Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— I ja chcę być twoją przyjaciółką-przyrzekła Elayne. Egwene uściskała ją impulsywnie, a potem Min zeskoczyła z muru i wszystkie trzy objęły się na samym środku mostu.
— My trzy jesteśmy z sobą związane — oświadczyła Min — i nie możemy dopuścić, by jakiś mężczyzna przerwał tę więź. Nawet on.
— Czy któraś z was zechciałaby mi powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? — spytał łagodnie Gawyn.
— Nie zrozumiałbyś — wyjaśniła jego siostra i wszystkie trzy dziewczyny zachichotały.
Gawyn podrapał się w głowę, potem potrząsnął nią.
— Cóż, jeśli to ma coś wspólnego z Randem al’Thorem, to dopilnujcie, by nie dowiedziała się o tym Elaida. Już trzy razy od naszego przyjazdu napadała mnie niczym śledczy Białych Płaszczy. Nie sądzę, by ona uważała go za... — Drgnął, przez ogród szła jakaś kobieta, kobieta w szalu z czerwonymi frędzlami. — „Wezwij Czarnego — zacytował — a wnet się zjawi”. Nie mam ochoty na kolejny wykład o obowiązku noszenia koszuli, gdy jestem poza dziedzińcem ćwiczeń. Życzę wam wszystkim dobrego dnia.
Elaida ledwie raczyła spojrzeć w stronę oddalającego się Gawyna, powoli zbliżała się do mostka. Zdaniem Egwene była kobietą raczej przystojną niźli piękną, jednakże pozbawiony wieku wygląd naznaczał ją równie nieomylnie jak szal — szali nie nosiły jedynie świeżo upieczone siostry. Gdy objęła ją wzrokiem, zatrzymując go jedynie na chwilę, Egwene dostrzegła nagle, ile srogości jest w Aes Sedai. W Moiraine zawsze widziała siłę, stal ukrytą pod jedwabiem, Elaida natomiast obywała się bez jedwabiu.
— Elaido — powiedziała Elayne — to jest Egwene. Ona też urodziła się z zalążkiem talentu. I już zostało jej udzielonych kilka lekcji, więc zaawansowana jest zapewne w takim samym stopniu jak ja. Elaido?
Twarz Aes Sedai pozostała obojętna, nieodgadniona.
— W Caemlyn, dziecko, jestem doradczynią panującej tam królowej a twojej matki, tutaj zaś znajdujemy się w Białej Wieży, natomiast ty jesteś nowicjuszką.
Min wykonała taki ruch, jakby zbierała się do odejścia, jednakże Elaida powstrzymała ją, mówiąc ostrym tonem:
— Stój, dziewczyno. Będę z tobą rozmawiała.
— Znam cię od urodzenia, Elaido — powiedziała Elayne tonem niedowierzania. — Patrzyłaś, jak dorastam i sprawiałaś, by ogrody rozkwitały zimą, dzięki czemu mogłam się w nich bawić.
— Dziecko, tam byłaś dziedziczką tronu. Tutaj jesteś nowicjuszką. Musisz się tego nauczyć. Któregoś dnia będziesz dysponowała potęgą, ale najpierw musisz się uczyć!
— Tak, Aes Sedai.
Egwene była zdumiona. Gdyby ktoś zrugał ją w taki sposób w obecności innych osób, wpadłaby w furię.
— A teraz odejdźcie stąd obydwie.
Rozległo się brzmienie gongu, głębokie i dźwięczne, Elaida przekrzywiła głowę. Słońce osiągnęło zenit swej wędrówki.
— To na primę — powiedziała Elaida. — Musicie się pośpieszyć, jeśli nie chcecie wysłuchiwać kolejnych nagan. A Elayne? Po wypełnieniu swych obowiązków idź do gabinetu mistrzyni nowicjuszek. Nowicjuszka nie odzywa się pierwsza do Aes Sedai, o ile jej nie rozkażą. Biegnijcie obydwie. Spóźnicie się. Biegnijcie!
Pobiegły, zadzierając spódnice do góry. Egwene spojrzała na Elayne. Elayne miała dwie barwne plamy na policzkach, wyraz determinacji na twarzy.
— Zostanę Aes Sedai. — Elayne wypowiedziała to cichym głosem, ale zabrzmiało to jak przyrzeczenie.
Egwene usłyszała jeszcze dobiegające ją z tyłu pierwsze słowa Aes Sedai:
— Dano mi do zrozumienia, dziewczyno, że zostałaś tu sprowadzona przez Moiraine Sedai.
Miała ochotę przystanąć i posłuchać, sprawdzić, czy Elaida będzie wypytywała o Randa, jednakże Białą Wieżę przepełniło brzmienie dzwonu na primę i było to dla niej jak wezwanie do obowiązków. Biegła, gdyż rozkazano jej biec.
— Zostanę Aes Sedai — warknęła.
Na twarzy Elayne rozbłysł przelotny uśmiech zrozumienia, teraz obie popędziły jeszcze szybciej.
Koszula Min dokładnie oblepiała ciało, gdy wreszcie zeszła z mostka. To nie słońce wycisnęło z niej pot, lecz żar pytań Elaidy. Obejrzała się przez ramię, chcąc się upewnić, czy Aes Sedai nie idzie jej śladem, jednakże w zasięgu wzroku nigdzie tamtej nie było.
Skąd Elaida wiedziała, że to Moiraine ją wezwała? Min żywiła przekonanie, że jest to sekret znany wyłącznie jej, Moiraine i Sheriam. I wszystkie te pytania o Randa. Trudno zachować niezmącone oblicze i nie mrugnąć powieką, gdy mówiła Aes Sedai prosto w twarz, że nic o nim nie słyszała, że ani trochę go nie zna.
„Czego ona od niego chce? Światłości, czego chce od niego Moiraine? Kim on jest? Światłości, ja nie chcę kochać się w człowieku, którego widziałam tylko raz w życiu i który na dodatek jest prostym wiejskim chłopcem”.
— Moiraine, niech cię Światłość oślepi — mruknęła — nieważne po co mnie tu ściągnęłaś, wyjdź stamtąd, gdzieś się ukryła, i powiedz; powiedz a będę mogła stąd wreszcie odejść!
Odpowiedziała jej tylko słodka melodia wyśpiewywana przez szaropiórki. Krzywiąc się, ruszyła na poszukiwanie miejsca, w którym mogłaby ochłonąć.
25
Cairhien
Gdy Rand po raz pierwszy zobaczył miasto Cairhien — od strony północnych szczytów, w świetle południowego słońca — jego wzrok ogarnął otaczające je wzgórza i rzekę Alguenya. Wrażenie, że Elricain Tavolin i pięćdziesięciu cairhieńskich żołnierzy stanowi jego straż, wciąż nasilało się, a wzmogło szczególnie, odkąd przekroczyli most na Gaelin — im dalej jechali na południe, tym bardziej napuszeni się stawali — ponieważ jednak Loialowi i Hurinowi najwyraźniej to nie przeszkadzało, więc on też starał się na nich nie zważać. Przypatrywał się miastu, największemu z wszystkich, jakie do tej pory widział. Rzekę wypełniały brzuchate statki i rozłożyste barki, a wzdłuż przeciwległego brzegu rozciągał się szereg wysokich spichlerzy, natomiast samo Cairhien zdawało się ułożone podle siatki wytyczonej precyzyjnie w obrębie wyniosłych, szarych murów. Same mury tworzyły idealny kwadrat, którego jeden z boków biegł równolegle do brzegu rzeki. Jakby pobudowane zgodnie z określonym z góry wzorem wznosiły się za nimi wieże, po dwadzieściakroć od nich wyższe, szybujące prosto ku niebu, Rand jednak ze swego stanowiska na wzgórzu widział, że każda z nich kończy się nierównym, wyszczerzonym szczytem.
Poza murami miasta rozpościerała się — aż do samego brzegu rzeki — wypełniona rojem ludzi plątanina ulic, krzyżujących się pod najrozmaitszymi kątami. Rand wiedział od Hurina, że to miejsce to podgrodzie; kiedyś przy każdej bramie wiodącej do miasta znajdowała się wioska targowa, a w miarę upływu lat wszystkie te wioski zlały się w jedną, tworząc labirynt ulic i alejek, rozrastających się we wszystkich kierunkach.
Kiedy Rand wraz z eskortą wjechał między błotniste ulice, Tavolin nakazał kilku swoim żołnierzom utorować ścieżkę przez ludzką ciżbę. Pokrzykiwali i poganiali konie, niemalże chcąc stratować każdego, kto w porę nie ustąpi drogi. Ludzie schodzili na bok, poświęcając im tylko przelotne spojrzenia, jakby takie epizody były na porządku dziennym. Rand mimo woli musiał się uśmiechnąć.
Mieszkańcy podgrodzia przeważnie mieli na sobie obszarpane ubrania, z reguły jednak barwne, a miejsce wokół nich tętniło zgrzytliwym gwarem życia. Straganiarze okrzykami zachwalali swoje wyroby, właściciele sklepów namawiali ludzi, by kosztowali towarów wyłożonych na stołach ustawionych na ulicy. Wśród tłumu plątali się fryzjerzy, sprzedawcy owoców, ostrzący noże, mężczyźni i kobiety oferujący dziesiątki usług i setki przedmiotów na sprzedaż. Z niejednej budowli dobiegała wplatająca się w zgiełk muzyka, z początku Rand sądził, że to karczmy, jednakże wszystkie tablice wywieszone na frontach przedstawiały ludzi grających na fletach albo harfach, wykonujących akrobacje czy żonglujących, i mimo że domy były duże, nie miały żadnych okien. Większość budynków podgrodzia wyglądała na drewniane, niezależnie od wielkości, a całkiem sporo najwyraźniej postawiono niedawno i na dodatek dość niedbale. Rand gapił się z niedowierzaniem na niektóre, liczące siedem i więcej pięter, jednakże ludzie, którzy pośpiesznie do nich wchodzili lub wychodzili, zdawali się nawet nie zauważać, że ich ściany chwieją się nieznacznie.