Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Baronowa odwróciła się od okna i spojrzała na niego wprost, znów przekrzywiając głowę i uśmiechając się dziewczęco. Przyłapał się na tym, że próbuje oszacować jej wiek. Wyglądała na dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat. Z tego, co wiedział, miała trzydzieści pięć. Stać ją było na najlepsze usługi odmładzające, nawet magiczne, ale oczy nie kłamały. Były dużo starsze niż twarz. Gdzieś pod czaszką rozległ mu się cichy, upominający głosik. Pamiętaj, że rozmawiasz z kobietą, która mogłaby być twoją matką.
Wykrzywił się.
– Miałem się poczuć obrażony tą kanalią, pani? Powinienem zacząć się czerwienić, jąkać i przepraszać? A może mam wyjść z twojego domu, trzaskając drzwiami? Za dużo czasu spędziłem w Ponkee-Laa...
Przerwała mu machnięciem ręki.
– Teraz słyszę. Nawet akcent masz nie taki. Nie z Wysokiego Miasta. – Zmrużyła nagle oczy, przycisnęła dłonie do piersi. – Mówią, że hrabia zatrudnia zabójców z Ligi Czapki, morderców, którzy...
Pobladła nagle, zachwiała się i oparła o biurko. Mimowolnie zrobił krok do przodu, wyciągając rękę, a jej pozorowany upadek zamienił się w atak. Błysnęła wydobytym zza gorsetu sztyletem, ledwo się uchylił, kopnęła mocno, chybiając o włos, i momentalnie, jednym ruchem, uderzyła rozcapierzoną dłonią w oczy.
Złapał ją w ostatniej chwili, szarpnął z całej siły, wybijając z rytmu, podciął. Powinna się przewrócić, ale odbiła się tylko od biurka i cięła sztyletem, poziomo, trzymając broń w chwycie odwrotnym. Zrobił unik, nagle przerzuciła broń do drugiej ręki i zadała pchnięcie, które zawstydziłoby większość portowych nożowników.
Odskoczył, sięgając do pochwy na przedramieniu po własny sztylet. Spojrzał jej w oczy i po raz kolejny usłyszał w głowie cichy głosik. Uważaj. Nie wiedział, co było bardziej niepokojące, wprawa, z jaką trzymała broń, czy zimny spokój w jej wzroku. Nie bała się. Wiedziała, jak posługiwać się sztyletem, a na dodatek najwyraźniej oceniła jego umiejętności na zbyt mizerne, żeby mógł jej zagrozić. Gdyby było inaczej, już dawno wzywałaby na całe gardło pomocy.
Cofnął się jeszcze dwa kroki, podwinął bufiasty rękaw i schował broń.
– On nigdy nie mówił, że uczysz się posługiwać nożem, Biedronko – powiedział spokojnie.
Zamrugała, zaskoczona i po raz pierwszy wyraźnie zmieszana.
– Co powiedziałeś?
– Wybacz, pani, jeśli to zbyt osobiste przezwisko. – Skłonił się, tym razem niżej niż poprzednio. – Przyjaciel zdradził mi je przez nieuwagę. Nie sądziłem, że będę zmuszony je wykorzystać.
Lodowate opanowanie znikało z jej oczu. Jeszcze mu nie ufała, ale najwyraźniej postanowiła, że dowie się więcej, zanim zdecyduje, co z nim zrobić.
– Myślałam, że Robaczek miał krótszy język... – Obserwowała jego reakcję.
– A ja myślałem, że nazywałaś go Żuczkiem. Choć, na wszystkich bogów, nie wiem dlaczego.
Powoli opuściła rękę ze sztyletem.
– Kim jesteś?
– Znałem Sanwesa. Od wielu lat. Widziałem, jak umierał.
Schowała sztylet za gorset, usiadła za biurkiem.
– Zostań tam, gdzie jesteś – rzuciła. – Jeśli zrobisz krok w moją stronę, wezwę strażników.
– Strażników, pani? Sama sobie poradzisz.
– To tylko Motyli Taniec. Ojciec pilnował, żebym go opanowała. Nauka walki nożem, lusterkiem, świecznikiem, szpilą do włosów – wydęła wargi w udawanym lekceważeniu. – Zawsze powtarzał, że gdy zawiodą strażnicy i pułapki, zostajesz ty i to, co masz pod ręką. Tylko stara arystokracja kultywuje jeszcze tę sztukę. Nuworysze napawają się machaniem mieczem... Jak masz na imię? A może lepiej, jak się do ciebie zwracać?
– Altsin Awendeh.
– Popularne imię i nazwisko, często spotykane także wśród prowincjonalnej szlachty. Ród Awendehów ma ziemie na północ od miasta, inna jego gałąź na wschodzie, jakaś odnoga podobno wywędrowała do Imperium razem z wycofującą się armią. Jesteś z nimi spokrewniony?
– Nic mi o tym nie wiadomo. Czy to ważne?
– Nie... właściwie nie. Czego ode mnie oczekujesz?
– Właściwie... niczego, pani. Chciałem się przekonać, kim jest kobieta, która tak dużo znaczyła dla Sanwesa.
Zamknęła oczy, zamarła.
– Dużo? Jesteś pewien?
– Wiesz, kim był? Bawidamkiem, kochasiem za pieniądze. Zazwyczaj obdarzał... uwagą dwie lub trzy damy jednocześnie, a zapewniam cię, że potrafił to robić tak, że każda z nich była pewna jego wierności.
– Zazwyczaj?
Zadała to pytanie szeptem, z wciąż zamkniętymi powiekami.
– Tak. Gdy cię poznał, zmienił się. Byłaś tylko ty. I nie chciał, żebyś to ty spłaciła jego dług. Zastanawiałem się dlaczego. Nigdy nie miał oporów przed tym, żeby jego... – Altsin przez chwilę szukał odpowiedniego słowa. – ... jego...
– Kochanki?
– Tak, kochanki, zwracały pieniądze, które przegrał. Traktował to jak coś naturalnego. Ale w tym przypadku zrezygnował z proszenia cię o pieniądze.
– Może poprosił, ale odmówiłam, bo suma była za duża?
– Nie poprosił, bo było mu wstyd. A wstydzić się można tylko przed kimś, na kim nam zależy.
Otworzyła oczy, zawilgłe i smutne.
– Spłaciłabym jego dług bez względu na cenę. Powinien mi powiedzieć... Nie... nie zatłuczono by go jak zwierzęcia.
– Być może – przyznał obojętnie chłopak. – Choć mam wrażenie, że baron zbyt dobrze to zaplanował, żeby cokolwiek można było zmienić.
– Ewennet – syknęła baronowa i przez chwilę Altsin widział ją znów taką jak przed chwilą, kiedy stała ze sztyletem w ręku: zimną, skupioną i niebezpieczną.
– Tak. Ewennet-sek-Gres. Sądzę, że to on za tym stoi.
– Dobrze sądzisz. – Skinęła głową, wciąż z ogniem na dnie oczu. – Kręcił się wokół Sanwesa od miesiąca. Teraz widzę, że na niego polował, zastawiał pułapki, kusił. Był... bardzo przyjacielski.
Altsin opuścił wzrok i zaczął się bawić falbanką mankietu.
– Poznałaś ich ze sobą? – zapytał obojętnym tonem.
Miękkie, bolesne westchnienie sprawiło, że podniósł spojrzenie z powrotem na baronową.
– Tak. Poznałam ich ze sobą. Ale musisz zrozumieć – dodała szybko – że prowadzę dom otwarty. Nie jestem związana z żadnym ze stronnictw w Radzie, nikogo nie popieram i przeciw nikomu nie występuję. Mam udziały w kilku flotach, magazynach, warsztatach szkutniczych, mam kilka winnic poza miastem, które rok w rok przynoszą niezły zysk, a niezależność finansowa pozwala mi nie wiązać się z żadną ze stron w tej niekończącej się wojence o władzę nad miastem. Jestem neutralna i wszyscy to doceniają. W moim domu spotykają się ludzie, którzy nie kłaniają się sobie na ulicach, nie pozwalają na kontakty swoim żonom, dzieciom, a nawet służbie. Ale gdy dostaną zaproszenie od baronowej Lewender, przyjmą je bez wahania, bo wszyscy wiedzą, że podaję najlepsze wina, mam najlepszych muzyków i noszę się zgodnie z najnowszą modą. To u mnie ich żony podpatrują kroje sukien, które założą na następny bal, i styl, w jakim każą przemeblować swoje rezydencje.