Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 110 111 112 113 114 115 116 117 118 ... 210
Перейти на страницу:

De­ana uśmiech­nę­ła się kwa­śno. Kto by się mógł tego spo­dzie­wać w tym kra­ju prze­żar­tym nie­ustan­ny­mi star­cia­mi o wpły­wy?

— Do­brze, wróć­my do kon­kre­tów. Kos­se, ilu masz lu­dzi?

Wy­so­ki Ba­wół od­chrząk­nął dwu­krot­nie, nim od­po­wie­dział:

— Sześć ty­się­cy stu dwu­dzie­stu pię­ciu, pani. Po­dzie­lo­nych na pięć­dzie­siąt bry­tah, nie wiem, jak to prze­tłu­ma­czyć, bo bry­tah w me­ekhu to…

— Ko­cioł, tak? Albo sa­gan.

— Tak, pani. Wiel­ki gar. Ale spe­cjal­ny wiel­ki gar. Pra­wie świę­ty. Bry­tah to stu dwu­dzie­stu lu­dzi, któ­rzy wspól­nie ma­sze­ru­ją, wal­czą, obo­zu­ją i je­dzą z jed­ne­go ko­tła. Każ­dy od­dział ma ta­kie na­czy­nie, a dzie­siąt­ka naj­star­szych, naj­bar­dziej do­świad­czo­nych żoł­nie­rzy spra­wu­je nad nim pie­czę i…

— Nie o to py­ta­łam, ale dzię­ku­ję za wy­kład. Sam­po­re?

— Trzy­dzie­ści sześć, eee, po me­ekhań­sku to bę­dzie cho­rą­gwi. Ra­zem sie­dem i pół ty­sią­ca sza­bel.

Pra­wie czter­na­ście ty­się­cy za­wo­do­wych żoł­nie­rzy. I dru­gie tyle mniej do­świad­czo­nych i go­rzej wy­szko­lo­nych na­jem­ni­ków oraz nu­awa­chi ze stu pięć­dzie­się­cio­ma sło­nia­mi, któ­re mogą być więk­szą prze­szko­dą niż po­mo­cą w nad­cho­dzą­cej woj­nie. Prze­ciw co naj­mniej stu ty­siąc­om zbun­to­wa­nych nie­wol­ni­ków, wśród któ­rych nie­je­den trzy­mał wcze­śniej w ręku miecz i tar­czę. Zde­ter­mi­no­wa­nych i wy­peł­nio­nych nie­na­wi­ścią.

— Ma­go­wie?

Evi­kiat chrząk­nął.

— Rody Woj­ny nie mają wła­snych cza­row­ni­ków, bo je­śli wśród nie­wol­ni­ków od­kry­wa­no ja­kieś dziec­ko z ta­len­tem ma­gicz­nym, to… — Męż­czy­zna wy­ko­nał wy­mow­ny gest na wy­so­ko­ści szyi. — Ta­kie jest pra­wo i zwy­czaj. Ale gdy ar­mia ru­sza na woj­nę, miej­sco­we gil­die ma­gów dają jej wspar­cie. Świą­ty­nia Aga­ra też. Oczy­wi­ście pra­wie wszy­scy cza­row­ni­cy…

— Igra­ją z ogniem?

Za­kło­po­ta­ny uśmiech za­go­ścił na twa­rzy Wiel­kie­go Ko­hi­ra.

— Le­piej bym tego nie ujął, pani. Mamy dwu­dzie­stu sze­ściu ma­gów wy­star­cza­ją­co bie­głych i sil­nych w aspek­tach ognia, by przy­dać się na polu bi­twy. Wszy­scy, zgod­nie z tra­dy­cją, będą chro­nie­ni przez Ba­wo­ły.

De­ana wy­wnio­sko­wa­ła, że ko­no­wer­ska pie­cho­ta two­rzy­ła na polu bi­twy ru­cho­mą twier­dzę, z któ­rej wnę­trza mio­ta­no na wro­ga cza­ry. Cie­ka­we, czy ge­ghij­ski ksią­żę też oparł swo­ją tak­ty­kę na ta­kiej for­ma­cji?

— Ro­zu­miem. Kie­dy mo­że­my wy­ru­szyć?

Wy­glą­da­ją­cy jak że­la­zna góra af’ge­mid pie­cho­ty wy­pro­sto­wał się, po­brzę­ku­jąc me­ta­lem.

— Ród Ba­wo­ła choć­by za­raz, pani.

— Sło­wi­ki?

— Od mie­sią­ca je­ste­śmy go­to­wi. Osio­dła­my ko­nie i w dro­gę.

— Do­sko­na­le.

Na­gle do­tar­ło do niej, że pa­dły już wszyst­kie sło­wa, ja­kie mo­gła tu usły­szeć, i że tych na­stęp­nych nie bę­dzie moż­na cof­nąć. Po­czu­ła, jak drę­twie­ją jej pal­ce, a ło­mot krwi w skro­niach pra­wie stłu­mił wszyst­kie inne dźwię­ki. W tej chwi­li dzię­ko­wa­ła za ek­cha­ar na twa­rzy, bo De­ana była pew­na, że ma na niej wy­pi­sa­ne wszyst­kie nie­god­ne wy­bran­ki Aga­ra uczu­cia. Lęk, nie­po­kój, wa­ha­nie. To już? Te­raz? Za­raz wy­dam roz­ka­zy i ma­chi­na wo­jen­na za­cznie się roz­pę­dzać, aż osią­gnie taką pręd­kość, że za­trzy­ma ją do­pie­ro krwa­we błoc­ko pól bi­tew­nych. Pani, Mat­ko Na­sza, wło­ży­łaś mi w ręce miecz, któ­re­go klin­gę mam unu­rzać w krwi mo­ich bra­ci w wie­rze. Lu­dzi, któ­rzy wal­czą o wol­ność, a ta, jak mówi Siód­me Pra­wo, jest naj­więk­szym da­rem i prze­kleń­stwem czło­wie­ka.

Co mam zro­bić? Daj mi wska­zów­kę, bła­gam.

Ło­skot krwi znikł, po­zo­sta­ła tyl­ko świ­dru­ją­ca uszy ci­sza.

Oto cała od­po­wiedź.

Ro­zej­rza­ła się, pa­trząc na lu­dzi, z któ­ry­mi ze­tknął ją los. Na Su­chie­go, któ­re­go ję­zyk był bar­dziej ja­do­wi­ty niż wszyst­kie jego tru­ci­zny, na Evi­kia­ta, któ­re­go lo­jal­no­ścią da­ło­by się ob­da­rzyć dzie­się­ciu in­nych lu­dzi. Na Va­ra­lę, z jej hi­sto­rią, z jej se­kre­tem. Po­my­śla­ła o chłop­cu-kor­na­ku, któ­ry kie­dyś uda­wał księ­cia. O dziew­czy­nach z Domu Ko­biet. O miesz­kań­cach sto­li­cy, bło­go­sła­wią­cych ją, gdy prze­jeż­dża­ła uli­ca­mi.

I o męż­czyź­nie, z oczy­ma jak księ­życ w peł­ni, któ­re­go wy­sła­ła w nie­koń­czą­cy się sen.

Ka­mień na jej ser­cu.

Niech więc się dzie­je.

Po­stu­ka­ła pal­cem w mapę.

— Olu­wer, po­ślij lu­dzi do obo­zu nu­awa­chi, niech szy­ku­ją sło­nie do wy­mar­szu, ale je­śli ja­kieś zwie­rzę jest nie­pew­ne, ma zo­stać — z każ­dym sło­wem jej głos sta­wał się spo­koj­niej­szy. — Wy­ślesz też do­świad­czo­nych żoł­nie­rzy do kom­pa­nii pie­szych na­jem­ni­ków. Nie­ko­niecz­nie ofi­ce­rów, ale je­śli uwa­żasz, że trze­ba, awan­su­je­my z set­kę dzie­sięt­ni­ków. W cza­sie mar­szu ma być dys­cy­pli­na i po­rzą­dek.

Ba­wół za­sa­lu­to­wał, sprę­ży­ście strze­la­jąc ob­ca­sa­mi.

— Roz­kaz!

Wuar Sam­po­re wy­pro­sto­wał się, krzy­żu­jąc ręce na pier­si.

— Pani?

— Obej­miesz ko­men­dę nad za­cięż­ną kon­ni­cą. Po­dob­nie jak Ba­wo­ły, po­ślesz im od­po­wied­nich żoł­nie­rzy, któ­rych awan­su­je­my na ofi­ce­rów. To nie mu­szą być naj­lep­si, ja­kich masz, waż­ne, by wie­dzie­li, jak za­pa­no­wać nad taką ban­dą. Mają mieć cięż­kie ręce i umieć wzbu­dzić po­słuch. Na­jem­ni­kom żołd pła­cą gil­die ku­piec­kie i co waż­niej­sze rody szla­chec­kie, ale pod­le­ga­ją oni na­szym pra­wom wo­jen­nym, więc je­śli któ­re­muś się to nie spodo­ba, niech za­tań­czy na sznu­rze. Nie spo­dzie­wam się skarg.

Af’ge­mid Sło­wi­ków uśmiech­nął się i za ten gry­mas De­ana jesz­cze bar­dziej go znie­lu­bi­ła. To był uśmiech czło­wie­ka, któ­ry usły­szał wła­śnie wspa­nia­łe wie­ści. Moż­na wie­szać. Cóż za pięk­ny dzień.

— I po­tro­icie im żołd. W imie­niu księ­stwa.

Uśmiech znikł.

— Pani?

— Za­się­gnę­łam in­for­ma­cji. Ci lu­dzie wal­czą za pie­nią­dze, a wie­le gil­dii ku­piec­kich i ro­dów szla­chec­kich oka­za­ło się bar­dzo oszczęd­nych w tej kwe­stii. Jak za­cznie­cie ich dys­cy­pli­no­wać i wie­szać, nie da­jąc nic w za­mian, w kil­ka dni po­ło­wa z nich zde­zer­te­ru­je.

Evi­kiat chrząk­nął.

— Pani Pło­mie­ni, skar­biec…

— Skar­biec za­czy­na przy­po­mi­nać mi­skę głod­ne­go że­bra­ka. Jest wy­li­za­ny do czy­sta, praw­da?

1 ... 110 111 112 113 114 115 116 117 118 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)