Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak, mogę — powiedział i zdobył się na jakiś szczątkowy chichot. — Nie wściekaj się. Usiadł za Gorgidasem, Batbaian zaś jechał ze Skylitzesem. Koń lekarza parsknął z oburzeniem, kiedy na jego grzbiet wspięło się aż dwóch jeźdźców. Gorgidas bezlitośnie pognał go naprzód.
— Jeździsz o wiele lepiej niż kiedyś — powiedział Viridoviks.
— Tak, wiem. Zdobyłem sporo bezużytecznych umiejętności — odpowiedział Grek, poklepując gladius, który obijał mu się o lewe biodro. Przerwał na chwilę, potem dodał trochę jakby z niedowierzaniem: — I jedną prawdziwą, zdaje się.
Droga powrotna do armii Arshaum była całkiem krotka. Nomadzi posuwali się na wschód w normalnym tempie, kiedy Gorgidas zajmował się Galem. Przednia straż krzyknęła coś w ich kierunku. Starszy zwiadowca odpowiedział, chwaląc głośno niezwykły talent Gorgidasa. Lekarz wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu. Teraz, kiedy zrobił coś, o czym warto opowiadać, zwiadowca chętnie przyznawał się do niego.
Viridoviks nie znał języka arshaum, oprócz kilku sprośnych przekleństw, których nauczył go Arigh. Ale jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy zobaczył, jaka potężna armia ciągnie w kierunku Shaum.
— Nie traciliście czasu, co? — powiedział do Gorgidasa. Grek potrząsnął tylko głową. Potem dobiegł ich okrzyk:
— Viridish!
Arigh podjechał do nich galopem, zostawiając za sobą tumany śniegu. Szczerząc zęby tak białe, jak otaczający ich krajobraz, walnął Gala w plecy.
— Chciałem już kogoś zabić, kiedy dowiedziałem się, że zwiadowcy, którzy cię znaleźli, znowu odjechali, a mnie nikt o tym nie powiedział.
— To moja wina — powiedział Gorgidas. Tak jak Arigh, mówił po videssańsku, żeby Viridoviks mógł ich zrozumieć.
— Wina, tak? — prychnął Celt. — Nie zwracaj na niego uwagi, Arigh, kochanie. Troszeczkę później i zostałaby po mnie tylko mrożona padlina, i w ogóle nie warto by się do mnie odzywać.
— Widzę, że jesteś bez konia — powiedział Arigh, co było przecież najważniejszym priorytetem nomady. — Weź sobie parę z mojego stada.
— Piękne dzięki — odparł Viridoviks. — Mógłbyś też znaleźć jednego dla mojego przyjaciela, Batbaiana?
Uśmiech zniknął z twarzy Arigha, kiedy rzucił okiem na Khamortha. Skrzywił pogardliwie wargi — po raz pierwszy przypominał Gorgidasowi Dizabula.
— Straciłeś dobry smak w wybieraniu sobie przyjaciół — powiedział.
— Taak? — odrzekł Viridoviks. — No, pewnie masz rację, ciągle wynajduję sobie synów kha-ganów. — Puścił oko do księcia Arshaumów.
Śniada twarz Arigha, posmarowana jeszcze grubą warstwą tłuszczu, pozostała nieprzenikniona, ale Grek nie był wcale pewien, czy nie pokryła się ona rumieńcem. Po kilku sekundach podjechał do Batbaiana. Nauczył się trochę mowy Khamorthów, podróżując przez Pardraję do Pristy i Imperium. Teraz zapytał więc sam:
— Koń — potrzebujesz?
Batbaian zesztywniał, kiedy Arshaum zbliżył się do niego, ale drgnął zaskoczony, słysząc swój język. Potem skinął głową z godnością, o którą trudno było podejrzewać kogoś w jego wieku.
— Dziękuję ci — powiedział.
Pogmerał przy swoim pasku, odpiął od niego sztylet — wykonany ze świetnej stali, o brązowej pochwie ozdobionej płaskorzeźbą przedstawiającą skaczącego jelenia — i podał go Arighowi.
— Podarunek za podarunek.
Uśmiech powrócił na twarz Arigha. Przyjął nóż i poklepał Batbaiana po ramieniu. Przyglądający się temu Arshaumi mruknęli z aprobatą. Zapewne bardzo niewielu rozumiało słowa Arigha, kiedy podarował konia Batbaianowi, ale jego gest wdzięczności nie potrzebował żadnego objaśnienia.
— Włochacz zachowuje się jak mężczyzna — usłyszał słowa jednego z nomadów Gorgidas. Jego towarzysz odpowiedział: — Czemu nie? Widział już chyba trochę wojny w życiu, ta blizna nie wygląda za pięknie.
— Skylitzes, Gorgidas, przywieźcie ich do mojego ojca. Wszyscy dowiemy się wtedy, co widzieli — to powiedział już Arigh, który zaraz potem odjechał w kierunku totemu klanu Szarego Konia.
Viridoviks pokłonił się Arghunowi najlepiej, jak było to możliwe w jego nieciekawej sytuacji, to jest z końskiego zadu. Khagan był drobniejszy niż się spodziewał i z trudem trzymał się w siodle. Gal zastanawiał się, czy był może chory. Mówił spokojnie i łagodnie, bez tego groźnego pohukiwania, którym Targitaus poganiał swoich rodaków, ale Arshaumi i tak pospiesznie wykonywali wszystkie jego polecenia. Teraz przyglądał się z dystansem Batbaianowi, na Celta zaś patrzył z ogromną ciekawością. Powiedział coś w świszczącym języku arshaum.
— Nie wierzył Arighowi, kiedy opowiadał mu o twoim wyglądzie — przetłumaczył Gorgidas.
— Ale teraz widzi, że mówił prawdę.
— Honh! — powiedział Viridoviks, i dodał po łacinie: — A ja nigdy nie widziałem tylu skośnookich płaskonosów naraz, ale chyba nie musisz mu tego mówić. Pozdrów go za to jak trzeba.
Gorgidas przekazał odpowiednią formułkę. Arghun skłonił się lekko, dziękując za uprzejmość, potem zaś powiedział:
— Chętnie bym się dowiedział, jak się tutaj znaleźliście. Brzmiało to jak prośba, ale był to oczywiście rozkaz.
Gorgidas przetłumaczył ją na videssański dla Viridoviksa, a Skylitzes na język Khamorthów dla Batbaiana.
— No to chyba ja powinienem zacząć — powiedział Viridoviks i rozpoczął swoje opowiadanie od momentu, kiedy został porwany przez Varatesha. Imię banity wywołało groźne chrząknięcia kilku Arshaumów jadących obok Arghuna, których klany najczęściej zapuszczały się w pobliże Shaum. Dobrze pamiętali najazd Varatesha z zeszłej zimy i jego okrucieństwo. Wkrótce Gal opowiadał szybciej, niż Gorgidas był w stanie tłumaczyć. Arigh pomagał mu, kiedy już zupełnie nie nadążał.
Kolejny jeździec przepychał się przez tłum otaczający nowo przybyłych. Co za cacany smarkacz — pomyślał Viridoviks — nosił futra i skóry jakby były to jedwabie i złotogłów, i nawet w tym wietrze i śniegu utrzymywał swojego konia w nienagannym stanie, do tego stopnia, że jego grzywa spleciona była w warkoczyki obwiązane kolorowymi wstążkami.
— Ojcze, ja… — zaczął Dizabul. Arghun przerwał mu natychmiast.
— Cokolwiek by to było, musisz chwilę poczekać, chłopcze. Ci cudzoziemcy mają bardzo ważne wiadomości.
Przystojna twarz księcia zachmurzyła się, kiedy spojrzał na Viridoviksa, tym bardziej że u jego boku jechał Arigh. Ale kiedy dostrzegł Batbaiana, opadła mu szczęka.
— Więc teraz nawet Włochacz jest ode mnie ważniejszy? — zaczął ze złością. Ale Arghun znowu go uciszył, tym razem machnięciem ręki.
— Mów dalej, rudobrody — powiedział.
— Nieźle, nieźle — roześmiał się, kiedy Gal opowiedział o sztuczce z bydłem, której użyli, by odepchnąć ludzi Varatesha. Teraz Viridoviks i Batbaian mówili na zmianę, opisując wydarzenia, które doprowadziły do ataku na banitów i ich sprzymierzeńców.
Khagan rzucał krótkie pytania dotyczące samej bitwy. Szczegółowa relacja Gala aż za bardzo przypominała Gorgidasowi katastrofę pod Maragha. Bitewna magia Avshara, bez względu na to, co działo się z innymi czarownikami, nigdy go nie zawodziła. Jeśli przeciwnik nie miał znacznej przewagi nad wojskami, którymi dowodził mag, losy bitwy były niemal z góry przesądzone.
A to co stało się po bitwie… Arshaumi dumni byli ze swojego twardego charakteru, ale niejeden krzyknął z odrazą i przerażeniem, kiedy Batbaian, głosem tak beznamiętnym jakby wszystko to przydarzyło się jakiemuś obcemu człowiekowi, opowiadał o nieustannej pracy rozpalonego żelaza.
Trudno było im się także opanować, kiedy Viridoviks mówił o okrutnej zabawie zwycięzców z nadziejami pokonanych, i o śmierci Targitausa, kiedy straszliwa prawda wyszła na jaw. Apopleksja — pomyślał Gorgidas z obrzydzeniem, ale bez zdziwienia.