Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Oloha, pani.
— Aż do miejsca, gdzie Oloha wpada do Tos. Widzicie to miasto? To Nowy Nurot. Pięćdziesiąt tysięcy dusz i port. Dobrze zapamiętałam, Evikiacie?
— Tak, pani. Doskonale.
— A ten port jest duży, mam rację?
— Tak, pani. Duży. Tos jest spławna niemal na całej długości, a do Nowego Nurotu mogą dopływać nawet statki pełnomorskie. Przecinają jezioro Kses i żeglują pod prąd. Stamtąd towar wędruje kupieckimi karawanami na południe, wzdłuż Olohy i jeszcze dalej. Nowy Nurot to jedno z najważniejszych handlowych miast księstwa.
Wiedziała o tym, bo zarówno Suchi, jak i Evikiat bez przerwy jej przypominali, że bez handlu nie ma pieniędzy, a bez pieniędzy Konoweryn zawali się jak dom zbudowany bez zaprawy. Truciciel miał też rację, mówiąc, że Tos jest dla Białego Konoweryn tym, czym kamienne drogi dla Meekhanu. Rozmawiali i wykłócali się wielokrotnie na temat tego, jak szybko przerzucić tak zróżnicowaną armię, jaką dysponowali, na drugi kraniec księstwa. W końcu Suchi przedstawił jej swój pomysł, ona go zaaprobowała, a teraz tylko trzeba poinformować o wszystkim af’gemidów.
— Oluwer, ile mil dziennie mogą wędrować Bawoły?
— Piętnaście, pani. W pełnym rynsztunku.
— Imperialna piechota robi dwadzieścia cztery, a gdy trzeba, to i trzydzieści.
Bawół uśmiechnął się z uznaniem.
— Znasz się na tym, pani.
— Jestem Pieśniarką Pamięci mojego ludu. Gromadzimy wiedzę. Także o sąsiadach.
— Tutaj Meekhańczycy robiliby nie więcej niż dziesięć mil dziennie. Pod naszym słońcem trzeba się zatrzymać przed południem, a ruszyć można dopiero późnym wieczorem. Każdy Bawół niesie zbroję, hełm, tarczę, włócznię i miecz, oprócz tego wyposażenie do rozbicia obozu, łopatę, kilof albo siekierę, płaszcz, część namiotu, drewno na opał, wodę, żywność na pięć dni, pęk rzemieni albo pięćdziesiąt stóp dobrego sznura.
— I sagan?
— Tylko żołnierze specjalnie wybranej dziesiątki. Razem to osiemdziesiąt do stu funtów. Nikt nie przemaszeruje tak obciążony więcej niż piętnaście mil dziennie.
— A gdyby nieśli połowę z tego? Lub mniej.
Kosse Oluwer zmarszczył brwi.
— Nie pójdziemy na wojnę bez broni. Albo bez namiotów i jedzenia.
— Nie będziecie musieli. — Deana odwróciła się do truciciela. — To twój pomysł. Czyń honory.
Mężczyzna zrobił minę, jakby właśnie kazała mu zjeść żywą żabę, ale pochylił się nad mapą i stuknął w jezioro.
— Dwadzieścia dwie kogi czekają na jeziorze Kses i są gotowe popłynąć w górę rzeki. Przygotowujemy je od miesiąca. Połowa ma już pełne ładownie, a w nich owies dla koni, żywność dla ludzi, paszę dla słoni, zapasowe rzędy, tarcze, hełmy, pancerze i broń oraz pół miliona strzał. Właśnie ogołociliśmy z pocisków całe miasto, choć dzięki temu wszyscy grotnicy w Białym Konoweryn błogosławią nas co dnia. — W uśmiechu Suchiego nie było uncji wesołości. — Dziś w nocy załadujemy resztę rzeczy, drewno na opał, leki, namioty, narzędzia, machiny. A nawet święte brytah. Piechota ma maszerować, niosąc tylko broń, wodę i… entuzjazm. Na cztery statki wejdzie też tysiąc ludzi. Popłyną przodem i będą odpowiedzialni za przygotowanie i zabezpieczenie obozów na popołudniowy i nocny odpoczynek. Dzięki temu nie będziemy tracić czasu na ich rozbijanie. Mniej czasu na rozbijanie obozu to więcej czasu na marsz.
Kosse Oluwer skinął głową, choć jego twarz pozostała bez wyrazu. Deana nie wiedziała, czy jest zaskoczony, zdumiony czy wściekły. Mimo to nie rzucił się od razu protestować, co dobrze świadczyło o jego elastyczności.
— Czyj to plan?
— Samihora Siwego, dowódcy Rodu Bawołów. Powinieneś o nim słyszeć. — Truciciel zmierzył wojownika wzrokiem, mocno zadzierając przy tym głowę. — Ponad dwieście lat temu, w czasie wielkich wojen między Rodami, użył tego sposobu, by szybko przerzucać armię wzdłuż rzeki. Dzięki temu połączone siły Słowików, Bawołów i Trzcin pokonały Lwy i Żurawie. Ten wasz af’gemid był geniuszem. Tylko że on przez rok gromadził flotę, a my nie mamy tyle czasu. No i zwierzęta, słonie, konie… nie załadujemy wszystkiego na statki.
— A potem? Za Nowym Nurotem?
— Rozkazy już poszły, miasto ma przygotować dwa tysiące wozów. Ponieważ stamtąd i tak cały czas wychodzą karawany, zapewniono nas, że nie będzie problemu. Słowiki powiozą paszę dla koni w jukach. Resztę załadujemy na wozy. I maszerujemy po chwałę.
— My?
Suchi zaśmiał się.
— No, masz mnie, Bawole. Ja zostaję w pałacu. Ktoś musi patrzeć Evikiatowi na ręce. To ona z wami jedzie.
Wszyscy, łącznie z Varalą i Evikiatem, spojrzeli na Deanę.
Pani Płomieni spokojnie skrzyżowała ręce na brzuchu, delikatnie głaszcząc rękojeści szabel.
— Niespodzianka.
* * *
— Nie dasz się przekonać?
Pani Płomieni westchnęła i spojrzała na Varalę. Narada skończyła się kilka minut temu, ale książęca nałożnica została jeszcze w sali pod pretekstem „omówienia spraw Domu Kobiet”. Deana musiała przyznać, że zaskoczyło ją to, jak szybko obaj af’gemidzi otrząsnęli się ze zdumienia, jak szybko zaakceptowali i plan Suchiego, i jej decyzję. Piechota nie będzie taszczyć całego wyposażenia na grzbietach i pomaszeruje dwa razy szybciej – świetnie. Pani Płomieni, Wybranka Agara stanie na czele armii, by stłumić bunt i przywrócić właściwą kolej rzeczy – doskonale. Przy okazji takie rozwiązanie pozwalało uniknąć odpowiedzi na jedno z najbardziej delikatnych pytań, czyli któremu z nich powierzyć dowodzenie całością sił. Zapewne obaj wierzyli święcie, że Deana nie będzie niczym więcej jak symbolem, odpowiednikiem sztandaru łopoczącego nad głowami wojowników i zagrzewającego ich do walki.
Zacisnęła zęby. To się jeszcze zobaczy.
— Nadal możesz zmienić zdanie. — Varala delikatnie dotknęła jej dłoni. — Wystarczy, że poczujesz się gorzej z powodu ciąży.
Ta delikatność była niezwykła u kogoś, kto jeszcze kilka dni temu podszczypywał jej piersi i obmacywał brzuch w obcesowych badaniach.
Deana oparła się całym ciężarem ciała na stole. Przez chwilę walczyła z pokusą, by jednym ruchem zmieść wszystkie mapy na podłogę i walić pięściami w marmurowy blat, aż spod paznokci popłynie krew.