Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Kiedy załadowaliśmy do wozu wszystko, co wydawało się Yulowi niezbędne, i w drodze powrotnej do stacji paliw utknęliśmy w następnym korku, zagadnąłem go:
— Domyślasz się, że świat jest bardzo stary, prawda?
— Pewnie — odparł bez namysłu. — Długo pływałem tratwami po tamtych rzekach. Całe lata. Tam wszędzie na brzegach leżą kamienie, wielkie jak domy. Odrywają się od ścian wąwozów i spadają. Jest ich mnóstwo, tak jakby spadały bez przerwy.
— A nie spadają?
— Popatrz tutaj: jedziesz tą drogą i widzisz na jezdni ślady hamowania, tak jak w tym miejscu. Nic wielkiego, każdy głupi wie, że można wpaść w poślizg. Ale kiedy zaczynasz widzieć dużo tych śladów, dochodzisz do wniosku, że poślizgi zdarzają się często. Zatem kiedy widzisz dużo kamieni w wąwozie, to myślisz, że często spadają. Więc ja też czekałem, aż zobaczę taki spadający głaz: spływałem sobie na tratwie z klientami, rozumiesz, oni szli spać albo o czymś tam sobie gadali, a ja zerkałem na ściany wąwozu i czekałem.
— I się nie doczekałeś.
— Nie, ani razu.
— Z czego wywnioskowałeś, że w grę wchodzi zupełnie inna skala czasu.
— No właśnie, kiedyś próbowałem to sobie nawet porachować. My tu nie mamy teoryki, ale przez pięć lat obserwowałem taką jedną rzekę i przez pięć lat nic do niej nie spadło, ani jeden kamulec. Gdyby Arbre miała tylko pięć tysięcy lat, wszystkie kamienie zalegające dno wąwozu musiałyby pospadać w tym właśnie czasie, nie? No to i ja powinienem coś zobaczyć.
— Ludziom z twojej arki nie spodobało się, kiedy im o tym opowiedziałeś.
— Nie bez powodu wyjechałem z Sambie.
Na tym rozmowa się skończyła. Natrafiliśmy na wieczorne godziny szczytu, jechaliśmy długo, powoli i w milczeniu. Fascynowały mnie oglądane przez szyby mobów migawki z życia innych ludzi i nagle uderzyło mnie, jak bardzo życie Yula różni się od tego, które oni prowadzą.
Zdziwił mnie trochę sposób, w jaki dołączył do naszej wyprawy. Nie zauważyłem oznak żadnego racjonalnego procesu: nie było gromadzenia faktów, porównywania różnych opcji… Ale Yul tak właśnie żył. Zdałem sobie sprawę, że Gnel wcale nie zaprosił go do nas na stację: Yul po prostu przyjechał. Codziennie robił coś nowego, codziennie w nowym towarzystwie, i z tego powodu tak samo jak ja nie pasował do tłumu stojącego w korku.
Patrzyłem na pasażerów mobów i zastanawiałem się, jak żyją. Przed tysiącami lat ludzka praca została podzielona na zawody i stanowiska, w których i na których wszystkie dni wyglądały tak samo; odbywała się w ramach organizacji, gdzie człowiek był elementem wymiennym. I gdzieś po drodze ludzie zagubili swoje historie. Tak się musiało stać, w taki sposób uzyskiwało się wydajną gospodarkę — lecz nietrudno było dostrzec w tym machinacje świadomej woli, może nie do końca złej, ale z pewnością samolubnej. Ci, którzy stworzyli ten system, zazdrościli innym nie pieniędzy i nie władzy, tylko właśnie historii. Jeżeli ich pracownicy, wracając do domu po ciężkim dniu, mieli coś ciekawego do opowiedzenia, znaczyło to, że coś poszło nie tak: była przerwa w dostawie prądu, wybuchł strajk, szaleniec urządził rzeź. Najwyżsi nie zamierzali dopuścić do tego, żeby inni ludzie mieli własne historie do opowiedzenia — chyba że będą to fałszywe, fikcyjne opowieści, motywujące ich do cięższej pracy. Ci, którzy nie potrafili żyć bez historii, trafili do koncentów albo do takich zawodów jak Yul, a reszta musiała poza miejscem pracy szukać poczucia przynależności do jakiejś historii — stąd chyba brało się u sekularów powszechne zainteresowanie sportem i religią. Jak inaczej można było stać się elementem przygody, częścią czegoś, co ma początek, środek i koniec i w czym odgrywa się znaczącą rolę? My, deklaranci, mieliśmy łatwiej, bo z założenia byliśmy cząstką procesu, w którym chodziło o uczenie się nowych rzeczy. I jeśli nawet ten proces dla niektórych z nas toczył się zbyt wolno (tak jak dla Jesry’ego), to jednak posuwał się naprzód; każdy z nas mógł powiedzieć, na jakim jest etapie i jaką ma rolę do odegrania. Yul dostawał to samo za półdarmo, ponieważ codziennie przeżywał swoje historie; ceną, jaką za to płacił, była niewielka waga, jaką cały świat przywiązywał do jego opowieści. Może właśnie dlatego czuł potrzebę opowiadania — nie tylko o swoich dokonaniach w dzikich krainach, ale także o przygodach klientów.
Dojechaliśmy wreszcie na stację. Yul wypakował przenośną kuchnię i zaczął pichcić kolację. Nie ogłosił oficjalnie, że do nas dołączy, ale jego słowa nie pozostawiały co do tego wątpliwości, więc po jakimś czasie Gnel poszedł do właściciela stacji i dogadał się z nim, żeby Cord mogła zostawić swój aport na parkingu na jakieś dwa tygodnie. Cord zaczęła przenosić rzeczy do wozu Yula, który przyglądał się temu znad kuchenki i wkrótce zaczął biadolić — w żartach — nad masą zbędnych, jego zdaniem, gratów, które usiłowała wepchnąć do jego domu na kołach. Cord nie pozostała mu dłużna i odpysknęła coś raz, potem drugi… Po minucie przerzucali się takimi bluzgami, że uszy więdły. Nie mogłem wtrącić się do ich sprzeczki (tak jak nie mógłbym im przerwać, gdyby się bili lub całowali), podszedłem więc do Sammanna.
— Znalazłem ten szpil z rakietą — poinformował mnie. — Miałeś rację, naprawdę była ogromna. Jedna z największych, jakie się dziś wystrzeliwuje.
— Coś jeszcze?
— Ciekawy ładunek. Kształtem i wielkością pasuje do pojazdu, którym zwykle wywozi się ludzi w kosmos.
— Ilu?
— Maksymalnie ośmiu.
— Wiadomo, kto jest na pokładzie albo po co polecieli?
Sammann pokręcił głową.
— Nie, chyba żeby sam brak informacji uznać za informację.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Najwyżsi twierdzą, że to pojazd bezzałogowy, sterowany przez syntakt. Podobno chcą przetestować jakiś nowy układ.
Spojrzałem na niego znacząco, na co uśmiechnął się i rozłożył ręce.
— No wiem, wiem… Popytałem w kilku znanych mi retikulach; może za parę dni coś będziemy mieli.
— Za parę dni to my będziemy na biegunie.
— Za parę dni biegun może być najrozsądniejszym miejscem pobytu.
Następnego dnia rano, po obfitym śniadaniu przyrządzonym przez Yula i Cord, wyruszyliśmy na północ. Aport Cord został na parkingu i nasza karawana składała się z pojazdów Crade’ów: aport Yulassetara wiózł większość sprzętu, aport Ganeliala — wstawiony na skrzynię trójkołowiec.
Pierwszy odcinek trasy prowadził na północ i w dół, na nadbrzeżną równinę, gdzie należało skręcić w prawo i łagodnym lewym łukiem objechać zatokę północnego oceanu. W głębi zatoki leżał dawniej — przez dwa stulecia pierwszego milenium p.r., kiedy zatoka nie zamarzała przez cały rok — największy port świata. Ze względu na swoje położenie szczątki portu stały się później „najpłytszymi” — a więc także najłatwiej dostępnymi — ze wszystkich ruin. Większość arcydzieł inżynierii portowej (wiadukty, falochrony, mosty) została połupana na kawałki przez złomiarzy, którzy wyrywali zalane syntetycznym kamieniem zbrojenia i wywozili je w inne okolice, gdzie istniało zapotrzebowanie na metal. Na kopcach gruzów wyrosły olbrzymie drzewa, a jedyną ocalałą konstrukcją sprzed wieków był most wiszący, przerzucony nad uchodzącą do zatoki olbrzymią rzeką. Znajdował się na takiej wysokości, że nie zagrażały mu fale paku lodowego. O tej porze roku lodu nie było nigdzie widać, ale pozostały po nim wyraźne blizny na usłanych gruzem brzegach. Zrujnowany port pełnił rolę wioski rybackiej i przystanku drumonów. Zamieszkiwało go — latem — kilkaset osób. Po tym, jak go minęliśmy i odbiliśmy w głąb lądu, prawie dokładnie na północ, napotykaliśmy już tylko małe, rzadko rozsiane osady, których ubywało w miarę, jak wspinaliśmy się na zalesione wzgórza. Po ich drugiej stronie powitał nas zupełnie inny krajobraz, zimny i suchy — tutaj mało które drzewo sięgało wyżej niż na wysokość głowy dorosłego człowieka. Ruch prawie zamarł: przez godzinę nie napotkaliśmy żadnego pojazdu, w końcu zatrzymaliśmy się na kamienistym brzegu rzeki, ustawiliśmy aporty w taki sposób, żeby nie było ich widać z drogi, i spędziliśmy noc w kombiworach.