Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Służąca czekała cierpliwie, aż skończy się przeglądać, po czym bez słowa, szeleszcząc suknią, poprowadziła go do skromnie urządzonego pokoiku. Gołe ściany, niewielkie biurko z jednym tylko fotelem, mała szafka zawalona papierami, drzwi do sąsiedniego pomieszczenia i pojedyncze okno wychodzące na ogród. Wszystko, łącznie z meblami, w kolorach bieli i różu. Altsin nie znał aktualnej mody wystarczająco, żeby stwierdzić, czy to obowiązująca we wszystkich domach arystokracji kolorystyka, czy też osobiste upodobanie baronowej. Podobno ludzie lubiący jasne kolory są radośni i szczęśliwi.
– Proszę czekać, pani zaraz przyjdzie. – Służąca dygnęła raz jeszcze i został sam.
Podszedł do okna. Ogród wyglądał wspaniale, a co najważniejsze, wysokie krzewy skutecznie zasłaniały najbliższe budynki. Ten pokoik zapewniał spokój i nadawał się idealnie do załatwiania interesów, o których nikt nie powinien wiedzieć.
– Widok jest ładniejszy, gdy krzewy kwitną – usłyszał zza pleców.
– Na różowo?
– Oczywiście. Czy on kazał mnie dodatkowo obrażać? Stanie tyłem do gospodyni nawet wśród podmiejskiej szlachty powinno uchodzić za nietakt. Chyba że na prowincji obyczaje całkiem już podupadły.
Odwrócił się i ukłonił. Lekko, ale wyraźnie. Plan, który sobie ułożył – przedstawić się jako przybysz z odległej części księstwa, szukający zaginionego krewnego – musiał ulec zmianie. Baronowa wyraźnie pomyliła go z kimś, kogo zamierzała przyjąć dyskretnie i... sądząc po pobrzmiewającym w głosie gniewie, kogo uważała za wyjątkowo niemiłego gościa.
Była niska, raczej pulchna, rudawa. Na spotkanie założyła zwykłą, prostą suknię, ozdobioną jedynie delikatnym haftem przy mankietach i kołnierzu. Suknia miała, zgodnie z najnowszą modą, spory dekolt, więc Altsin mógł od razu stwierdzić, dlaczego Sanwes nazywał ją Biedronką. Piegi miała wszędzie i nie robiła nic, żeby je zamaskować. Przez mgnienie oka zastanawiał się, czy to jakaś forma obelgi, byle jaki strój, brak makijażu, włosy ledwo co spięte. I oczy, w których kipiała pogarda i absolutna, powstrzymywana całą siłą woli wściekłość. Gdyby mogła, najpewniej kazałaby go po prostu obić i wyrzucić za drzwi.
– Jakiekolwiek obyczaje człowiek przyniesie z prowincji – zaczął, nie spuszczając z niej wzroku – muszą ustąpić tym naukom, które pobiera się w wielkim świecie.
Przez kilka uderzeń serca patrzyła mu prosto w oczy.
– Tak – rzuciła cicho. – Oczywiście. Mieć pretensje do posłańca, to jak żalić się na wiatr, że wieje, albo deszcz, że pada.
Przechyliła głowę na lewą stronę, wdzięcznym, dziewczęcym ruchem odgarnęła włosy za ucho.
– Prawie mogę sobie to wyobrazić: młody, szlachetny i głupi wyrostek, wysłany do Ponkee-Laa, bo w rodzinnym majątku ledwo wystarcza na chleb. Trzeci albo piąty syn, bez szans na odziedziczenie kawałka ziemi, szukający znajomych albo krewnych, którzy polecą go komuś z Wysokiego Miasta. I próbujący trzymać się zasad, postępować honorowo i uczciwie. Gdyby wciąż władał tu Meekhan, pewnie trafiłby do armii albo został wysokim urzędnikiem, ale teraz te drogi są zamknięte. Więc trzeba znaleźć protektora. Pochylić kark, pocałować upierścienioną dłoń jakiegoś nuworysza, co to kupił sobie tytuł ledwo pokolenie temu, dorabiając się na handlu foczym sadłem czy innym paskudztwem. Stara szlachta parszywieje, a nowi władcy miasta mają mnóstwo uciechy, widząc synów znakomitych rodów wycierających krzesła w przedsionkach.
Usiadła przy biurku, wzięła do ręki plik kartek i zaczęła się wachlować.
– Nie jest ci ciężko? Kłaniać się dorobkiewiczom? Ukrywać własne nazwisko? Nachodzić samotne kobiety, by je podle szantażować? – Uśmiechnęła się, a w tym uśmiechu był sztylet. – Prawdę powiedziawszy, gdybym miała wybierać między takim pozbawionym zasad karierowiczem a ulicznym rzezimieszkiem, wybrałabym złodzieja. Są uczciwsi i mają więcej honoru.
Ponownie spojrzał jej prosto w oczy.
– Ale przecież tak właśnie zrobiłaś – przerwał na uderzenie serca – pani.
Papiery wypadły jej z rąk, uśmiech znikł. Piegi uwydatniły się na pokrytej śmiertelną bladością skórze.
– Skąd...? – wyszeptała. – Nie... nieważne... Hrabia ma dość ludzi i środków. Czego więc chce teraz? Nie, nie mów, sama zgadnę. Mam dla niego szpiegować? Przyjąć propozycję Glawerii-gur-Dores i poprzeć stronnictwo jej męża? Do tej pory nie mieszałam się do polityki, ale może już najwyższy czas?
Wstała gwałtownie i ruszyła w stronę okna.
– Ale całe Wysokie Miasto żyje sojuszem między stronnictwem hrabiego a Wysserynami, ludzie mówią o wielkich zmianach – kontynuowała, stając plecami do niego i wpatrując się w ogród. – Cechy i gildie z Niskiego Miasta ślą petycje i skargi, domagając się zaprzysiężenia do Rady swoich ludzi, lecz na zaprzysiężenie musi wyrazić zgodę większość. A teraz jest sześć do pięciu, hrabia i jego nowi sojusznicy skutecznie blokują odpowiednią uchwałę. I wszyscy spodziewają się, że wykorzystają sytuację do zaprowadzenia własnych porządków. Zgodnie z prawem...
Zerknęła na niego, jakby sprawdzając, czy słucha, i wróciła do kontemplowania widoku za oknem.
– Wszyscy wiedzą, że hrabia Terleach i baron Arolh Wysseryn musieli zdemontować drzwi do swoich rezydencji, bo i tak się nie zamykały. Tylu klientów, petentów i nagle odnalezionych przyjaciół nie mieli od lat. Ci, którzy jak ja trzymali się z daleka od polityki, tacy, co niczym chorągiewki na wietrze popierali raz to, raz inne stronnictwo, a nawet niektórzy zwolennicy gur-Doresów, nagle stwierdzili, że chcą... nie, że muszą popłynąć tym samym statkiem, co nasi nowi władcy. Choć, jeśli mnie pamięć nie myli, dziad barona był zwykłym piratem, który za zrabowane złoto kupił na starość tytuł. Ot, ludzkie losy. Ale ja nie o tym miałam mówić. Zadaję sobie pytanie – zawahała się, zerkając na niego teatralnie – czy to nie będzie dziwne, jeśli teraz popłynę pod prąd? Jak zareaguje stronnictwo gur-Doresów, gdy zaoferuję im przyjaźń i poparcie w chwili, gdy wszyscy, nawet najnędzniejsze kanalie, łaszą się u stóp hrabiego Terleacha i Wysserynów? Hm?