Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Ha! Widzę, że ci się to tak samo nie podoba, jak mnie — powiedział Viridoviks.
— Zamknij się — uciszył go Batbaian. — To się robi naprawdę niebezpieczne. Dochodzili już prawie do środka. Khamorth wybierał drogę z jeszcze większą ostrożnością, bo miejscami pod lodem widać było już ciemną wodę Shaum. Omijał je tak długo jak potrafił, stawiając stopy na lodzie, który był wciąż jeszcze biały. W końcu westchnął, poddając się.
— Nie ma innego wyjścia — powiedział i położył się na brzuchu. Teraz mogli się już tylko czołgać.
Gruby płaszcz Viridoviksa chronił większość jego ciała przed przymarznięciem do lodu, ale odsłonięte kolana paliły go od mroźnego pocałunku rzeki. Po głowie kołatały mu się wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to jako mały chłopiec ślizgał się po zamarzniętym stawie, w uszach dźwięczały mu piski rozbawionych dzieci, a nad lodową taflą zwieszały się gołe gałęzie drzew. Tutaj, w obrębie kilku mil, nie było żadnego drzewa. Zaczął pełzać trochę szybciej, by zrównać się z Batbaianem.
Razem dotarli do miejsca, gdzie kończył się lód. Z bliska, stłoczone kawałki kry wyglądały znacznie mniej zachęcająco, niż z odległego o kilkaset jardów brzegu. Batbaian zatrzymał Gala gestem, zastanawiając się nad najlepszym sposobem przejścia.
— Najszybciej jak się da — zdecydował. — Nie wiadomo, jak długo utrzyma nas ta pierwsza.
— A co będzie, jeśli odpłynie razem z nami? Khamorth wzruszył ramionami.
— To będziemy mieli tratwę. Może uda nam się nią przepłynąć na drugą stronę.
— Honh! — mruknął Viridoviks, ale Batbaian już ruszył do przodu. Przesunął się z głównej tafli lodu na najbliższy kawałek kry, która jęknęła pod jego ciężarem. Ostatnim, szalonym poślizgiem przetoczył się na następną płytę.
Gdy tylko nomada opuścił pierwszą krę, Viridoviks wdrapał się na nią, ciągnąc za sobą worek z końskiej skóry. Lód zakołysał się niepokojąco. Nagły, przyprawiający o mdłości ruch, przypomniał Galowi tortury, jakie przeżywał na okrętach.
— Tylko nie teraz — powiedział do siebie, zmagając się ze swym wrażliwym żołądkiem. Lodowata woda przemoczyła mu nogawkę. Wrzasnął i zaczął poruszać się szybciej.
Cienka warstwa lodu zaskrzypiała pod jego ciałem, a na powierzchni ukazała się drobna sieć pęknięć, która rozszerzała się z zadziwiającą prędkością.
— Szybciej! — krzyknął Batbaian.
Celt rzucił się desperacko naprzód i obijając sobie kolana i łokcie wylądował na następnym bloku, nie wypuszczając z rąk sznura, którym obwiązany był worek z bagażami. Coraz to grubsze linie atramentowoczarnej wody pokrywały opuszczoną przez niego krę, która za moment miała się podzielić na kilka mniejszych kawałków.
Batbaian w sarkastycznym geście schylił przed nim głowę.
— Mam nadzieję, że niczego tam nie zostawiłeś.
— Tylko moje kowadło.
Viridoviks wyszczerzył zęby. Khamorth też zdobył się na coś, co mogło uchodzić za uśmiech. Cal po calu przemieszczał się do przodu. Ten kawałek lodu był grubszy niż poprzedni, ale też i słabiej osadzony. Kręcił się i kołysał pod ciężarem dwu mężczyzn. Batbaian odetchnął z ulgą, kiedy wpełzł na ostatni blok lodowy. Ciągnąc go za rękę, pomógł Viridoviksowi dołączyć do siebie.
— Piękne dzięki — powiedział Gal. — Jedna ręka zupełnie mi zamarzła.
— Jeśli hubka nie zamokła, będziemy mogli rozpalić ognisko, gdy tylko dostaniemy się na drugi brzeg — obiecał Batbaian. Po raz pierwszy mówił tak, jakby naprawdę wierzył, że im się uda.
Viridoviksa czekała jeszcze jedna nieprzyjemna niespodzianka, kiedy to przebił lewą ręką lód i wsadził ją po łokieć do mroźnej wody Shaum. Zamarł ze strachu, czekając kiedy lód rozpęknie się pod nim całkiem i pochłoną go ciemne odmęty rzeki. Szczęśliwie słabsze miejsce było nie większe od ludzkiej głowy. Wyciągnął rękę z mokrego rękawa i wsadził ją pod płaszcz, próbując przywrócić jej choć trochę ciepła.
Stojący przed nim Batbaian krzyczał radośnie, bo pod jego stopami był piasek i ziemia, a nie lód. Viridoviks dowlókł się do brzegu i opadł bezsilnie na śnieg, dysząc jak wyjęta z wody ryba. Kha-morth szarpał się z workiem — końska skóra zamarzła prawie na kość. Pomagając sobie ołowianą gałką, którą zakończona była rękojeść jego sztyletu, wbił w twardą jak kamień ziemię kołki. Virido-viks pomagał mu jedną ręką rozciągnąć płótno namiotu na drewnianym szkielecie. Wczołgali się do niego razem, stękając z radości, że oto wreszcie nie wciska im się pod ubranie uparty, przenikający zimnem wiatr.
Trochę niezdarny w grubych rękawicach, ale mimo to ostrożny, Batbaian otworzył kościane pudełeczko, w którym przechowywał kawałki kory i suche liście. Zajrzał do środka.
— Ach — powiedział.
Pogrzebał w swoich rzeczach, szukając krzemienia i stali. Odsunął śnieg na bok i ułożył w tym miejscu kilka płaskich kamieni, tak by nie kłaść hubki na mokrej ziemi. Po kilku nieudanych próbach udało mu się rozpalić ogień. Zdrapał trochę tłuszczu z pobieżnie tylko oczyszczonej końskiej skóry i odciął kilka pasków tłustego mięsa. Tłuszcz rozlewał się wokół, gdy dosięgał go ogień i okropnie śmierdział, ale palił się.
— Czego bym teraz nie oddał za małą kupkę końskiego łajna! — powiedział Batbaian. Viridoviks przykucnął bliżej ognia. Trzymał nad nim rękę, próbując wetrzeć w nią trochę życia.
— Urżnij ze dwa kawałki tego świństwa i połóż na ogniu — powiedział szczękając zębami. — Nawet końskie mięso będzie mi teraz smakować. A jak chcesz sobie marzyć o końskim gównie, to proszę cię bardzo, dobrej zabawy. Co do mnie, to wolę pomyśleć o grzanym winie.
Na wschodnim brzegu Shaum wilk podniósł głowę i rozejrzał się wokół podejrzliwie. Groźne warczenie wydobywało się z głębi gardzieli. Zwierzę zjeżyło sierść na grzbiecie. Zbliżający się doń jeździec wcale się nie przestraszył. Warkot zamienił się w ciche skamlanie. Wilk usunął się z drogi człowieka. Całe stado rozproszyło się przed koniem, który podszedł na sam brzeg rzeki.
Jeździec zsunął się z siodła. Jego białe szaty, szarpane nieustannie wiatrem, wyglądały jak rozbuchany tuman śniegu. Trzymając ręce na biodrach, spoglądał na drugi brzeg. Nawet on nie mógł dojrzeć rozbitego tam namiotu, ale wiedział, że on tam jest. Tym razem wielkie rozmiary i ciężka zbroja działały na jego niekorzyść — człowiek o takiej masie nie mógł nawet marzyć o przeprawieniu się przez Shaum. Nie widząc ani dotykając lodu wiedział, jaka jest jego grubość i wiedział także, że nie będzie się na nim w stanie utrzymać.
Zaklął głośno, najpierw w gardłowym języku Khamorthów, potem archaicznym videssańskim, głosem spokojnym i pełnym nienawiści.
— Niech więc zima dokończy moje dzieło — powiedział w tym samym języku. — Skotos pomoże swojemu słudze.
Dosiadł konia, zawrócił go na wschód i ruszył w drogę.
Wilki nie powracały do mięsa jeszcze przez długą chwilę.
Związani ze sobą, tak by nie zgubić się w zamieci, Batbaian i Viridoviks z mozołem posuwali się na zachód. Shaumkhiil było równie jednostajne jak równiny Pardraji, ale nie musieli się obawiać, że będą kręcić się w kółko. Dopóki wiatr wiał z ich prawej strony, na pewno szli w dobrym kierunku.
Wciąż jednak nie spotkali Arshaumów, co dla Viridoviksa było powodem do złości i frustracji, a co Batbaian przyjmował z cichą ulgą. Gdzieś głęboko w duszy nadal wierzył, że mają oni dziesięć stóp wzrostu i ogromne kły.
Nie wiadomo, czy Arshaumi jedli owce w całości, a potem wypluwali tylko kości i skórę, ale na pewno jakoś je jedli, bo Gal i Khamorth znaleźli prawie tuzin tych zwierząt, które musiały oddalić się od stada. Viridoviks objadał się baraniną tak długo, aż zatęsknił znowu do końskiego mięsa, na które jeszcze niedawno nie mógł nawet patrzeć. Batbaian, który okazał się zręcznym krawcem, zszył oskrobane z tłuszczu baranie skóry i przygotował dwie peleryny, które wędrowcy mogli zarzucić na swoje płaszcze.