci­li­śmy z po­ci­sków całe mia­sto, choć dzię­ki temu wszy­scy grot­ni­cy w Bia­łym Ko­no­we­ryn bło­go­sła­wią nas co dnia. — W uśmie­chu Su­chie­go nie było un­cji we­so­ło­ści. — Dziś w nocy za­ła­du­je­my resz­tę rze­czy, drew­no na opał, leki, na­mio­ty, na­rzę­dzia, ma­chi­ny. A na­wet świę­te bry­tah. Pie­cho­ta ma ma­sze­ro­wać, nio­sąc tyl­ko broń, wodę i… en­tu­zjazm. Na czte­ry stat­ki wej­dzie też ty­siąc lu­dzi. Po­pły­ną przo­dem i będą od­po­wie­dzial­ni za przy­go­to­wa­nie i za­bez­pie­cze­nie obo­zów na po­po­łu­dnio­wy i noc­ny od­po­czy­nek. Dzię­ki temu nie bę­dzie­my tra­cić cza­su na ich roz­bi­ja­nie. Mniej cza­su na roz­bi­ja­nie obo­zu to wię­cej cza­su na marsz.

Kos­se Olu­wer ski­nął gło­wą, choć jego twarz po­zo­sta­ła bez wy­ra­zu. De­ana nie wie­dzia­ła, czy jest za­sko­czo­ny, zdu­mio­ny czy wście­kły. Mimo to nie rzu­cił się od razu pro­te­sto­wać, co do­brze świad­czy­ło o jego ela­stycz­no­ści.

— Czyj to plan?

— Sa­mi­ho­ra Si­we­go, do­wód­cy Rodu Ba­wo­łów. Po­wi­nie­neś o nim sły­szeć. — Tru­ci­ciel zmie­rzył wo­jow­ni­ka wzro­kiem, moc­no za­dzie­ra­jąc przy tym gło­wę. — Po­nad dwie­ście lat temu, w cza­sie wiel­kich wo­jen mię­dzy Ro­da­mi, użył tego spo­so­bu, by szyb­ko prze­rzu­cać ar­mię wzdłuż rze­ki. Dzię­ki temu po­łą­czo­ne siły Sło­wi­ków, Ba­wo­łów i Trzcin po­ko­na­ły Lwy i Żu­ra­wie. Ten wasz af’ge­mid był ge­niu­szem. Tyl­ko że on przez rok gro­ma­dził flo­tę, a my nie mamy tyle cza­su. No i zwie­rzę­ta, sło­nie, ko­nie… nie za­ła­du­je­my wszyst­kie­go na stat­ki.

— A po­tem? Za No­wym Nu­ro­tem?

— Roz­ka­zy już po­szły, mia­sto ma przy­go­to­wać dwa ty­sią­ce wo­zów. Po­nie­waż stam­tąd i tak cały czas wy­cho­dzą ka­ra­wa­ny, za­pew­nio­no nas, że nie bę­dzie pro­ble­mu. Sło­wi­ki po­wio­zą pa­szę dla koni w ju­kach. Resz­tę za­ła­du­je­my na wozy. I ma­sze­ru­je­my po chwa­łę.

— My?

Su­chi za­śmiał się.

— No, masz mnie, Ba­wo­le. Ja zo­sta­ję w pa­ła­cu. Ktoś musi pa­trzeć Evi­kia­to­wi na ręce. To ona z wami je­dzie.

Wszy­scy, łącz­nie z Va­ra­lą i Evi­kia­tem, spoj­rze­li na De­anę.

Pani Pło­mie­ni spo­koj­nie skrzy­żo­wa­ła ręce na brzu­chu, de­li­kat­nie głasz­cząc rę­ko­je­ści sza­bel.

— Nie­spo­dzian­ka.

* * *

— Nie dasz się prze­ko­nać?

Pani Pło­mie­ni wes­tchnę­ła i spoj­rza­ła na Va­ra­lę. Na­ra­da skoń­czy­ła się kil­ka mi­nut temu, ale ksią­żę­ca na­łoż­ni­ca zo­sta­ła jesz­cze w sali pod pre­tek­stem „omó­wie­nia spraw Domu Ko­biet”. De­ana mu­sia­ła przy­znać, że za­sko­czy­ło ją to, jak szyb­ko obaj af’ge­mi­dzi otrzą­snę­li się ze zdu­mie­nia, jak szyb­ko za­ak­cep­to­wa­li i plan Su­chie­go, i jej de­cy­zję. Pie­cho­ta nie bę­dzie tasz­czyć ca­łe­go wy­po­sa­że­nia na grzbie­tach i po­ma­sze­ru­je dwa razy szyb­ciej – świet­nie. Pani Pło­mie­ni, Wy­bran­ka Aga­ra sta­nie na cze­le ar­mii, by stłu­mić bunt i przy­wró­cić wła­ści­wą ko­lej rze­czy – do­sko­na­le. Przy oka­zji ta­kie roz­wią­za­nie po­zwa­la­ło unik­nąć od­po­wie­dzi na jed­no z naj­bar­dziej de­li­kat­nych py­tań, czy­li któ­re­mu z nich po­wie­rzyć do­wo­dze­nie ca­ło­ścią sił. Za­pew­ne obaj wie­rzy­li świę­cie, że De­ana nie bę­dzie ni­czym wię­cej jak sym­bo­lem, od­po­wied­ni­kiem sztan­da­ru ło­po­czą­ce­go nad gło­wa­mi wo­jow­ni­ków i za­grze­wa­ją­ce­go ich do wal­ki.

Za­ci­snę­ła zęby. To się jesz­cze zo­ba­czy.

— Na­dal mo­żesz zmie­nić zda­nie. — Va­ra­la de­li­kat­nie do­tknę­ła jej dło­ni. — Wy­star­czy, że po­czu­jesz się go­rzej z po­wo­du cią­ży.

Ta de­li­kat­ność była nie­zwy­kła u ko­goś, kto jesz­cze kil­ka dni temu pod­szczy­py­wał jej pier­si i ob­ma­cy­wał brzuch w ob­ce­so­wych ba­da­niach.

De­ana opar­ła się ca­łym cię­ża­rem cia­ła na sto­le. Przez chwi­lę wal­czy­ła z po­ku­są, by jed­nym ru­chem zmieść wszyst­kie mapy na pod­ło­gę i wa­lić pię­ścia­mi w mar­mu­ro­wy blat, aż spod pa­znok­ci po­pły­nie krew.

1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)