Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Co to takiego? — spytał.
Cuale znowu się ukłonił.
— Zaproszenia, ma się rozumieć, mój panie. Z trzech szlacheckich domów.
— Kto mógłby mi przysyłać zaproszenia? — Rand obrócił zwoje w dłoniach. Żaden z gości siedzących przy stołach nie podniósł wzroku, Rand miał jednak uczucie, że i tak go obserwują. Pieczęcie nie były mu znajome. Żadna nie przedstawiała półksiężyca i gwiazd, których używała Selene. — Kto mógł się dowiedzieć, że tu jestem?
— Do tego czasu wszyscy, lordzie Rand — cicho odparł Hurin. Najwyraźniej on też czuł obserwujące go oczy. — Strażnicy przy bramie nie trzymają w tajemnicy przybycia do Cairhien cudzoziemskiego lorda. Stajenny, karczmarz... wszyscy mówią to, co wiedzą, wszędzie tam, gdzie ich zdaniem to może im się najbardziej przydać, mój panie. Krzywiąc się, Rand zrobił dwa kroki i cisnął zaproszenia do kominka. Natychmiast ogarnęły je płomienie.
— Nie bawię się w Daes Dae’mar — oświadczył tak głośno, by wszyscy to usłyszeli. Nawet Cuale na niego nie spojrzał. — Nie mam nic wspólnego z waszą Wielką Grą. Czekam tu tylko na swoich przyjaciół.
Hurin złapał go za ramię.
— Proszę, lordzie Rand. — Mówił błagalnym szeptem. — Proszę, nie rób tego więcej.
— Więcej? Naprawdę myślisz, że dostanę następne?
— Jestem pewien. Światłości, na twój widok przypomina mi się, jak Teva tak się wściekł z powodu szerszenia, który brzęczał mu nad uchem, że kopnął gniazdo. Najprawdopodobniej właśnie przekonałeś wszystkich w tej izbie, że jesteś mocno zaangażowany w grę. W ich oczach owo zaangażowanie musi być naprawdę wielkie, skoro zapierasz się swego w nim udziału. W niej uczestniczą wszyscy lordowie i wszystkie damy w Cairhien. — Węszyciel zerknął na zaproszenia, już pokarbowane czernią przez płomień i skrzywił się. — I z pewnością narobiłeś sobie wrogów w trzech domach. Nie są to znaczące rody, bo inaczej nie działałyby tak szybko, ale bez wątpienia zacne. Będziesz musiał odpowiedzieć na wszystkie inne zaproszenia, jakie otrzymasz, mój panie. Odmów, jeśli chcesz, ale oni będą się czegoś dopatrywali w zaproszeniach, które odrzucisz. A także w tych, które przyjmiesz. Oczywiście, jeśli odmówisz wszystkim, albo wszystkie przyjmiesz...
— Nie będę brał w tym udziału — cicho powiedział Rand. — Wyjedziemy z Cairhien, najszybciej jak się da.
Wepchnął zaciśnięte w pięści dłonie do kieszeni kaftana, poczuł, że gniecie list od Selene. Wyciągnął go i rozprostował, używając przodu kaftana jako podkładki.
— Jak tylko się da — mruknął, chowając list z powrotem do kieszeni. — Możesz teraz się napić, Hurin.
Gniewnie wycofał się z izby, niepewny, czy czuje gniew na samego siebie, na Cairhien i Wielką Grę, na Selene za jej zniknięcie czy wreszcie na Moiraine. To ona wszystko zaczęła, kradnąc mu kaftany i ofiarowując w zamian strój lorda. Nawet teraz, gdy uznał, że uwolnił się od Aes Sedai, znowu jakiejś udało się dokonać ingerencji w jego życie i na dodatek wcale nie musiała być tu, na miejscu.
Wyszedł z miasta tą samą bramą, którą do niego wjechał, bo tylko tę drogę znał. Mężczyzna stojący przed wartownią zauważył go — jaskrawym kaftanem, a także wzrostem odróżniał się mocno od mieszkańców Cairhien — i pośpiesznie wbiegł do środka, natomiast Rand nie zwrócił na niego uwagi. Ciągnęły go śmiech i muzyka podgrodzia.
O ile czerwony kaftan haftowany złotem sprawiał, że rzucał się w oczy w obrębie murów miasta, o tyle do podgrodzia pasował znakomicie. Wielu ludzi, połowa mniej więcej, kłębiących się na tłocznych ulicach, odzianych było równie buro jak ci z miasta, lecz inni ubrali się w kaftany czerwonej, niebieskiej, zielonej albo złotej barwy — niektóre tak jaskrawe, że ujść mogły za odzienie druciarzy — natomiast zdecydowana większość kobiet miała haftowane suknie i kolorowe przepaski albo szale. Stroje przeważnie były podarte i źle dopasowane, jakby pierwotnie uszyto je na inne osoby, o ile jednak niektórzy z noszących je lustrowali wzrokiem jego wspaniały kaftan, nikt nie zdawał się patrzeć nań krzywo.
Raz musiał przystanąć, aby przepuścić kolejną procesję ogromnych marionetek. Artyści wybijali rytm na tamburynach i pląsali w podskokach, a trollok o świńskiej twarzy obdarzonej kłami walczył z mężczyzną w koronie. Po kilku bezładnych ciosach trollok zwalił się na ziemię, wywołując wybuch śmiechu i owacje gapiów.
Rand sarknął w duchu.
„One tak łatwo nie giną”.
Spojrzał na jeden z wielkich, pozbawionych okien budynków, zatrzymał się, by zajrzeć przez drzwi do środka. Ku własnemu zdziwieniu zobaczył tylko jedną, ogromną izbę, otwartą na gołe niebo, otoczoną balkonami, z dużym podium w jednym końcu. Nigdy nie widział ani nie słyszał o niczym takim. Na balkonach i podłodze tłoczyli się widzowie, którzy przypatrywali się ludziom występującym na podwyższeniu. Po drodze zaglądał do innych domów i widział żonglerów, muzyków, niezliczonych akrobatów, a nawet jednego barda, w płaszczu uszytym z łatek, który dźwięcznym, wzniosłym głosem recytował jedną z opowieści wziętych z Wielkiego Polowania na Róg.
To sprawiło, że przypomniał sobie o Thomie Merrilinie i pośpiesznie ruszył dalej. Wspomnienia o Thomie zawsze zasmucały. Thom był przyjacielem. Przyjacielem, który za niego zginął.
„A ja uciekłem i pozwoliłem mu umrzeć”.
W innej wielkiej budowli kobieta w obszernych, białych szatach sprawiała, że przedmioty schowane do jednego koszyka ginęły i pojawiały się w drugim, po czym znikały z jej rąk w asyście wielkich kłębów dymu. Obserwujący ją tłum wydawał głośne „ooch!” i „aach!”
— Dwa miedziaki, łaskawy panie — powiedział szczurowaty człowieczek, stojący w drzwiach. — Dwa miedziaki, jeśli chcesz obejrzeć Aes Sedai.
— Nie sądzę. — Rand obejrzał się raz jeszcze na kobietę. W jej dłoniach pojawił się właśnie biały gołąb.
„Aes Sedai?”
— Nie. — Ukłonił się nieznacznie szczurowatemu człowieczkowi i wyszedł.
Przepychał się przez ciżbę, nie mogąc zdecydować, co teraz obejrzeć, gdy zza drzwi, nad którymi wisiała tablica
przedstawiająca żonglera, dobiegł go tubalny głos, wspomagany dźwiękami harfy.
— ...chłód przynosi wiatr, co wieje przez Przełęcz Shara, chłód bije od nie oznakowanego grobu. Aliści co roku, w niedzielę, na tych spiętrzonych kamieniach pojawia się samotna róża, pojedyncza kryształowa łza niczym kropla rosy na płatkach kwiatu, ułożona tam białą dłonią Dunsinin, bo dotrzymuje ona targu ubitego przez Rogosha Sokole Oko.
Głos ciągnął Randa ku sobie niczym powróz. Wepchnął się do środka w momencie, gdy zerwały się owacje.
— Dwa miedziaki, łaskawy panie — powiedział szczurowaty mężczyzna, który mógł być bratem bliźniakiem tamtego. — Dwa miedziaki, jeśli chcesz zobaczyć...
Rand wygrzebał jakieś monety i wcisnął mężczyźnie. Szedł przed siebie oszołomiony, wpatrzony w człowieka, który ukłonami dziękował z podwyższenia za oklaski słuchaczy, tuląc harfę pod jednym ramieniem, a drugą rozpościerając połę łaciatego płaszcza, jakby chciał w nią schwytać wszystkie odgłosy owacji. Wysoki mężczyzna, wynędzniały i niemłody, miał długie wąsy, równie białe jak włosy na głowie. A kiedy się wyprostował i spostrzegł Randa, oczy, które rozwarły się szeroko, zalśniły przenikliwie, niebiesko.
— Thom. — Szept Randa zginął w hałasie panującym w izbie.
Nie odwracając wzroku od oczu Randa, Thom Merrilin skinął nieznacznie głową w stronę niewielkich drzwiczek za podwyższeniem. Potem znowu się kłaniał, uśmiechając się i pławiąc aplauzem.