Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Wydaje mi się — wolno powiedziała Egwene — że Sheriam już trochę nam o tym napomykała. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym być w niedostatecznym stopniu Aes Sedai.
— Ona głosi pewną teorię. Twierdzi, że dokonałyśmy selekcji gatunku ludzkiego. Czy wiesz, co to jest selekcjonowanie? Usuwanie ze stada zwierząt, których cechy ci się nie podobają.
Egwene przytaknęła z rozdrażnieniem: każdy, kto wyrastał w otoczeniu hodowców owiec, musiał się znać na selekcji stad.
— Sheriam Sedai mówi, że dzięki Czerwonym Ajah, które od trzech tysięcy lat polują na mężczyzn zdolnych do przenoszenia Mocy, wytrzebiłyśmy w nas zdolność do przenoszenia. Na twoim miejscu nie wspominałabym o tym w towarzystwie Czerwonych. Sheriam Sedai uczestniczyła w niejednej awanturze na ten temat, a zresztą jesteśmy tylko nowicjuszkami.
— Nie powiem ani słowa.
Elayne umilkła, po czym dodała:
— Czy Rand ma się dobrze?
Egwene poczuła nagłe ukłucie zazdrości — Elayne była bardzo piękna — lecz zaraz potem jeszcze silniejsze drgnienie serca, które oznaczało strach. Przywołała na myśl te strzępy wspomnień, które zachowała z opowieści Randa na temat spotkania z dziedziczką tronu i jej niepokój rozproszył się: Elayne raczej nie mogła wiedzieć, że Rand potrafi przenosić Moc.
— Egwene?
— Ma się jak najlepiej.
„Mam nadzieję, że ten wełnianogłowy idiota ma się dobrze”.
— Ostatnim razem, jak go widziałam, odjeżdżał konno w towarzystwie shienarańskich żołnierzy.
— Shienarańskich żołnierzy! Mnie powiedział, że jest pasterzem. — Potrząsnęła głową. — Zdarza mi się o nim myśleć w najdziwniejszych momentach. Zdaniem Elaidy on jest z jakiegoś powodu ważny. Wprawdzie nie powiedziała tego otwarcie, ale rozkazała go szukać i wpadła w furię, gdy się dowiedziała, że wyjechał z Caemlyn.
— Elaida?
— Elaida Sedai. Doradczyni mojej matki. Należy do Czerwonych Ajah, ale mimo to moja matka zdaje się ją lubić.
Egwene zaschło w ustach.
„Czerwona Ajah, która interesuje się Randem”.
— Ja... nie wiem, gdzie on teraz jest. Opuścił Shienar i nie sądzę, by miał tam wrócić.
Elayne obdarzyła ją krytycznym spojrzeniem.
— Nie zdradziłabym Elaidzie, gdzie ma go szukać, gdybym to wiedziała, Egwene. Nic mi nie wiadomo, aby uczynił coś złego; obawiam się nadto, że ona chce go w jakiś sposób wykorzystać. W każdym razie nie widziałam jej od dnia, w którym tu przybyłyśmy, wlokąc za sobą Białe Płaszcze, które niczym gończe psy szły naszym śladem. Wciąż jeszcze obozują na zboczu Góry Smoka. — Poderwała się znienacka na równe nogi. — Porozmawiajmy o czymś weselszym. Są tu jeszcze dwie inne dziewczyny, znające Randa, chciałabym, abyś poznała jedną z nich.
Ujęła Egwene za rękę i wyciągnęła ją z pokoju.
— Dwie dziewczyny? Rand najwyraźniej poznaje wiele dziewczyn...
— Hmmmm? — Elayne przyjrzała się jej bacznie, nadal ciągnąc za sobą w głąb korytarza. — Tak. No cóż. Jedna z nich to leniwa dzierlatka, nazywa się Else Grinwell. Moim zdaniem nie pobędzie tu długo. Wymiguje się od codziennych posług i wiecznie wykrada, by móc podpatrywać Strażników przy ich ćwiczeniach z mieczami. Twierdzi, że Rand trafił do farmy jej ojca razem ze swym przyjacielem, Matem. Niechybnie nakładli jej do głowy wyobrażeń o świecie, który leży za następną wsią, więc uciekła z domu, żeby zostać Aes Sedai.
— Mężczyźni — mruknęła Egwene. — Jak ja podaruję kilka tańców jakiemuś miłemu chłopcu, to Rand zaraz zaczyna się boczyć niczym pies, którego bolą zęby, a on...
Urwała, w dalszej części korytarza pojawiła się bowiem ludzka sylwetka. Elayne też przystanęła w pół kroku i ścisnęła mocniej dłoń Egwene.
Mężczyzna nie miał w sobie nic takiego, co mogłoby wywołać niepokój, jedynie to jego niespodziane pojawienie się mogło zaniepokoić. Był wysoki i przystojny, wchodził już w średni wiek, miał długie, ciemne, wijące się włosy, jednakże garbił ramiona, a w jego oczach czaił się smutek. Nie wykonał ani jednego ruchu w stronę Egwene i Elayne, stał tylko i patrzył na nie, aż w końcu za jego ramieniem pojawiła się jedna z Przyjętych.
— Nie powinno cię tu być — powiedziała do niego tonem nie pozbawionym uprzejmości.
— Chciałem się przejść. — Mówił głębokim głosem, równie smutnym jak oczy.
— Mogłeś się przejść po ogrodzie, tam gdzie ci kazano przebywać. Słońce dobrze ci zrobi.
Mężczyzna parsknął gorzkim śmiechem.
— Przy czym dwie albo trzy z was będą pilnowały każdego mojego kroku? Boicie się po prostu, że znajdę jakiś nóż. — Widząc wyraz oczu Przyjętej, znowu się zaśmiał. — Dla siebie, kobieto. Dla siebie. Prowadź mnie do waszego ogrodu i waszych czujnych oczu.
Przyjęta ujęła go lekko za ramię i poprowadziła przed siebie.
— Logain — powiedziała Elayne, gdy mężczyzna zniknął już z korytarza.
— Fałszywy Smok!
— Został poskromiony, Egwene. Nie jest już bardziej niebezpieczny niż inni mężczyźni. Pamiętam jednak, jak wyglądał przedtem, kiedy aż sześć Aes Sedai musiało go pilnować, by nie wykorzystał Mocy i nie zniszczył nas wszystkich.
Zadygotała.
Egwene też poczuła, jak przeszywa ją dreszcz. Właśnie to Czerwone Ajah mogły zrobić z Randem.
— Czy zawsze trzeba ich poskramiać? — spytała.
Elayne zapatrzyła się na nią z ustami otwartymi ze zdumienia, więc szybko dodała:
— No, bo mogłabym pomyśleć, że Aes Sedai znajdą jakiś inny sposób na radzenie sobie z nimi. Anaiya i Moiraine mówiły, że największe dzieła Wieku Legend wymagały współdziałania mężczyzn i kobiet przy korzystaniu z Mocy. Po prostu wydawało mi się, że będą próbowały znaleźć jakąś inną drogę.
— Cóż, nie dopuść, by jakaś Czerwona siostra słyszała, jak głośno o tym myślisz. Egwene, one istotnie próbowały. Próbowały przez trzysta lat od czasu zbudowania Białej Wieży. Poddały się, ponosiły kolejne porażki. Chodź. Chcę, żebyś poznała Min. Na szczęście nie w ogrodzie, do którego udał się Logain, dzięki Światłości.
Imię to wydawało się Egwene dziwnie znajome, a gdy zobaczyła młodą kobietę, wiedziała już dlaczego. W ogrodzie płynął wąski strumyk, przez który przerzucony był niski kamienny mostek. Na ograniczającym go murze siedziała na skrzyżowanych nogach Min. Była ubrana w obcisłe męskie spodnie i workowatą koszulę, dzięki krótko przyciętym włosom mogła nieomal uchodzić za chłopca, jakkolwiek bardzo urodziwego. Obok niej, na zwieńczeniu muru, leżał szary kaftan.
— Znam cię — powiedziała Egwene. — Pracowałaś w karczmie w Baerlon.
Powierzchnię wody płynącej pod mostkiem marszczył lekki wiatr, wśród drzew rosnących w ogrodzie ćwierkały szaropiórki.
Min uśmiechnęła się.
— A ty byłaś z tymi, którzy sprowadzili Sprzymierzeńców Ciemności, co to usiłowali nas spalić. Nie, nie przejmuj się. Posłaniec, który przybył mnie zabrać, przywiózł z sobą dość złota, by pan Fitch mógł odbudować karczmę, i to dwukrotnie większą niż miał uprzednio. Dzień dobry, Elayne. Nie ślęczysz przy swoich naukach? Ani przy jakichś garnkach?
Zostało to wypowiedziane żartobliwym tonem, jakby obydwie kobiety przyjaźniły się ze sobą i mogły przekomarzać się, nie wywołując urazy. Uśmiech Elayne to potwierdził.
— Widzę, że Sheriam nie potrafiła cię jeszcze zmusić, byś ubrała się w suknię.
W śmiechu Min zabrzmiała złośliwa nuta.
— Nie jestem nowicjuszką.
Zaczęła mówić piskliwym głosem:
— Tak, Aes Sedai. Nie, Aes Sedai. Czy mogę zamieść jeszcze którąś podłogę, Aes Sedai? Ja — dodała, powracając do swej zwykłej, niskiej barwy głosu — ubieram się tak, jak chcę. — Zwróciła się do Egwene. — Czy Rand ma się dobrze?