Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Z samego rana okazało się, że nowiutka kuchenka, kupiona przez nas po opuszczeniu Sambie, nie działa. Gdyby nie Yul, do końca podróży żywilibyśmy się już tylko zimnymi batonikami energetycznymi, ale on z dyskretnie triumfującą miną zaprzągł do pracy swoją huczącą baterię palników przemysłowych i przyrządził ogromniaste śniadanie. Gnel, mimo że rozdrażniony, przyglądał mu się z niekłamaną dumą, jakby chciał powiedzieć: No proszę, patrzcie, jakie wspaniałe jednostki potrafimy wydać, jeśli tylko przestaną wierzyć w naszą religię.
Korzystając z pustki na drodze, poszedłem do Yula na lekcję prowadzenia aportu. Przez ten czas Cord rozebrała kuchenkę, zdiagnozowała problem (zatkana dysza) i doszła do wniosku, że winę za usterkę ponosi lepka frakcja paliwa, która wytrąciła się z niego w mroźną noc.
— Dąsasz się — powiedziała chwilę później.
Zdałem sobie sprawę, że faktycznie trzymam się na uboczu. Ona i Yul rozmawiali, a ja nie miałem pojęcia o czym.
— O co chodzi? — zapytała.
— Po prostu nie mieści mi się w głowie, że w naszych czasach ciągle są problemy z paliwem chemicznym.
— Przepraszam, powinniśmy byli kupić lepsze.
— Nie w tym rzecz. Nie masz za co przepraszać. Chodziło mi o to, że ta kuchenka jest wytworem praksis, która liczy sobie cztery tysiące lat!
— Tak jak ten aport i wszystko, co się w nim znajduje… — odparła zaskoczona Cord.
— Zaraz, zaraz! — przerwał jej Yul z udawaną pretensją.
Cord prychnęła, przewróciła oczami i znów spojrzała na mnie.
— Wszystko poza twoją sferą — poprawiła się. — Co z tego?
— Rzadko o tym myślę, pewnie dlatego, że tam, gdzie mieszkam, w zasadzie nie stykam się z praksis, ale w takich chwilach jak teraz absurdalność sytuacji wali mnie jak obuchem w łeb. Nie rozumiem, po co męczymy się z takim złomem: kuchenka na niebezpieczne i niepewne paliwo chemiczne, z dyszą, która może się zatkać. Przez cztery tysiąclecia nie wymyśliliśmy nic lepszego?
— A czy taką lepszą kuchenkę też umiałabym rozłożyć i naprawić?
— Nie musiałabyś, bo ona by się nie psuła.
— Pytam, czy rozumiałabym, jak działa.
— Jesteś taką osobą, że gdybyś się uparła, zrozumiałabyś każde urządzenie.
— Pochlebiasz mi, Ras, ale już drugi raz nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
— No dobrze, rozumiem. Pytasz, czy przeciętny człowiek potrafiłby zrozumieć funkcjonowanie takiej…
— Nie wiem, kto to jest „przeciętny człowiek”, ale spójrz na Yula. Sam zrobił swoją kuchenkę. Prawda, Yul?
Yul nie był zachwycony, że dzięki Cord rozmowa nagle zeszła na niego, ale nie zaprotestował. Spuścił wzrok i skinął głową.
— Ano prawda. Kupiłem palniki od złomiarzy. Zespawałem ramę.
— I działa — dodała Cord.
— Wiem. — Poklepałem się po brzuchu.
— System działa! — żachnęła się Cord.
— Jaki system?
Zaczynała tracić cierpliwość.
— No… ten…
— Antysystem — odparł Yul. — Brak systemu.
— Yul wie, że takie kuchenki są zawodne. — Cord ruchem głowy wskazała zepsutą maszynkę. — Wie z doświadczenia.
— Gorzkiego doświadczenia, moja panno! — wtrącił Yul.
— Spotkał złomiarzy, którzy z ruin na dalekiej północy przywieźli lepsze palniki. Potargował się, kupił, palniki podrasował… I od tamtej pory pewnie stale coś w nich ulepsza.
— Dwa lata trwało, zanim zaczęły chodzić tak jak powinny — przyznał Yul.
— Wszystko to byłoby niemożliwe, gdyby trafił na technologię, której nie rozumie nikt poza deklarantami — dodała Cord.
— W porządku, niech wam będzie — odpuściłem.
Nie było sensu kontynuować tego sporu. My, teorowie, którzy przy Rekonstrukcji wycofaliśmy się (lub, w zależności od preferowanej wizji historii, zostaliśmy zapędzeni) do matemów, posiedliśmy moc zmieniania świata fizycznego za pomocą praksis. Zwykłym ludziom nasze zmiany się podobały, ale tylko do pewnego momentu. Im bardziej skomplikowana stawała się nasza praksis, tym słabiej ją rozumieli i tym bardziej uzależniali się od nas — a to im wcale nie odpowiadało.
Cord dość długo wykładała Yulowi, co wie o Kuzynach, i relacjonowała mu naszą podróż z Saunta Edhara przez Sambie do Norslofu. Yul słuchał jej całkiem spokojnie, co działało mi na nerwy. Miałem ochotę złapać go za ramiona, potrząsnąć i sprawić, żeby zobaczył, że ma do czynienia z faktem wagi kosmicznej, najważniejszym wydarzeniem w historii. Tymczasem on słuchał słów Cord z taką miną, jakby opowiadała o wymianie przebitej opony w drodze do pracy. Może przewodnicy górscy mieli po prostu taki zwyczaj: kiedy ludzie przybiegali do nich z niepokojącymi wieściami, zachowywali udawany, nienaturalny spokój.
Tak czy inaczej, dało mi to okazję do pociągnięcia tematu kuchenki w sposób, który nie zirytuje Cord. Poczekałem na chwilę przerwy w rozmowie i wtrąciłem się:
— Rozumiem, dlaczego komuś może bardziej odpowiadać kuchenka, którą potrafi rozebrać na części i zrozumieć. I zazwyczaj mi to nie przeszkadza. Zazwyczaj. Tylko że teraz sytuacja nie jest zwyczajna. Jeżeli okaże się, że Kuzyni mają wrogie zamiary, jak im się przeciwstawimy? Wygląda na to, że przybywają ze świata, w którym nie było Rekonstrukcji.
— Z dyktatury teorów — powiedział Yul.
— To nie musi być dyktatura! Gdybyś znał teorów osobiście, wiedziałbyś, że nie potrafiliby się tak zorganizować.
Ale Cord przyznała rację Yulowi.
— Kiedy jakaś nacja buduje takie statki, to nazywaj ją jak chcesz, ale faktycznie jest dyktaturą. Sam powiedziałeś, że do tego potrzeba zasobów całej planety. Jak myślisz, w jaki sposób budowniczowie zdobyli te zasoby?
Cord i ja mieliśmy zwykle zbliżone poglądy na większość spraw i rzadko przeszkadzał nam fakt, że ona jest statystką, a ja deklarantem. Dlatego kiedy teraz wystąpiła przeciwko mnie, zasmuciło mnie to bardziej, niż się spodziewałem. Nie kontynuowałem dyskusji. Podczas niekończących się przejazdów jedno — czy dwugodzinne przerwy w rozmowach nie były niczym nadzwyczajnym.
Zresztą co innego zwróciło moją uwagę: Cord zachowywała się zupełnie inaczej, odkąd pojawił się Yul. Rozumieli się bez słów. Cokolwiek się między nimi działo, nie byłem tego częścią — i byłem zazdrosny.
Przejechaliśmy przez kolejne ruiny miasta, podobnie „płytkie” jak te z poprzedniego dnia i podobnie ogołocone.
— Praksis, jaką dysponują Kuzyni, nie jest taka znowu nadzwyczajna — stwierdziłem. — Nie widzieliśmy na tym statku nic, co nie mogłoby powstać w naszej własnej Epoce Praksis. Dlatego wydaje mi się, że potrafilibyśmy zbudować broń, która mogłaby go unieszkodliwić.