Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Wielkie Polowanie
Wielkie Polowanie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wielkie Polowanie

Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:

Wielkie Polowanie
1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 217
Перейти на страницу:

— Wieśniacy — mruknął Tavolin, patrząc przed siebie z niesmakiem. — Patrzcie na nich, zepsuci cudzoziemskimi obyczajami. Nie powinno ich tu być.

— A gdzie być powinni? — spytał Rand.

Cairhieński oficer zmierzył go groźnym spojrzeniem i pognał konia do przodu, harapem chłostając tłoczących się przechodniów.

Hurin dotknął ramienia Randa.

— To przez Wojnę o Aiel, lordzie Rand. — Sprawdził wzrokiem, czy żaden z żołnierzy nie jest dostatecznie blisko, by móc cokolwiek posłyszeć. — Wielu wieśniaków bało się powrócić do swych ziem położonych przy grzbiecie świata, a przyjechali tu, bo mieli względnie blisko. Dlatego właśnie Galldrianowi trafiło się, że ma rzekę pełną barek ze zbożem, płynących tu z Andoru i Łzy. Z zagród na wschodzie plony nie docierają, bo żadnych zagród już tam nie ma. Lepiej jednak nie napomykać o tym żadnemu Cairhieninowi, mój panie. Oni wolą udawać, że wojny nigdy nie było, albo że ją wygrali.

Mimo harapa Tavolina zmuszeni byli się zatrzymać, bowiem drogę przecięła im dziwaczna procesja. Kilka postaci, uderzających w tamburyny i tańczących, wiodło za sobą szereg ogromnych marionetek. Każda z nich była o półtora raza większa od niosących je na długich tykach ludzi. Ogromne figury męskie i kobiece, z koronami na głowach, okryte długimi, zdobnymi szatami, kłaniały się tłumowi spomiędzy kształtów baśniowych zwierząt. Lew ze skrzydłami. Dwugłowy kozioł, idący na zadnich nogach — obydwie głowy najwyraźniej udawały, że zioną ogniem, bowiem z ich paszczy powiewały szkarłatne wstążki. Stwór, który zdawał się w połowie kotem, a w połowie orłem; jeszcze inny, z łbem niedźwiedzia wyrastającym z ludzkiego ciała, którego Rand uznał za trolloka. Tłoczący się ludzie witali tę paradę owacjami i śmiechem.

— Ten, który to wykonał, na oczy nie widział trolloka — burknął Hurin. — Łeb za wielki, cielsko zbyt wychudłe. Pewnie w ogóle w nie nie wierzył; mój panie, podobnie jak w te inne stwory. Jedyne monstra, w które ludzie z podgrodzia wierzą, żyją na Pustkowiu Aiel.

— Czy tu się odbywa jakieś święto? — spytał Rand.

Wprawdzie nie widział żadnych innych oznak prócz tej procesji, ale uznał, że nie została zorganizowana bez powodu. Tavolin nakazał żołnierzom ruszyć dalej.

— Tylko zwykły dzień, Rand — odpowiedział mu Loial. Ogir idący obok konia, który wciąż dźwigał okrytą kocem, przywiązaną rzemieniami do siodła szkatułę, przyciągał tyle samo spojrzeń co kukły. — Obawiam się, że Galldrian utrzymuje spokój wśród ludzi, dostarczając im rozrywek. Ofiarowuje bardom i muzykantom królewski gościniec, hojną zapłatę w srebrze, by występowali na podgrodziu. Finansuje także wyścigi konne, które odbywają się codziennie nad rzeką. Często też wieczorami odbywają się pokazy fajerwerków. — Mówił to z wyraźnym niesmakiem. — Starszy Haman powiada, że Galldrian poprzez swoje zachowanie okrywa się niesławą.

Zamrugał, uświadomiwszy sobie, co właśnie powiedział i pośpiesznie rozejrzał się, by sprawdzić, czy nie usłyszał tego któryś z żołnierzy. Najwyraźniej jednak żaden nie zwrócił uwagi.

— Fajerwerki — powiedział Hurin, kiwając głową. — Słyszałem, że iluminatorzy wybudowali tu sobie kapitularz, taki sam jak w Tanchico. Nawet mi nie postało w głowie, żeby oglądać fajerwerki, jak tu byłem ubiegłym razem.

Rand pokręcił głową. Nigdy nie widział fajerwerków tak wyszukanych, by wymagały pracy bodaj jednego iluminatora. Słyszał, że opuszczali Tanchico tylko po to, by urządzać pokazy dla władców. Do dziwnego miejsca trafił.

Pod wysokim, kwadratowym sklepieniem miejskiej bramy Tavolin zarządził postój i zsiadł z konia przy przysadzistym pomieszczeniu, wbudowanym we wnętrze muru. Zamiast okien miało szczeliny strzelnicze, do środka wchodziło się przez ciężkie, okute żelazem drzwi.

— Jedną chwilę, lordzie Rand — powiedział oficer.

Cisnął wodze jednemu z żołnierzy i zniknął w środku.

Czujnie oglądając się na żołnierzy — ustawili konie w dwa długie, znieruchomiałe szeregi — Rand zastanawiał się, co by zrobili, gdyby on wraz z Hurinem i Loialem próbowali teraz odjechać i korzystał z okazji, by ogarnąć spojrzeniem rozciągające się przed nim miasto.

Właściwe Cairhien stanowiło ostry kontrast wobec chaotycznego harmideru podgrodzia. Przestronne, brukowane ulice, tak szerokie, że ludzi na nich wydawało się mniej, niż ich było w istocie, przecinały się z sobą pod prostymi kątami. Dokładnie tak jak w Tremonsien, w zboczach wzgórz wyrzeźbiono tarasy zakończone równymi liniami. Po ulicach nieśpiesznie przemieszczały się obudowane lektyki, niektóre wyposażone w proporce z herbami rodów, wolno toczyły się powozy. Milczący ludzie wędrowali w ciemnych strojach, zdobionych żywszą barwą pasków na piersiach kaftanów i sukien. Im więcej tych pasków było, tym dumniej poruszał się noszący, nikt jednak nie śmiał się w głos, ani nawet nie uśmiechał. Wszystkie budynki na tarasach wykonano z kamienia, zaś ich ornamentacje podle prostych linii i ostrych kątów. Na ulicach nie było ani straganiarzy, ani przekupniów, nawet sklepy wyglądały na wyciszone, ogłaszały się niewielkimi tablicami, na zewnątrz nie wystawiono żadnych towarów.

Mógł teraz przyjrzeć się dokładniej wielkim wieżom. Otaczały je rusztowania z powiązanych z sobą pali, uwijali się na nich robotnicy, dokładający nowe kamienie, które miały podbić wierzchołki wież jeszcze wyżej.

— Niebotyczne wieże Cairhien — mruknął smutno Loial. — Cóż, ongiś były tak wysokie, że uzasadniały swą nazwę. Gdy Cairhien opanowali Aielowie, mniej więcej wtedy, gdy ty się urodziłeś, wieże stanęły w ogniu, popękały i rozpadły się. Nie widzę żadnych ogirów wśród mularzy. Żadnemu ogirowi praca w takim miejscu nie mogłaby przypaść do gustu, mieszkańcy Cairhien chcą mieć wszystko zgodnie ze swymi życzeniami, bez upiększeń, niemniej, gdy byłem tu poprzednio, widziałem ogirów.

Z budynku wyłonił się z powrotem Tavolin, w ślad za nim szedł jeszcze jeden oficer i dwóch urzędników, jeden niósł wielką, oprawną w drewno księgę, drugi tacę z przyborami do pisania. Oficer miał czoło wysoko wygolone, podobnie jak Tavolin, jakkolwiek to raczej postępująca łysina ujęła mu włosów niźli brzytwa. Obydwaj oficerowie powiedli wzrokiem od Randa do szkatuły ukrytej pod prążkowanym kocem Loiala, po czym ponownie spojrzeli na niego. Żaden nie zapytał, co jest pod kocem. Tavolin nierzadko spoglądał w tę stronę w drodze z Tremonsien, ale też nigdy nie zadał pytania. Łysiejący mężczyzna popatrzył również na miecz Randa i przez chwilę wydymał wargi.

Tavolin podał, że oficer nazywa się Asan Sandair, po czym głośno obwieścił:

— Lord Rand z domu al’Thor, z Andoru i jego człowiek, zwany Hurmem, oraz Loial, ogir ze Stedding Shangtai. Urzędnik z księgą rozłożył ją sobie na wyciągniętych ramionach i Sandair wpisał tam wymienione imiona rondowym pismem.

— Jutro, o tej samej porze, będziecie musieli powrócić do wartowni, mój panie — oświadczył Sandair, pozostawiając zadanie osuszenia liter piaskiem drugiemu urzędnikowi — i podać nazwę karczmy, w której się zatrzymacie.

1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 217
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)