Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Odkąd się przeprowadziły, pani poweselała, zaczęła dbać o stroje. Wstawała wcześnie, jadła trochę więcej, dużą część dnia spędzała na mieście, była rozmowniejsza. Mówiła o podróży: do Meksyku, pojedzie do Meksyku, Amalio, nigdy nie wróci. Panienka Queta odwiedzała ją, a Amalia, siedząc w zasmrodzonej kuchni, słyszała, jak rozmawiały, dzień i noc o tym samym: wyjedzie, pojedzie za granicę. Pewno naprawdę pojedzie, myślała Amalia, tak, wyjedzie, i robiło jej się smutno. Dla ciebie zrobiłam z siebie nie wiadomo co, mówiła macając sobie brzuch, o wszystko płaczę, wszystko mnie martwi, to przez ciebie jestem teraz taka głupia. A kiedy pani wyjedzie, proszę pani? Już niedługo, Amalio. Ale panienka Queta nie brała tego zbyt poważnie, Amalia słyszała: nie łudź się, Hortensjo, nie myśl, że ci tak łatwo pójdzie, coraz bardziej grzęźniesz. To było dziwne, o co, o co chodziło? Zapytała o to panienkę Quete, a ona powiedziała kobiety są głupie, Amalio: wzywa ją, bo potrzebuje forsy, a ta idiotka Hortensja mu ją zawiezie i kiedy on złapie trochę grosza, znów ją rzuci. Pan Lucas, panienko? Jasne, a kto. Amalia mało nie zemdlała. To pani ma jechać do niego? Rzucił ją, okradł, a ona do niego? Ale już nie mogła dużo myśleć o pani ani o niczym, bardzo źle się czuła. Za pierwszym razem nie czuła takiego zmęczenia ani takiej strasznej ociężałości: spała rano i po południu, a jak wracała z zakupów, musiała się położyć. Przyniosła sobie stołeczek do kuchni i gotowała siedząc. Zrobiłaś się bardzo gruba, myślała.
Było lato, Ambrosio musiał odwieźć państwa Zavala do Ancón i Amalia widywała go tylko co drugą niedzielę. A może Ancón to było zwykłe kłamstwo, pretekst, żeby coraz rzadziej się z nią spotykać? Bo znów był jakiś dziwny. Amalia poszła na spotkanie w alei Arenales, tyle miała mu do powiedzenia, a tu jakby kubeł zimnej wody. Więc pani ma zamiar wyjechać do Meksyku? aha; do tego swojego alfonsa? ach tak; więc to nowe mieszkanie takie małe? co ty powiesz. Nie słuchasz mnie, ależ słucham, o czym myślisz, o niczym. Co tam, myślała Amalia, już go nie kocham. Ciotka jej powiedziała jak pani wyjedzie, to przyjdź tutaj, pani Rosario kiedyś mówiła jakbyś została bez dachu nad głową, to tutaj jest twój dom, i Gertrudis tak samo. Jeśli żałujesz swojej obietnicy, to lepiej zapomnij o niej i nie rób takiej miny, powiedziała mu któregoś dnia, ja cię o nic nie prosiłam. A on zdziwiony: jakiej obietnicy? Że będziemy razem, powiedziała na to. I on: ach, o to ci chodzi, nie martw się, Amalio. No i jak mogła być dla niego miła, na nowo zbliżyć się do niego. Jednej niedzieli liczyła wszystkie słowa, które Ambrosio powiedział, i nie doliczyła nawet do stu. Czy czekał, aż urodzi dziecko, i dopiero wtedy miał zamiar ją rzucić? Nie, przedtem ona sama go rzuci. Poszuka sobie jakiegoś domu, gdzie by ją przyjęli do pracy, i więcej go nie zobaczy, jaka słodka będzie zemsta, kiedy on przyjdzie i z płaczem będzie prosił o przebaczenie: precz, nie potrzeba mi ciebie, wynoś się.
Ciągle grubiała, a pani ciągle mówiła o podróży, ale kiedy miała zamiar wyjechać? Jeszcze dokładnie nie wiedziała, ale już niedługo, Amalio. Któregoś wieczora usłyszała, jak się głośno kłócą z panienką Queta. Tak ją wszystko bolało, że już się nawet nie podniosła, żeby podglądać: tyle wycierpiałam, wszyscy ją kopali, nie mam powodu, żeby kogokolwiek oszczędzać. Sparzysz się, mówiła panienka, uważaj, wariatko, bo dopiero teraz naprawdę dostaniesz kopniaka. Kiedyś rano wracając z targu zobaczyła przed bramą samochód: to był Ambrosio. Podeszła myśląc co też mi powie, ale on położył palec na ustach: psst, nie idź na górę, odejdź stąd. Don Fermín był właśnie u pani. Odeszła kawałek i usiadła na skwerku za rogiem: on się nigdy nie zmieni, całe życie będzie miał te ataki strachu. Nienawidziła go, miała go dość, Trinidad był tysiąc razy lepszy. Kiedy zobaczyła, że samochód odjeżdża, poszła do domu, a pani była zła jak dzika kocica. Zrzędziła, paliła papierosy, potrącała krzesła, na widok Amalii no co tu robisz, czego się gapisz jak kretynka, idź do kuchni. Rozżalona zamknęła się w swojej służbówce. Nigdy mi nie wymyślałaś, mówiła sobie. W końcu usnęła. Kiedy potem weszła do stołowego, pani nie było. Wróciła pod wieczór i bardzo żałowała, że krzyknęła na Amalię. Byłam zdenerwowana, Amalio, jeden skurwysyn tak ją rozgniewał. Niech Amalia się kładzie spać, już mi nie dawaj kolacji.
W tym tygodniu czuła się coraz gorzej. Pani całe dni spędzała na mieście albo siedziała w swoim pokoju i mówiła sama do siebie, bardzo rozzłoszczona. W czwartek rano Amalia pochyliła się, żeby podnieść wyżymaczkę, i poczuła, że wszystkie kości jej pękają, i upadła na podłogę. Starała się podnieść, ale nie mogła. Doczołgała się do telefonu: to już, to już, panienko, a pani nie ma, chwyciły ją bóle, nogi miała całkiem mokre, umieram. Minęły wieki, zanim przyszła pani z panienką, zobaczyła je jak przez sen. Niemal na rękach zniosły ją ze schodów, wsadziły do samochodu i zawiozły do szpitala: nie bój się, jeszcze się tak zaraz nie urodzi, one do niej przyjdą, odwiedzą ją, no już, no cicho, Amalio. Bóle były bardzo częste i ten zapach terpentyny przyprawiał o mdłości. Chciała się modlić i nie mogła, myślała, że umiera. Położyli ją na łóżku, a jakaś starucha z kosmatą szyją zdjęła z niej ubranie i pokrzykiwała na nią. Przyszedł jej na myśl Trinidad, a tymczasem czuła, jak mięśnie jej się rozrywają, a ostrze noża tnie gdzieś pomiędzy plecami a brzuchem.
Kiedy się obudziła, całe jej ciało było jak rana, a w brzuchu jakby jej płonęły węgle. Nie miała siły krzyknąć, pomyślała już umarłam. Coś jej zatykało gardło, jakby jakieś chłodne kule, i nie mogła zwymiotować. Po jakimś czasie dotarło do niej, że leży w sali zastawionej łóżkami, zaczęła dostrzegać twarze kobiet, a nad głową wysoki i brudny sufit. Trzy dni przespałaś, powiedziała jej sąsiadka z prawej: karmili cię przez rurkę. To cud, że przeżyłaś, powiedziała pielęgniarka, i twoja córeczka też. A kiedy przyszedł doktor: proszę uważać, nie powinno być więcej dzieci, dokonałem cudu, ale taka sztuka tylko raz się udaje. Potem jedna bardzo dobra zakonnica przyniosła jej małe poruszające się zawiniątko: malutka, z włosami jak puszek, jeszcze nawet nie otwierała oczek. Ból minął, pragnienie minęło i usiadła na łóżku, żeby nakarmić dziecko. Poczuła łaskotanie w piersiach i zaczęła się śmiać jak wariatka. Nie masz rodziny? powiedziała sąsiadka z lewej, a ta z prawej: dobrze, że żyjesz, bo te bez rodziny to grzebią we wspólnym grobie. Czy nikt do niej nie przychodził? Nie. Nie przychodziła jedna pani, co ma bardzo białą cerę i czarne włosy, i takie wielkie oczy? Nie. A wysoka panienka, przystojna, z rudymi włosami, też nie przychodziła? Nie, nikogo nie było. Ale jak to, ale dlaczego. Nawet nie zadzwoniły, nawet nie zapytały o nią? Więc tak z nią postąpiły, wyrzuciły ją i nawet nie przyszły, nawet nie zapytały? Ale nie była zła, nawet się nie zmartwiła. Łaskotki przebiegały po całym jej ciele, a mały tłumoczek coraz mocniej ssał, chciał jeszcze. Więc nie przychodziły? i skręcała się ze śmiechu: już się nacmoktałaś, już więcej nie ma, ty głupiątko.