Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 110 111 112 113 114 115 116 117 118 ... 173
Перейти на страницу:

Słu­żą­ca cze­ka­ła cier­pli­wie, aż skoń­czy się prze­glą­dać, po czym bez sło­wa, sze­lesz­cząc suk­nią, po­pro­wa­dzi­ła go do skrom­nie urzą­dzo­ne­go po­ko­iku. Gołe ścia­ny, nie­wiel­kie biur­ko z jed­nym tyl­ko fo­te­lem, mała szaf­ka za­wa­lo­na pa­pie­ra­mi, drzwi do są­sied­nie­go po­miesz­cze­nia i po­je­dyn­cze okno wy­cho­dzą­ce na ogród. Wszyst­ko, łącz­nie z me­bla­mi, w ko­lo­rach bie­li i różu. Alt­sin nie znał ak­tu­al­nej mody wy­star­cza­ją­co, żeby stwier­dzić, czy to obo­wią­zu­ją­ca we wszyst­kich do­mach ary­sto­kra­cji ko­lo­ry­sty­ka, czy też oso­bi­ste upodo­ba­nie ba­ro­no­wej. Po­dob­no lu­dzie lu­bią­cy ja­sne ko­lo­ry są ra­do­śni i szczę­śli­wi.

– Pro­szę cze­kać, pani za­raz przyj­dzie. – Słu­żą­ca dy­gnę­ła raz jesz­cze i zo­stał sam.

Pod­szedł do okna. Ogród wy­glą­dał wspa­nia­le, a co naj­waż­niej­sze, wy­so­kie krze­wy sku­tecz­nie za­sła­nia­ły naj­bliż­sze bu­dyn­ki. Ten po­ko­ik za­pew­niał spo­kój i nada­wał się ide­al­nie do za­ła­twia­nia in­te­re­sów, o któ­rych nikt nie po­wi­nien wie­dzieć.

– Wi­dok jest ład­niej­szy, gdy krze­wy kwit­ną – usły­szał zza ple­ców.

– Na ró­żo­wo?

– Oczy­wi­ście. Czy on ka­zał mnie do­dat­ko­wo ob­ra­żać? Sta­nie ty­łem do go­spo­dy­ni na­wet wśród pod­miej­skiej szlach­ty po­win­no ucho­dzić za nie­takt. Chy­ba że na pro­win­cji oby­cza­je cał­kiem już pod­upa­dły.

Od­wró­cił się i ukło­nił. Lek­ko, ale wyraźnie. Plan, któ­ry so­bie uło­żył – przed­sta­wić się jako przy­bysz z od­le­głej czę­ści księ­stwa, szu­ka­ją­cy za­gi­nio­ne­go krew­ne­go – mu­siał ulec zmia­nie. Ba­ro­no­wa wy­raź­nie po­my­li­ła go z kimś, kogo za­mie­rza­ła przy­jąć dys­kret­nie i... są­dząc po po­brzmie­wa­ją­cym w gło­sie gnie­wie, kogo uwa­ża­ła za wy­jąt­ko­wo nie­mi­łe­go go­ścia.

Była ni­ska, ra­czej pulch­na, ru­da­wa. Na spo­tka­nie za­ło­ży­ła zwy­kłą, pro­stą suk­nię, ozdo­bio­ną je­dy­nie de­li­kat­nym ha­ftem przy man­kie­tach i koł­nie­rzu. Suk­nia mia­ła, zgod­nie z naj­now­szą modą, spo­ry de­kolt, więc Alt­sin mógł od razu stwier­dzić, dla­cze­go San­wes na­zy­wał ją Bie­dron­ką. Pie­gi mia­ła wszę­dzie i nie ro­bi­ła nic, żeby je za­ma­sko­wać. Przez mgnie­nie oka za­sta­na­wiał się, czy to ja­kaś for­ma obe­lgi, byle jaki strój, brak ma­ki­ja­żu, wło­sy le­d­wo co spię­te. I oczy, w któ­rych ki­pia­ła po­gar­da i ab­so­lut­na, po­wstrzy­my­wa­na całą siłą woli wście­kłość. Gdy­by mo­gła, naj­pew­niej ka­za­ła­by go po pro­stu obić i wy­rzu­cić za drzwi.

– Ja­kie­kol­wiek oby­cza­je czło­wiek przy­nie­sie z pro­win­cji – za­czął, nie spusz­cza­jąc z niej wzro­ku – mu­szą ustą­pić tym na­ukom, któ­re po­bie­ra się w wiel­kim świe­cie.

Przez kil­ka ude­rzeń ser­ca pa­trzy­ła mu pro­sto w oczy.

– Tak – rzu­ci­ła ci­cho. – Oczy­wi­ście. Mieć pre­ten­sje do po­słań­ca, to jak ża­lić się na wiatr, że wie­je, albo deszcz, że pada.

Prze­chy­li­ła gło­wę na lewą stro­nę, wdzięcz­nym, dziew­czę­cym ru­chem od­gar­nę­ła wło­sy za ucho.

– Pra­wie mogę so­bie to wy­obra­zić: mło­dy, szla­chet­ny i głu­pi wy­ro­stek, wy­sła­ny do Pon­kee-Laa, bo w ro­dzin­nym ma­jąt­ku le­d­wo wy­star­cza na chleb. Trze­ci albo pią­ty syn, bez szans na odzie­dzi­cze­nie ka­wał­ka zie­mi, szu­ka­ją­cy zna­jo­mych albo krew­nych, któ­rzy po­le­cą go ko­muś z Wy­so­kie­go Mia­sta. I pró­bu­ją­cy trzy­mać się za­sad, po­stę­po­wać ho­no­ro­wo i uczci­wie. Gdy­by wciąż wła­dał tu Me­ekhan, pew­nie tra­fił­by do ar­mii albo zo­stał wy­so­kim urzęd­ni­kiem, ale te­raz te dro­gi są za­mknię­te. Więc trze­ba zna­leźć pro­tek­to­ra. Po­chy­lić kark, po­ca­ło­wać upier­ście­nio­ną dłoń ja­kie­goś nu­wo­ry­sza, co to ku­pił so­bie ty­tuł le­d­wo po­ko­le­nie temu, do­ra­bia­jąc się na han­dlu fo­czym sa­dłem czy in­nym pa­skudz­twem. Sta­ra szlach­ta par­szy­wie­je, a nowi wład­cy mia­sta mają mnó­stwo ucie­chy, wi­dząc sy­nów zna­ko­mi­tych ro­dów wy­cie­ra­ją­cych krze­sła w przed­sion­kach.

Usia­dła przy biur­ku, wzię­ła do ręki plik kar­tek i za­czę­ła się wa­chlo­wać.

– Nie jest ci cięż­ko? Kła­niać się do­rob­kie­wi­czom? Ukry­wać wła­sne na­zwi­sko? Na­cho­dzić sa­mot­ne ko­bie­ty, by je pod­le szan­ta­żo­wać? – Uśmiech­nę­ła się, a w tym uśmie­chu był szty­let. – Praw­dę po­wie­dziaw­szy, gdy­bym mia­ła wy­bie­rać mię­dzy ta­kim po­zba­wio­nym za­sad ka­rie­ro­wi­czem a ulicz­nym rze­zi­miesz­kiem, wy­bra­ła­bym zło­dzie­ja. Są uczciw­si i mają wię­cej ho­no­ru.

Po­now­nie spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

– Ale prze­cież tak wła­śnie zro­bi­łaś – prze­rwał na ude­rze­nie ser­ca – pani.

Pa­pie­ry wy­pa­dły jej z rąk, uśmiech znikł. Pie­gi uwy­dat­ni­ły się na po­kry­tej śmier­tel­ną bla­do­ścią skó­rze.

– Skąd...? – wy­szep­ta­ła. – Nie... nie­waż­ne... Hra­bia ma dość lu­dzi i środ­ków. Cze­go więc chce te­raz? Nie, nie mów, sama zgad­nę. Mam dla nie­go szpie­go­wać? Przy­jąć pro­po­zy­cję Gla­we­rii-gur-Do­res i po­przeć stron­nic­two jej męża? Do tej pory nie mie­sza­łam się do po­li­ty­ki, ale może już naj­wyż­szy czas?

Wsta­ła gwał­tow­nie i ru­szy­ła w stro­nę okna.

– Ale całe Wy­so­kie Mia­sto żyje so­ju­szem mię­dzy stron­nic­twem hra­bie­go a Wy­sse­ry­na­mi, lu­dzie mó­wią o wiel­kich zmia­nach – kon­ty­nu­owa­ła, sta­jąc ple­ca­mi do nie­go i wpa­tru­jąc się w ogród. – Ce­chy i gil­die z Ni­skie­go Mia­sta ślą pe­ty­cje i skar­gi, do­ma­ga­jąc się za­przy­się­że­nia do Rady swo­ich lu­dzi, lecz na za­przy­się­że­nie musi wy­ra­zić zgo­dę więk­szość. A te­raz jest sześć do pię­ciu, hra­bia i jego nowi so­jusz­ni­cy sku­tecz­nie blo­ku­ją od­po­wied­nią uchwa­łę. I wszy­scy spo­dzie­wa­ją się, że wy­ko­rzy­sta­ją sy­tu­ację do za­pro­wa­dze­nia wła­snych po­rząd­ków. Zgod­nie z pra­wem...

Zer­k­nę­ła na nie­go, jak­by spraw­dza­jąc, czy słu­cha, i wró­ci­ła do kon­tem­plo­wa­nia wi­do­ku za oknem.

– Wszy­scy wie­dzą, że hra­bia Ter­le­ach i ba­ron Arolh Wy­sse­ryn mu­sie­li zde­mon­to­wać drzwi do swo­ich re­zy­den­cji, bo i tak się nie za­my­ka­ły. Tylu klien­tów, pe­ten­tów i na­gle od­na­le­zio­nych przy­ja­ciół nie mie­li od lat. Ci, któ­rzy jak ja trzy­ma­li się z da­le­ka od po­li­ty­ki, tacy, co ni­czym cho­rą­giew­ki na wie­trze po­pie­ra­li raz to, raz inne stron­nic­two, a na­wet nie­któ­rzy zwo­len­ni­cy gur-Do­re­sów, na­gle stwier­dzi­li, że chcą... nie, że mu­szą po­pły­nąć tym sa­mym stat­kiem, co nasi nowi wład­cy. Choć, je­śli mnie pa­mięć nie myli, dziad ba­ro­na był zwy­kłym pi­ra­tem, któ­ry za zra­bo­wa­ne zło­to ku­pił na sta­rość ty­tuł. Ot, ludz­kie losy. Ale ja nie o tym mia­łam mó­wić. Za­da­ję so­bie py­ta­nie – za­wa­ha­ła się, zer­ka­jąc na nie­go te­atral­nie – czy to nie bę­dzie dziw­ne, je­śli te­raz po­pły­nę pod prąd? Jak za­re­agu­je stron­nic­two gur-Do­re­sów, gdy za­ofe­ru­ję im przy­jaźń i po­par­cie w chwi­li, gdy wszy­scy, na­wet najnędz­niej­sze ka­na­lie, ła­szą się u stóp hra­bie­go Ter­le­acha i Wy­sse­ry­nów? Hm?

1 ... 110 111 112 113 114 115 116 117 118 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)