Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Jeszcze trochę w nim zostało, ale… tak.
— Te złoża srebra przy granicy, o których wspominałeś. Nie przypominam sobie, by istniała tam jakaś kopalnia.
— Bo nie istnieje. Jakieś osiemdziesiąt lat temu kilka gildii kupieckich i banków założyło Kompanię Wydobywczą Południowych Magarhów. Mają oni… mieli sporo kopalń, póki niewolnicy ich nie zdobyli. I Kompania podjęła bardzo skuteczne działania, by nikt nie zaczął szukać srebra przy granicy z Wahesi. Zainwestowali grube pieniądze w górach i gdyby rynek został zalany tańszym kruszcem…
— Książę nie protestował?
— Mieli duże wpływy na dworze. I w Świątyni Ognia, i wśród Rodów Wojny.
Dowódca Bawołów sapnął niczym podrażniony byk.
— Nieprawda!
— Może i nie.
Evikiat uśmiechnął się łagodnie, niemal przepraszająco, ale Deana nie dała się nabrać na tę pozorną nieśmiałość. Tym razem Wielki Kohir poruszał się po swoim terenie, pieniądze, łapówki, machinacje. To był gąszcz, w którym żaden wojskowy nie orientował się lepiej od niego. No i miał teraz okazję wbić szpilę wielkim wojownikom za jawnie okazywane lekceważenie.
— Może nie — powtórzył — ale i Bawoły, i Słowiki zaczęły wysyłać mniej żołnierzy do pilnowania granicy w rejonie tych nowych złóż, za to każdy niezależny poszukiwacz, który próbował tam kopać, znikał. Bandyci rozplenili się w tym rejonie jak w żadnym innym. Powinieneś coś o tym słyszeć, bo Twierdza Czterech Księstw leży w końcu w pobliżu.
Kosse Oluwer pobladł, a Deana mimo woli uśmiechnęła się.
— No proszę, czyli da się ciebie wyprowadzić z równowagi, af’gemidzie. Dużo wam płacili?
Bawół odwrócił wzrok i zacisnął usta.
— Byłem wtedy tylko savhyrem, pani. Słyszałem… plotki. O ludziach, którzy co miesiąc odwiedzali dowódcę twierdzy i… zostawiali podarki.
Wielki Kohir znów chrząknął. A Deana znów się uśmiechnęła, nieco szerzej.
— Gromadzenie informacji o przepływie pieniądza w księstwie należy do moich obowiązków, pani. Roczne prezenty Kompanii Wydobywczej dla Rodu Bawołu i Rodu Słowika opiewały na sumę czterystu małych min w srebrze. To tradycyjna miara używana w rozliczeniach między bankami i państwami. Mała mina, moja pani, to nieco ponad funt czystego kruszcu.
— I nikogo to nie dziwiło?
— Oficjalnie Kompania dawała pieniądze na walkę z bandytami. Taka forma wspierania naszych żołnierzy jest akceptowaną tradycją.
Deana zaśmiała się głośno.
— Kiedy myślę, że już mnie nic nie zaskoczy… Nie, nic nie mów Oluwerze. Po prostu nic nie mów, dobrze? Zakładam, że Obrar z Kambehii kupił Trzciny i Bawoły za nieco więcej niż czterysta funtów srebra, ale nie mogę być tego pewna. Bo wystarczyło obdarować tylko tych na szczycie, a reszta po prostu wykonywała rozkazy. A Słowiki? No cóż, ich nawet nie trzeba było przekupywać. Wystarczyło zagrać na niechęci do ślepca na tronie.
Obaj af’gemidzi pochylili głowy.
— Więc teraz nadszedł czas pokory i zmazywania grzechów, wojownicy Agara — nawet nie starała się ukryć złośliwości w głosie. — Jednak oprócz odnowy i oczyszczenia potrzebujemy także pieniędzy. Ta górnicza kompania nadal istnieje, prawda?
— Oczywiście, pani. Ale ponieśli duże straty: zniszczone kopalnie, niewolnicy, którzy uciekli… Mam od nich całą listę próśb i skarg.
— Doskonale. Ogłoś, że jak tylko uporamy się z buntem, zamierzamy otworzyć kopalnię na południu. Że tamtejsze złoża są dziesięć razy większe niż w Magarhach i znacznie łatwiejsze do wydobycia.
— Rozumiem, pani. Za ile mam sprzedać im tę ziemię?
— Nie sprzedamy jej. — Deana patrzyła, jak Evikiat marszczy brwi. — Nie sprzedamy im ziemi, tylko prawo do wydobycia z niej kruszcu. Przez, powiedzmy, dziesięć lat. Oczywiście mogą sobie później odliczyć tę kwotę od normalnych podatków i danin. I nie im, tylko temu, kto więcej zapłaci. Puść w miasto plotkę o tym, ile Kompania Wydobywcza płaciła, by nie powstały tam kopalnie. Potrój sumę. To powinno rozbudzić apetyty. Innych gildii, banków, może nawet Świątyni Ognia. Każdy, kto ma pieniądze, będzie mógł wziąć udział w licytacji, by potem wykorzystać lub odsprzedać prawo do wydobycia kruszcu. Albo, jeśli taka będzie jego wola, nie ruszyć stamtąd ani uncji srebra. Ta Kompania Wydobywcza zamiast korumpować Rody Wojny, od początku powinna wpłacać srebro do skarbca.
Evikiat uśmiechnął się z uznaniem.
— Pieśni, które pamiętasz, pani, zawierają mnóstwo mądrości.
— To też. — Deana przeciągnęła się. — Poza tym jestem dość sprytna. Oczywiście jak na kobietę, prawda?
Wielki Kohir zarumienił się gwałtownie.
— Przepraszam, pani, ja nie…
Machnęła ręką.
— Wystarczy. Na razie najemnikom zapłacimy trzecią część obiecanego żołdu. Stać nas?
Evikiat z ociąganiem skinął głową.
— Tak myślałam. A ty pomyśl jeszcze o kilku innych rzeczach, które można by czasowo odsprzedać.
Wuar Sampore wciąż miał obiekcje, jakby nie podobała mu się sama idea płacenia najemnikom wyższego żołdu.
— Mamy na głowie powstanie, pani. Ludzie nie myślą o handlu i zyskach.
— Ludzie nie — Evikiat uprzedził ją, patrząc na af’gemida Słowików już bez poprzedniej nieśmiałości w oczach, w końcu sprawy pieniądza to jego świat. — Ale wielkie gildie kupieckie, kompanie handlowe, banki, to nie ludzie. W Imperium istnieje kompania handlowa, która ma już trzysta lat. Trzysta. Jak dalekosiężne trzeba mieć plany, by przetrwać tyle czasu? Dlatego jeśli zaproponujesz takim instytucjom handlowym interes z zyskami rozłożonymi na wiele lat, zaakceptują go. Choćby tylko po to, by inni nie mogli zarobić. Chciwość jest silniejsza niż strach. Zawsze była.
Deana odwróciła się do af’gemidów. Obaj mierzyli ją wzrokiem uważnym i czujnym. Jakby nagle urosła.
— Armia ma być gotowa do wyruszenia jutro rano. Drogą wzdłuż Tos aż do… — Postukała w mapę. — Jak się nazywa ta rzeka?
Mapę opisano w geijv, a Mowa Ognia wciąż sprawiała jej kłopoty. Evikiat czuwał.