Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Rand popatrzył na stateczne ulice Cairhien, a potem obejrzał się w stronę ożywienia panującego na podgrodziu.
— Czy możecie mi podać nazwę jakiejś dobrej gospody, którą tam znajdę? — Skinieniem głowy wskazał podgrodzie.
Hurin wydał z siebie dramatyczne „psst” i nachylił się w jego stronę.
— Nie uchodzi, lordzie Rand — wyszeptał. — Jeśli zatrzymasz się na podgrodziu, mimo że jesteś lordem, oni nabiorą przekonania, że coś knujesz.
Rand widział, że węszyciel ma rację. W odpowiedzi na to pytanie Sandair rozdziawił szeroko usta, a Tavolin uniósł brwi; obydwaj wciąż przyglądali mu się natarczywie. Miał ochotę oświadczyć, że nie bierze udziału w ich Wielkiej Grze, lecz zamiast tego powiedział:
— Wynajmiemy pokoje w mieście. Czy możemy już ruszać?
— Rzecz jasna, lordzie Rand. — Sandair wykonał ukłon. — Ale co z... karczmą?
— Powiadomię was, gdy już jakąś sobie znajdziemy. — Rand zawrócił Rudego, po czym zatrzymał się. W kieszeni zaszeleścił mu list od Selene. — Muszę odnaleźć pewną młodą kobietę z Cairhien. Lady Selene. W moim wieku, bardzo piękna. Nazwy rodu nie znam.
Sandair i Tavolin wymienili spojrzenia, po chwili Sandair powiedział:
— Zasięgnę informacji, mój panie. Być może będę w stanie coś ci powiedzieć, gdy stawisz się tutaj jutro.
Rand przytaknął i powiódł Loiala oraz Hurina ku centrum miasta. Nie przyciągali większej uwagi, mimo iż dookoła niewielu było konnych. Nawet Loial nie przykuwał niemalże niczyich spojrzeń. Ludzie wydawali się wręcz ostentacyjnie zajmować wyłącznie własnymi sprawami.
— Czy oni mogą niewłaściwie przyjąć — spytał Rand Hurma — moje wypytywanie o Selene?
— Kto zrozumie Cairhienina, lordzie Rand? Oni najwyraźniej myślą, że wszystko ma związek z Daes Dae’mar.
Rand wzruszył ramionami. Miał wrażenie, że ludzie patrzą się na niego. Nie mógł się doczekać, kiedy znowu przywdzieje mocny, zwyczajny kaftan i przestanie wreszcie udawać kogoś, kim nie jest.
Hurin znał kilka karczm w mieście, jakkolwiek poprzedni pobyt w Cairhien spędził głównie w podgrodziu. Węszyciel zawiódł ich do karczmy zwanej „Obrońca Muru Smoka”, jej godło przedstawiało ukoronowanego mężczyznę, który trzymał nogę na piersi i miecz przy gardle drugiego człowieka. Leżący miał rude włosy.
Pojawił się stajenny, by zabrać ich konie i kiedy zdawało mu się, że nikt go nie obserwuje, ciskał szybkie spojrzenia w stronę Randa i Loiala. Rand stwierdził, że musi wyzbyć się urojeń, nie wszyscy w tym mieście musieli się bawić w tę ich grę. A jeśli nawet tak było, to on przecież nie brał w niej udziału.
Wnętrze głównej izby było schludne, stoły uszeregowano tak równo jak całe miasto, siedziało przy nich zaledwie kilku gości. Podnieśli wzrok na widok nowo przybyłych i natychmiast wbili go z powrotem w swoje wino, Rand jednak miał uczucie, że nadal ich obserwują i podsłuchują. W palenisku ogromnego kominka płonął skąpy ogień, mimo że dzień był ciepły.
Karczmarz był przysadzistym, tłustym mężczyzną, ubranym w ciemnoszary kaftan z biegnącym przezeń pojedynczym paskiem zieleni. Z początku przestraszył się na ich widok, czym Rand wcale nie był zdziwiony. Loial, z owiniętą w pasiasty koc szkatułą w ramionach, musiał pochylić głowę, by przejść przez drzwi. Hurin uginał się pod ciężarem sakiew i tobołów, a jego czerwony kaftan mocno się wyróżniał na tle ponurych barw, które nosili ludzie siedzący przy stołach.
Karczmarz odebrał od Randa kaftan i miecz, na jego twarz powrócił oleisty uśmiech. Ukłonił się, zacierając gładkie dłonie.
— Wybacz mi, mój panie. To dlatego, że przez chwilę wziąłem cię za... Wybacz mi. Mój mózg nie pracuje już tak jak dawniej. Chcecie wynająć pokoje, mój panie? — Dodał jeszcze jeden, nie tak głęboki ukłon w stronę Loiala. — Zwą mnie Cuale, mój panie.
„Jemu się wydawało, że jestem Aielem” — pomyślał z goryczą Rand.
Miał wielką ochotę wyjechać już z Cairhien. Ale to było jedyne miejsce, w którym mógł ich odszukać Ingtar. Ponadto Selene obiecała, że będzie na niego czekała w Cairhien.
Przygotowanie pokoi zabrało trochę czasu, Cuale wyjaśnił, nieco zbyt skwapliwie okraszając wypowiedź uśmiechami i ukłonami, że trzeba przenieść łóżko dla Loiala. Rand i tym razem chciał, żeby wszyscy dzielili tę samą izbę, lecz pod wpływem zgorszonych spojrzeń karczmarza i nalegań Hurina — „Musimy pokazać temu Cairhieninowi, że równie dobrze jak oni wiemy, co wypada, lordzie Rand” — ulokowali się ostatecznie w dwóch izbach (jedna przypadła jemu samemu) połączonych z sobą wspólnymi drzwiami.
Pokoje były mniej więcej takie same, tyle że u nich stały dwa łoża, jedno dopasowane do rozmiarów ogira, natomiast u niego stało tylko jedno łóżko i to nieomal równie wielkie jak tamte dwa, z masywnymi, kwadratowymi postumentami, które prawie dosięgały sufitu. Wyściełane krzesło z wysokim oparciem i umywalka również były kwadratowe i masywne, szafa zaś, stojąca pod ścianą, została wykonana w ciężkim, monumentalnym stylu, co powodowało wrażenie, iż zaraz zwali się na niego. Dwoje okien, pod którymi ustawione było łoże, z wysokości dwu pięter wyglądało na ulicę.
Zaraz po wyjściu karczmarza Rand otworzył drzwi i wpuścił Loiala i Hurina do swojej izby.
— To miasto mnie przygniata — powiedział im. — Wszyscy patrzą na człowieka w taki sposób, jakby uważali, że coś przeskrobał. Zresztą, wybieram się na podgrodzie, wrócę za jakąś godzinkę. Tam przynajmniej ludzie się śmieją. Który z was zechce pierwszy objąć wartę przy Rogu?
— Ja zostanę — szybko odparł Loial. — Chciałbym skorzystać z okazji i trochę poczytać. To, że nie widziałem żadnego ogira, wcale nie oznacza, że nie ma tu mularzy ze Stedding Tsofu. To niedaleko stąd.
— Mogłaby się wydawać, że miałbyś ochotę się z nimi spotkać.
— Ach... nie, Rand. Ostatnim razem zadawali dość pytań o powody, dla których włóczę się samotnie po świecie. Jeśli dostali jakieś wieści ze Stedding Shangtai... Cóż, chyba jednak wolę sobie odpocząć i poczytać.
Rand pokręcił głową. Często zapominał, że Loial, aby zobaczyć świat, w istocie uciekł z domu.
— A ty co, Hurin? Na podgrodziu gra muzyka i ludzie się śmieją. Założę się, że tam nikt się nie bawi w Daes Dae’mar.
— Ja osobiście nie byłbym tego taki pewien, lordzie Rand. W każdym razie, dziękuję za zaproszenie, ale nie mam chęci. Na podgrodziu odbywa się tyle bójek, a także morderstw, że to miejsce prawdziwie cuchnie, o ile rozumiesz, panie, co mam na myśli. Nie to, że byliby skłonni zadzierać z lordem, rzecz jasna, w takim przypadku zaraz mieliby na karku żołnierzy. Jeśli jednak nie masz nic przeciwko, chętnie bym się napił w głównej izbie.
— Hurin, na nic nie potrzebujesz mojej zgody. Wiesz przecież.
— Jako rzeczesz, mój panie. — Węszyciel wykonał ruch, który wyraźnie należało odebrać jako ukłon.
Rand zrobił głęboki wdech. Jeśli wkrótce nie opuszczą Cairhien, Hurin zacznie kłaniać się na lewo i prawo, szurając przy tym nogami. A jeśli Mat i Perrin to zobaczą, nigdy nie pozwolą mu zapomnieć.
— Liczę, że nic nie zatrzyma Ingtara. Jeśli nie pojawi się tutaj odpowiednio szybko, wówczas będziemy musieli sami zawieźć Róg do Fal Dara. — Dotknął listu Selene przez połę kaftana. — Będziemy zmuszeni. Loial, ja wrócę, żebyś ty mógł obejrzeć choć część miasta.
— Wolałbym nie ryzykować — odparł Loial.
Hurin towarzyszył Randowi na dół. Ledwie dotarli do głównej izby, a Cuale już kłaniał się przed Randem, podsuwając mu tacę. Na tacy leżały trzy zwoje zapieczętowanego pergaminu. Rand wziął zwoje, jako że z taką najwyraźniej intencją podszedł do niego karczmarz. Pergamin był wybornego gatunku, miękki i gładki w dotyku. Kosztowny.