Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 210
Перейти на страницу:

— Jesz­cze tro­chę w nim zo­sta­ło, ale… tak.

— Te zło­ża sre­bra przy gra­ni­cy, o któ­rych wspo­mi­na­łeś. Nie przy­po­mi­nam so­bie, by ist­nia­ła tam ja­kaś ko­pal­nia.

— Bo nie ist­nie­je. Ja­kieś osiem­dzie­siąt lat temu kil­ka gil­dii ku­piec­kich i ban­ków za­ło­ży­ło Kom­pa­nię Wy­do­byw­czą Po­łu­dnio­wych Ma­gar­hów. Mają oni… mie­li spo­ro ko­palń, póki nie­wol­ni­cy ich nie zdo­by­li. I Kom­pa­nia pod­ję­ła bar­dzo sku­tecz­ne dzia­ła­nia, by nikt nie za­czął szu­kać sre­bra przy gra­ni­cy z Wa­he­si. Za­in­we­sto­wa­li gru­be pie­nią­dze w gó­rach i gdy­by ry­nek zo­stał za­la­ny tań­szym krusz­cem…

— Ksią­żę nie pro­te­sto­wał?

— Mie­li duże wpły­wy na dwo­rze. I w Świą­ty­ni Ognia, i wśród Ro­dów Woj­ny.

Do­wód­ca Ba­wo­łów sap­nął ni­czym po­draż­nio­ny byk.

— Nie­praw­da!

— Może i nie.

Evi­kiat uśmiech­nął się ła­god­nie, nie­mal prze­pra­sza­ją­co, ale De­ana nie dała się na­brać na tę po­zor­ną nie­śmia­łość. Tym ra­zem Wiel­ki Ko­hir po­ru­szał się po swo­im te­re­nie, pie­nią­dze, ła­pów­ki, ma­chi­na­cje. To był gąszcz, w któ­rym ża­den woj­sko­wy nie orien­to­wał się le­piej od nie­go. No i miał te­raz oka­zję wbić szpi­lę wiel­kim wo­jow­ni­kom za jaw­nie oka­zy­wa­ne lek­ce­wa­że­nie.

— Może nie — po­wtó­rzył — ale i Ba­wo­ły, i Sło­wi­ki za­czę­ły wy­sy­łać mniej żoł­nie­rzy do pil­no­wa­nia gra­ni­cy w re­jo­nie tych no­wych złóż, za to każ­dy nie­za­leż­ny po­szu­ki­wacz, któ­ry pró­bo­wał tam ko­pać, zni­kał. Ban­dy­ci roz­ple­ni­li się w tym re­jo­nie jak w żad­nym in­nym. Po­wi­nie­neś coś o tym sły­szeć, bo Twier­dza Czte­rech Księstw leży w koń­cu w po­bli­żu.

Kos­se Olu­wer po­bladł, a De­ana mimo woli uśmiech­nę­ła się.

— No pro­szę, czy­li da się cie­bie wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi, af’ge­mi­dzie. Dużo wam pła­ci­li?

Ba­wół od­wró­cił wzrok i za­ci­snął usta.

— By­łem wte­dy tyl­ko sa­vhy­rem, pani. Sły­sza­łem… plot­ki. O lu­dziach, któ­rzy co mie­siąc od­wie­dza­li do­wód­cę twier­dzy i… zo­sta­wia­li po­dar­ki.

Wiel­ki Ko­hir znów chrząk­nął. A De­ana znów się uśmiech­nę­ła, nie­co sze­rzej.

— Gro­ma­dze­nie in­for­ma­cji o prze­pły­wie pie­nią­dza w księ­stwie na­le­ży do mo­ich obo­wiąz­ków, pani. Rocz­ne pre­zen­ty Kom­pa­nii Wy­do­byw­czej dla Rodu Ba­wo­łu i Rodu Sło­wi­ka opie­wa­ły na sumę czte­ry­stu ma­łych min w sre­brze. To tra­dy­cyj­na mia­ra uży­wa­na w roz­li­cze­niach mię­dzy ban­ka­mi i pań­stwa­mi. Mała mina, moja pani, to nie­co po­nad funt czy­ste­go krusz­cu.

— I ni­ko­go to nie dzi­wi­ło?

— Ofi­cjal­nie Kom­pa­nia da­wa­ła pie­nią­dze na wal­kę z ban­dy­ta­mi. Taka for­ma wspie­ra­nia na­szych żoł­nie­rzy jest ak­cep­to­wa­ną tra­dy­cją.

De­ana za­śmia­ła się gło­śno.

— Kie­dy my­ślę, że już mnie nic nie za­sko­czy… Nie, nic nie mów Olu­we­rze. Po pro­stu nic nie mów, do­brze? Za­kła­dam, że Ob­rar z Kam­be­hii ku­pił Trzci­ny i Ba­wo­ły za nie­co wię­cej niż czte­ry­sta fun­tów sre­bra, ale nie mogę być tego pew­na. Bo wy­star­czy­ło ob­da­ro­wać tyl­ko tych na szczy­cie, a resz­ta po pro­stu wy­ko­ny­wa­ła roz­ka­zy. A Sło­wi­ki? No cóż, ich na­wet nie trze­ba było prze­ku­py­wać. Wy­star­czy­ło za­grać na nie­chę­ci do ślep­ca na tro­nie.

Obaj af’ge­mi­dzi po­chy­li­li gło­wy.

— Więc te­raz nad­szedł czas po­ko­ry i zma­zy­wa­nia grze­chów, wo­jow­ni­cy Aga­ra — na­wet nie sta­ra­ła się ukryć zło­śli­wo­ści w gło­sie. — Jed­nak oprócz od­no­wy i oczysz­cze­nia po­trze­bu­je­my tak­że pie­nię­dzy. Ta gór­ni­cza kom­pa­nia na­dal ist­nie­je, praw­da?

— Oczy­wi­ście, pani. Ale po­nie­śli duże stra­ty: znisz­czo­ne ko­pal­nie, nie­wol­ni­cy, któ­rzy ucie­kli… Mam od nich całą li­stę próśb i skarg.

— Do­sko­na­le. Ogłoś, że jak tyl­ko upo­ra­my się z bun­tem, za­mie­rza­my otwo­rzyć ko­pal­nię na po­łu­dniu. Że tam­tej­sze zło­ża są dzie­sięć razy więk­sze niż w Ma­gar­hach i znacz­nie ła­twiej­sze do wy­do­by­cia.

— Ro­zu­miem, pani. Za ile mam sprze­dać im tę zie­mię?

— Nie sprze­da­my jej. — De­ana pa­trzy­ła, jak Evi­kiat marsz­czy brwi. — Nie sprze­da­my im zie­mi, tyl­ko pra­wo do wy­do­by­cia z niej krusz­cu. Przez, po­wiedz­my, dzie­sięć lat. Oczy­wi­ście mogą so­bie póź­niej od­li­czyć tę kwo­tę od nor­mal­nych po­dat­ków i da­nin. I nie im, tyl­ko temu, kto wię­cej za­pła­ci. Puść w mia­sto plot­kę o tym, ile Kom­pa­nia Wy­do­byw­cza pła­ci­ła, by nie po­wsta­ły tam ko­pal­nie. Po­trój sumę. To po­win­no roz­bu­dzić ape­ty­ty. In­nych gil­dii, ban­ków, może na­wet Świą­ty­ni Ognia. Każ­dy, kto ma pie­nią­dze, bę­dzie mógł wziąć udział w li­cy­ta­cji, by po­tem wy­ko­rzy­stać lub od­sprze­dać pra­wo do wy­do­by­cia krusz­cu. Albo, je­śli taka bę­dzie jego wola, nie ru­szyć stam­tąd ani un­cji sre­bra. Ta Kom­pa­nia Wy­do­byw­cza za­miast ko­rum­po­wać Rody Woj­ny, od po­cząt­ku po­win­na wpła­cać sre­bro do skarb­ca.

Evi­kiat uśmiech­nął się z uzna­niem.

— Pie­śni, któ­re pa­mię­tasz, pani, za­wie­ra­ją mnó­stwo mą­dro­ści.

— To też. — De­ana prze­cią­gnę­ła się. — Poza tym je­stem dość spryt­na. Oczy­wi­ście jak na ko­bie­tę, praw­da?

Wiel­ki Ko­hir za­ru­mie­nił się gwał­tow­nie.

— Prze­pra­szam, pani, ja nie…

Mach­nę­ła ręką.

— Wy­star­czy. Na ra­zie na­jem­ni­kom za­pła­ci­my trze­cią część obie­ca­ne­go żoł­du. Stać nas?

Evi­kiat z ocią­ga­niem ski­nął gło­wą.

— Tak my­śla­łam. A ty po­myśl jesz­cze o kil­ku in­nych rze­czach, któ­re moż­na by cza­so­wo od­sprze­dać.

Wuar Sam­po­re wciąż miał obiek­cje, jak­by nie po­do­ba­ła mu się sama idea pła­ce­nia na­jem­ni­kom wyż­sze­go żoł­du.

— Mamy na gło­wie po­wsta­nie, pani. Lu­dzie nie my­ślą o han­dlu i zy­skach.

— Lu­dzie nie — Evi­kiat uprze­dził ją, pa­trząc na af’ge­mi­da Sło­wi­ków już bez po­przed­niej nie­śmia­ło­ści w oczach, w koń­cu spra­wy pie­nią­dza to jego świat. — Ale wiel­kie gil­die ku­piec­kie, kom­pa­nie han­dlo­we, ban­ki, to nie lu­dzie. W Im­pe­rium ist­nie­je kom­pa­nia han­dlo­wa, któ­ra ma już trzy­sta lat. Trzy­sta. Jak da­le­ko­sięż­ne trze­ba mieć pla­ny, by prze­trwać tyle cza­su? Dla­te­go je­śli za­pro­po­nu­jesz ta­kim in­sty­tu­cjom han­dlo­wym in­te­res z zy­ska­mi roz­ło­żo­ny­mi na wie­le lat, za­ak­cep­tu­ją go. Choć­by tyl­ko po to, by inni nie mo­gli za­ro­bić. Chci­wość jest sil­niej­sza niż strach. Za­wsze była.

De­ana od­wró­ci­ła się do af’ge­mi­dów. Obaj mie­rzy­li ją wzro­kiem uważ­nym i czuj­nym. Jak­by na­gle uro­sła.

— Ar­mia ma być go­to­wa do wy­ru­sze­nia ju­tro rano. Dro­gą wzdłuż Tos aż do… — Po­stu­ka­ła w mapę. — Jak się na­zy­wa ta rze­ka?

Mapę opi­sa­no w ge­ijv, a Mowa Ognia wciąż spra­wia­ła jej kło­po­ty. Evi­kiat czu­wał.

1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)