Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 173
Перейти на страницу:

Ba­ro­no­wa od­wró­ci­ła się od okna i spoj­rza­ła na nie­go wprost, znów prze­krzy­wia­jąc gło­wę i uśmie­cha­jąc się dziew­czę­co. Przy­ła­pał się na tym, że pró­bu­je osza­co­wać jej wiek. Wy­glą­da­ła na dwa­dzie­ścia pięć, dwa­dzie­ścia sześć lat. Z tego, co wie­dział, mia­ła trzy­dzie­ści pięć. Stać ją było na naj­lep­sze usłu­gi od­mła­dza­ją­ce, na­wet ma­gicz­ne, ale oczy nie kła­ma­ły. Były dużo star­sze niż twarz. Gdzieś pod czasz­ką roz­legł mu się ci­chy, upo­mi­na­ją­cy gło­sik. Pa­mię­taj, że roz­ma­wiasz z ko­bie­tą, któ­ra mo­gła­by być two­ją mat­ką.

Wy­krzy­wił się.

– Mia­łem się po­czuć ob­ra­żo­ny tą ka­na­lią, pani? Po­wi­nie­nem za­cząć się czer­wie­nić, ją­kać i prze­pra­szać? A może mam wyjść z two­je­go domu, trza­ska­jąc drzwia­mi? Za dużo cza­su spę­dzi­łem w Pon­kee-Laa...

Prze­rwa­ła mu mach­nię­ciem ręki.

– Te­raz sły­szę. Na­wet ak­cent masz nie taki. Nie z Wy­so­kie­go Mia­sta. – Zmru­ży­ła na­gle oczy, przy­ci­snę­ła dło­nie do pier­si. – Mó­wią, że hra­bia za­trud­nia za­bój­ców z Ligi Czap­ki, mor­der­ców, któ­rzy...

Po­bla­dła na­gle, za­chwia­ła się i opar­ła o biur­ko. Mi­mo­wol­nie zro­bił krok do przo­du, wy­cią­ga­jąc rękę, a jej po­zo­ro­wa­ny upa­dek za­mie­nił się w atak. Bły­snę­ła wy­do­by­tym zza gor­se­tu szty­le­tem, le­d­wo się uchy­lił, kop­nę­ła moc­no, chy­bia­jąc o włos, i mo­men­tal­nie, jed­nym ru­chem, ude­rzy­ła roz­ca­pie­rzo­ną dło­nią w oczy.

Zła­pał ją w ostat­niej chwi­li, szarp­nął z ca­łej siły, wy­bi­ja­jąc z ryt­mu, pod­ciął. Po­win­na się prze­wró­cić, ale od­bi­ła się tyl­ko od biur­ka i cię­ła szty­le­tem, po­zio­mo, trzy­ma­jąc broń w chwy­cie od­wrot­nym. Zro­bił unik, na­gle prze­rzu­ci­ła broń do dru­giej ręki i za­da­ła pchnię­cie, któ­re za­wsty­dzi­ło­by więk­szość por­to­wych no­żow­ni­ków.

Od­sko­czył, się­ga­jąc do po­chwy na przed­ra­mie­niu po wła­sny szty­let. Spoj­rzał jej w oczy i po raz ko­lej­ny usły­szał w gło­wie ci­chy gło­sik. Uwa­żaj. Nie wie­dział, co było bar­dziej nie­po­ko­ją­ce, wpra­wa, z jaką trzy­ma­ła broń, czy zim­ny spo­kój w jej wzro­ku. Nie bała się. Wie­dzia­ła, jak po­słu­gi­wać się szty­le­tem, a na do­da­tek naj­wy­raź­niej oce­ni­ła jego umie­jęt­no­ści na zbyt mi­zer­ne, żeby mógł jej za­gro­zić. Gdy­by było ina­czej, już daw­no wzy­wa­ła­by na całe gar­dło po­mo­cy.

Cof­nął się jesz­cze dwa kro­ki, pod­wi­nął bu­fia­sty rę­kaw i scho­wał broń.

– On ni­g­dy nie mó­wił, że uczysz się po­słu­gi­wać no­żem, Bie­dron­ko – po­wie­dział spo­koj­nie.

Za­mru­ga­ła, za­sko­czo­na i po raz pierw­szy wy­raź­nie zmie­sza­na.

– Co po­wie­dzia­łeś?

– Wy­bacz, pani, je­śli to zbyt oso­bi­ste prze­zwi­sko. – Skło­nił się, tym ra­zem ni­żej niż po­przed­nio. – Przy­ja­ciel zdra­dził mi je przez nie­uwa­gę. Nie są­dzi­łem, że będę zmu­szo­ny je wy­ko­rzy­stać.

Lo­do­wa­te opa­no­wa­nie zni­ka­ło z jej oczu. Jesz­cze mu nie ufa­ła, ale naj­wy­raź­niej po­sta­no­wi­ła, że do­wie się wię­cej, za­nim zde­cy­du­je, co z nim zro­bić.

– My­śla­łam, że Ro­ba­czek miał krót­szy ję­zyk... – Ob­ser­wo­wa­ła jego re­ak­cję.

– A ja my­śla­łem, że na­zy­wa­łaś go Żucz­kiem. Choć, na wszyst­kich bo­gów, nie wiem dla­cze­go.

Po­wo­li opu­ści­ła rękę ze szty­le­tem.

– Kim je­steś?

– Zna­łem San­we­sa. Od wie­lu lat. Wi­dzia­łem, jak umie­rał.

Scho­wa­ła szty­let za gor­set, usia­dła za biur­kiem.

– Zo­stań tam, gdzie je­steś – rzu­ci­ła. – Je­śli zro­bisz krok w moją stro­nę, we­zwę straż­ni­ków.

– Straż­ni­ków, pani? Sama so­bie po­ra­dzisz.

– To tyl­ko Mo­ty­li Ta­niec. Oj­ciec pil­no­wał, że­bym go opa­no­wa­ła. Na­uka wal­ki no­żem, lu­ster­kiem, świecz­ni­kiem, szpi­lą do wło­sów – wy­dę­ła war­gi w uda­wa­nym lek­ce­wa­że­niu. – Za­wsze po­wta­rzał, że gdy za­wio­dą straż­ni­cy i pu­łap­ki, zo­sta­jesz ty i to, co masz pod ręką. Tyl­ko sta­ra ary­sto­kra­cja kul­ty­wu­je jesz­cze tę sztu­kę. Nu­wo­ry­sze na­pa­wa­ją się ma­cha­niem mie­czem... Jak masz na imię? A może le­piej, jak się do cie­bie zwra­cać?

– Alt­sin Awen­deh.

– Po­pu­lar­ne imię i na­zwi­sko, czę­sto spo­ty­ka­ne tak­że wśród pro­win­cjo­nal­nej szlach­ty. Ród Awen­de­hów ma zie­mie na pół­noc od mia­sta, inna jego ga­łąź na wscho­dzie, ja­kaś od­no­ga po­dob­no wy­wę­dro­wa­ła do Im­pe­rium ra­zem z wy­co­fu­ją­cą się ar­mią. Je­steś z nimi spo­krew­nio­ny?

– Nic mi o tym nie wia­do­mo. Czy to waż­ne?

– Nie... wła­ści­wie nie. Cze­go ode mnie ocze­ku­jesz?

– Wła­ści­wie... ni­cze­go, pani. Chcia­łem się prze­ko­nać, kim jest ko­bie­ta, któ­ra tak dużo zna­czy­ła dla San­we­sa.

Za­mknę­ła oczy, za­mar­ła.

– Dużo? Je­steś pe­wien?

– Wiesz, kim był? Ba­wi­dam­kiem, ko­cha­siem za pie­nią­dze. Za­zwy­czaj ob­da­rzał... uwa­gą dwie lub trzy damy jed­no­cze­śnie, a za­pew­niam cię, że po­tra­fił to ro­bić tak, że każ­da z nich była pew­na jego wier­no­ści.

– Za­zwy­czaj?

Za­da­ła to py­ta­nie szep­tem, z wciąż za­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi.

– Tak. Gdy cię po­znał, zmie­nił się. By­łaś tyl­ko ty. I nie chciał, że­byś to ty spła­ci­ła jego dług. Za­sta­na­wia­łem się dla­cze­go. Ni­g­dy nie miał opo­rów przed tym, żeby jego... – Alt­sin przez chwi­lę szu­kał od­po­wied­nie­go sło­wa. – ... jego...

– Ko­chan­ki?

– Tak, ko­chan­ki, zwra­ca­ły pie­nią­dze, któ­re prze­grał. Trak­to­wał to jak coś na­tu­ral­ne­go. Ale w tym przy­pad­ku zre­zy­gno­wał z pro­sze­nia cię o pie­nią­dze.

– Może po­pro­sił, ale od­mó­wi­łam, bo suma była za duża?

– Nie po­pro­sił, bo było mu wstyd. A wsty­dzić się moż­na tyl­ko przed kimś, na kim nam za­le­ży.

Otwo­rzy­ła oczy, za­wil­głe i smut­ne.

– Spła­ci­ła­bym jego dług bez wzglę­du na cenę. Po­wi­nien mi po­wie­dzieć... Nie... nie za­tłu­czo­no by go jak zwie­rzę­cia.

– Być może – przy­znał obo­jęt­nie chło­pak. – Choć mam wra­że­nie, że ba­ron zbyt do­brze to za­pla­no­wał, żeby co­kol­wiek moż­na było zmie­nić.

– Ewen­net – syk­nę­ła ba­ro­no­wa i przez chwi­lę Alt­sin wi­dział ją znów taką jak przed chwi­lą, kie­dy sta­ła ze szty­le­tem w ręku: zim­ną, sku­pio­ną i nie­bez­piecz­ną.

– Tak. Ewen­net-sek-Gres. Są­dzę, że to on za tym stoi.

– Do­brze są­dzisz. – Ski­nę­ła gło­wą, wciąż z ogniem na dnie oczu. – Krę­cił się wo­kół San­we­sa od mie­sią­ca. Te­raz wi­dzę, że na nie­go po­lo­wał, za­sta­wiał pu­łap­ki, ku­sił. Był... bar­dzo przy­ja­ciel­ski.

Alt­sin opu­ścił wzrok i za­czął się ba­wić fal­ban­ką man­kie­tu.

– Po­zna­łaś ich ze sobą? – za­py­tał obo­jęt­nym to­nem.

Mięk­kie, bo­le­sne wes­tchnie­nie spra­wi­ło, że pod­niósł spoj­rze­nie z po­wro­tem na ba­ro­no­wą.

– Tak. Po­zna­łam ich ze sobą. Ale mu­sisz zro­zu­mieć – do­da­ła szyb­ko – że pro­wa­dzę dom otwar­ty. Nie je­stem zwią­za­na z żad­nym ze stron­nictw w Ra­dzie, ni­ko­go nie po­pie­ram i prze­ciw ni­ko­mu nie wy­stę­pu­ję. Mam udzia­ły w kil­ku flo­tach, ma­ga­zy­nach, warsz­ta­tach szkut­ni­czych, mam kil­ka win­nic poza mia­stem, któ­re rok w rok przy­no­szą nie­zły zysk, a nie­za­leż­ność fi­nan­so­wa po­zwa­la mi nie wią­zać się z żad­ną ze stron w tej nie­koń­czą­cej się wo­jen­ce o wła­dzę nad mia­stem. Je­stem neu­tral­na i wszy­scy to do­ce­nia­ją. W moim domu spo­ty­ka­ją się lu­dzie, któ­rzy nie kła­nia­ją się so­bie na uli­cach, nie po­zwa­la­ją na kon­tak­ty swo­im żo­nom, dzie­ciom, a na­wet służ­bie. Ale gdy do­sta­ną za­pro­sze­nie od ba­ro­no­wej Le­wen­der, przyj­mą je bez wa­ha­nia, bo wszy­scy wie­dzą, że po­da­ję naj­lep­sze wina, mam naj­lep­szych mu­zy­ków i no­szę się zgod­nie z naj­now­szą modą. To u mnie ich żony pod­pa­tru­ją kro­je su­kien, któ­re za­ło­żą na na­stęp­ny bal, i styl, w ja­kim każą prze­me­blo­wać swo­je re­zy­den­cje.

1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)