Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 253
Перейти на страницу:

Cord uśmiechnęła się i napięcie zelżało.

— Mówisz jak fraa Jaad! — stwierdziła z oczywistym rozczuleniem. Nade mną.

— Naprawdę? — Słyszałem, jak słabnie zbolała nuta w moim głosie. — Co takiego powiedział?

Całkiem nieźle naśladowała burkliwy głos fraa Jaada:

— „Układy elektryczne ich statku można by unieszkodliwić za pomocą impulsu superhipercośtam”. Na co Lio wtrącił: „Wybacz, fraa Jaad, ale nie wiemy, jak go wygenerować”. „To proste”, powiedział fraa Jaad. „Wystarczy zbudować matrycę induktorów jakiegoś tam pola”. „Za przeproszeniem, fraa Jaad, dziś nikt już nie interesuje się tą teoryką. Nadrobienie zaległości w tej dziedzinie wymagałoby trzydziestu lat studiów”. I tak dalej.

Parsknąłem śmiechem, ale dokonawszy pospiesznych rachunków w pamięci, stwierdziłem:

— Pewnie właśnie dojeżdżają do Tredegarha. Może już nawet zaczęli dyskutować o budowie tych induktorów.

— Mam nadzieję!

— Podejrzewam, że państwo sekularne dysponuje mnóstwem informacji na temat Kuzynów, które dotychczas przed nami ukrywało. Nie zdziwiłbym się, gdyby wysłali już na orbitę kogoś, kto z nimi rozmawiał! I założę się, że przekażą te informacje fraa i suur zgromadzonym na konwoksie. Żałuję, że nie mogę tam być, mam już dość tego, że nic nie wiem. Zamiast jechać na konwoks, pomagam fraa Jaadowi zrozumieć, po co odrzutek postanowił odwiedzić siedemsetletnie wykopaliska.

W geście bezradności uderzyłem pięścią w deskę rozdzielczą.

— Ej! — zawołał Yul z udawanym oburzeniem. Zamachnął się, udając, że chce mi dać kuksańca.

— Chyba tak to już jest, jeśli jest się pionkiem — dodałem.

— Twoja wizja konwoksu wydaje mi się bardzo romantyczna — powiedziała Cord. — I nadmiernie optymistyczna. Pamiętasz pierwszy dzień podróży, kiedy przy hali maszyn próbowaliśmy rozsadzić siedemnaście osób w sześciu pojazdach?

— Jakby to było dzisiaj.

— Konwoks wygląda podobnie, tylko tysiąc razy gorzej.

— Chyba że mają tam kogoś takiego jak ja — wtrącił Yul. — Powinniście zobaczyć, jak upycham siedemnastu turystów na czterech tratwach.

— Ponieważ Yula nie ma w Tredegarhu, nic nie tracisz — zapewniła mnie Cord. — Wyluzuj i ciesz się jazdą.

— No dobrze. — Roześmiałem się. — Wygląda na to, że jesteś lepszą znawczynią charakterów niż ja.

— Tak? — zdziwił się Yul. — To czego ode mnie chce?

Podczas podróży często wymienialiśmy się miejscami w pojazdach — wszyscy poza Gnelem, który nie ruszał się ze swojego aportu. Czasem tylko pozwalał Sammannowi go prowadzić. Kiedy następnego dnia przez dłuższy czas jechaliśmy z Cord sami, tylko we dwoje, poinformowała mnie, że Yul jest jej chłopakiem, a ona jego dziewczyną.

— Aha… — mruknąłem. — Teraz rozumiem, czemu tyle czasu zajmuje wam wspólne „zbieranie drewna”.

Nie chciałem być nieprzyjemny, starałem się po prostu naśladować cięte uwagi, którymi Cord i Yul przerzucali się z taką swobodą. Cord się jednak zawstydziła, a ja zrozumiałem, że posunąłem się za daleko.

— Wiesz co? — zagadnąłem, po omacku szukając czegoś mądrego do powiedzenia. — Teraz, jak mi o tym powiedziałaś, mam wrażenie, że to wam było pisane. A ja nie od razu się zorientowałem, bo wydawało mi się, że chodzisz z Roskiem.

Cord powiedziała, że to głupie.

— Pamiętasz, jak z nim rozmawiałam przez piszczek?

— Pamiętam…

— No więc wtedy właśnie zrywaliśmy ze sobą.

— Wybacz, Cord, nie lubię wchodzić w rolę pedantycznego deklaranta, ale, chcąc nie chcąc, słyszałem twoją połowę tych rozmów i nie przypominam sobie, żeby padło tam chociaż jedno słowo na temat zerwania.

Spojrzała na mnie jak na wariata.

Podniosłem ręce w pojednawczym geście.

— Chcę tylko powiedzieć, że nie miałem pojęcia, co się dzieje.

— Ja też.

— Myślisz, że…

Zamierzałem zapytać, czy myśli, że Rosk wie, ale w przebłysku geniuszu zdałem sobie sprawę, że to by było samobójstwo. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Cord w dość niestandardowy sposób traktuje ważne związki międzyludzkie, ale kiedy przypomniałem sobie, jak ułożyło mi się z Alą, doszedłem do wniosku, że nie mam prawa jej krytykować.

Zdumiewająco rzadko rozmawialiśmy o naszej rodzinie, którą dzieliliśmy przed moim „pójściem do zegara”. Jednakże nawet po zdawkowych wymianach zdań na jej temat nie mogłem się nadziwić, jak obrotni potrafią być ludzie w uprzykrzaniu sobie nawzajem życia — obojętne, czy chodziło o bliskich, czy o gromadę obcych, z którymi zostali zamknięci w koncencie. Czasem, kiedy słuchałem Cord, miałem wrażenie, że wiedzą, doświadczeniem i cynizmem w tych kwestiach dorównuje osiemdziesięcioletnim staruchom. Nie mogłem się opędzić od myśli, że w którymś momencie po prostu się poddała i postanowiła poświęcić resztę życia na zgłębianie tajników rzeczy dających się zrozumieć i naprawić — takich jak maszyny. Przestałem się też dziwić, że nie łamie sobie zbyt długo głowy nad sprawami, których nie jest w stanie pojąć — tak jak to, dlaczego nagle stała się dziewczyną Yula.

* * *

Dopóki klimat był cieplejszy, cywilizacje przez kilka tysięcy lat przelewały się po tej polodowcowej równinie w tę i z powrotem, jak muł na sicie poszukiwacza złota, tworząc zaspy zabudowań, które trwały jeszcze długo po odejściu budowniczych. Przez milenia w każdym dowolnie wybranym momencie mieszkał tu miliard ludzi, dziś jednak liczba ta skurczyła się do kilkudziesięciu tysięcy. Ile ciał zostało tu pogrzebanych? Ile prochów rozsypanych? Dziesięć miliardów? Dwadzieścia? Pięćdziesiąt? Biorąc pod uwagę, że wszyscy używali elektryczności — ile mil drutu miedzianego wpleciono w mury ich domów i przeprowadzono pod ulicami? Ile roboczogodzin zużyto na przeciągnięcie i umocowanie tych przewodów? Jeżeli co tysięczny mieszkaniec był elektrykiem, rozpięcie sieci elektrycznej wymagało miliarda roboczolat. Potem, gdy nadeszło ochłodzenie i cywilizacje w ciągu kilkuset lat — poruszając się z szybkością lodowców — wycofały się na południe, poczęli napływać złomiarze, gotowi cofnąć dorobek miliarda roboczolat godzina po godzinie, wyszarpać niezliczone mile drutów jard po jardzie. Zawodowi odzyskiwacze, działający na skalę przemysłową, szybko uporali się z wydobyciem dziewięćdziesięciu procent miedzi. Widziałem zdjęcia fabryczek, które — osadzone na czołgowych gąsienicach — przewalały się po dalekiej północy, pochłaniając całe kwartały domów naraz. Traktowały zrujnowaną tkankę miejską w taki sam sposób, jak zrobotyzowany kombajn górniczy traktuje zasobne w rudę pagórki: miażdżyły budynki i sortowały szczątki według grubości. Pierwsze ruiny, które zobaczyliśmy na naszej drodze, były po prostu odchodami tych wielkich maszyn.

Ręczny odzysk był o wiele bardziej kosztowny. Ze słów innych ludzi wnioskowałem, że jego intensywność zależała od warunków na światowych rynkach. Kiedy jakaś kraina przeżywała okres prosperity, zapotrzebowanie na metale i ich ceny rosło tak bardzo, że górnikom opłacało się zapuszczać do głębokich ruin — daleko rozsianych starych miast, do których fabryki na gąsienicach nigdy nie dotarły — i wydobywać z nich to co najcenniejsze: miedziany drut, stalowe dźwigary, instalacje hydrauliczne i co tam jeszcze było w cenie. Łup zmierzał ku drodze, którą przemierzaliśmy nerwowymi skokami, od jednego miasteczka w tundrze do drugiego. Burze śnieżne i bandy arktycznych piratów spowalniały czasem jego ruch, ale w końcu docierał do drogi, gdzie ładowano go na rozklekotane drumony, składające się w siedemdziesięciu pięciu procentach z rdzy spojonej lodem i kostropatą otuliną brudnego śniegu, i dla bezpieczeństwa łączące się w karawany. Nie mieliśmy szans ich wyprzedzić, ale poruszały się wystarczająco szybko dla naszych celów, a kiedy się orientowały, że jesteśmy pielgrzymami, a nie piratami, dodatkowo mogliśmy się przy nich czuć bezpieczniej, jak zwierzęta w stadzie. Zachowywaliśmy bezpieczny dystans, żeby mieć możliwość manewru, kiedy jakaś powyginana rura albo kłąb drutu zwalą się nagle na jezdnię, ale przednia szyba i tak z czasem zarastała tryskającym spod ich kół zmrożonym błockiem. Musieliśmy otwierać boczne okna i przecierać ją szmatami na kijach — do czasu, aż trzeciego dnia szmaty zamarzły na kamień. Nauczyliśmy się więc trzymać włączoną kuchenkę i grzać na niej wodę w garnku, żeby na bieżąco je rozmrażać. Przez otwarte okna patrzyliśmy na mijane ruiny. Nauczyliśmy się rozpoznawać ich wiek po rodzaju zastosowanych fortyfikacji: silosy rakietowe, trzymilowe pasy startowe, mury kurtynowe, kamienne szańce, akry zasieków z drutu kolczastego, zapory z modyfikowanych genetycznie ciernistych drzew, a wszystko w mniejszym lub większym stopniu poniszczone przez złomiarzy.

1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)