Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 130
Перейти на страницу:

Usta Skylitzesa drgały lekko a Goudeles otwarcie szczerzył zęby w uśmiechu.

— Teraz rozumiesz, dlaczego wszyscy nomadzi, na wschód czy na zachód od Shaum, przeklinają na duchy wiatru — powiedział.

Miał to być żart, ale Gorgidasowi nie było wcale do śmiechu.

— Ach tak — powiedział. — Nie zauważyłem tego wcześniej.

Sięgnął do pasa, po tabliczkę, która wisiała na jego prawym biodrze, tam gdzie większość mężczyzn zazwyczaj nosi sztylet. Wyskrobał krótką notatkę, pisząc szybko ale ostrożnie. Kiedy przy tej pogodzie za mocno przystawiał stylus do wosku, od tabliczki odrywały się duże kawałki drewna.

— To jeszcze nic — powiedział Arigh, gdy zaczął na to narzekać. — Pewnej zimy, dawno temu, mężczyzna wyjechał zimą w podróż i nie zabrał ze sobą luzaków, a jego koń złamał po drodze nogę. Próbował krzyczeć i wołać o pomoc, ale było tak zimno, że nikt go nie usłyszał, dopóki jego krzyk nie odtajał następnej wiosny. Obawiam się, że było już jednak o kilka miesięcy za późno.

Arigh tak doskonale oddał ponury, a jednocześnie zabawny ton historyjki, że Gorgidas zapisał ją na tabliczce, choć nie omieszkał dodać:

— Słyszałem o tym, ale nie wierzę, żeby to mogła być prawda.

Jeśli tego rodzaju zastrzeżenie wystarczało Herodotosowi, by przemycać do swoich historii jakieś niedorzeczne acz ciekawe szczegóły, to jemu też powinno ono wystarczyć.

Arghun, opierając się na ramieniu Dizabula, wykuśtykał ze swojego namiotu. Arigh posłał swojemu bratu spojrzenie, które wciąż przepełnione było nieufnością. Starszy syn khagana krzyknął, prosząc o ciszę, czego wysłuchali wszyscy oficerowie klanu Szarego Konia. Jeźdźcy zgromadzili się wokół swojego wodza. Pozostali Arshaumi, zaintrygowani poruszeniem, także się do niego zbliżyli, tak że wkrótce Arghun przyciągał uwagę całej armii. Służący przeprowadził przez tłum konia khagana.

— Zobaczymy, czy chociaż raz będziecie umieli zrobić coś razem — powiedział Arghun do swoich synów.

Dizabul spochmurniał. Arigh skinął głową, choć ze ściągniętymi ustami. Razem pomogli ojcu wsiąść na konia.

Dłonie Arghuna niemal z czułością zacisnęły się na cuglach, których nie dotykał od tak dawna. Ale jego nogi nadal były prawie zupełnie martwe. Arigh musiał włożyć stopy khagana w strzemiona i przywiązać je, by się stamtąd nie wysunęły. Ogromny krzyk radości podniósł się z tłumu zgromadzonych wokół nomadów, kiedy znowu ujrzeli go na koniu — dla nich człowiek, który nie mógł dosiadać wierzchowca, był tylko na wpół żywy.

— Przynieś sztandar — powiedział Arghun do służącego, który za moment przybiegł z lancą, do której przytwierdzono płaszcz Bogoraza. Arghun pomachał nim nad głową, tak by nawet najbardziej oddaleni jeźdźcy mogli go zobaczyć.

— Do Mashiz! — krzyknął.

Arshaumi milczeli przez sekundę, a potem powtórzyli jego okrzyk, potrząsając mieczami, łukami i włóczniami.

— Ma-shiz! Ma-shiz! Ma-shiz!

Gorgidasowi aż dzwoniło w uszach od tego hałasu. Wciąż wrzeszcząc z całych sił, wojownicy powrócili do swych koni, pozostawiając w miejscu, gdzie stali przed momentem, wielką połać udeptanego śniegu.

Niemal tak samo przyzwyczajony do końskiego grzbietu jak nomadzi, Skylitzes uśmiechał się wracając na siodło.

— Wcale mnie to tak bardzo nie obchodzi, czy nam się uda czy nie — zawoła! do Goudelesa. — Tak czy siak, Wulghash będzie się musiał dobrze napocić, zanim uda się mu nas powstrzymać.

— Nikt nie mógłby się spocić w taką pogodę — odparł stanowczo gryzipiórek, wspinając się na swojego konia. — A lepiej, żeby nam się udało, bo moja kochanka będzie bardzo rozczarowana.

— Kochanka? A co z żoną?

— Żona dziedziczy.

— Ach.

Skylitzes zaczął mówić coś jeszcze, ale nowa fala okrzyków zagłuszyła jego słowa. Wciąż trzymając w ręce sztandar, Arghun jechał na wschód, trzymając się prosto jak struna w swym siodle o wysokich łękach. Tylko siła, z jaką zaciskał usta, świadczyła o tym, ile go to kosztowało. Jak zwykle, synowie ustawili się po obu stronach ojca. Być może — pomyślał Gorgidas — każdy z nich bał się go zostawić na dłużej ze swoim bratem. Pojedynczo i w większych grupach, Arshaumi jechali za nimi.

Goudeles chciał zaznaczyć obecność Videssos w całym przedsięwzięciu i przyłączyć się do kha-gana, ale Skylitzes zaprotestował:

— Po co zjeżdżać z drogi i męczyć niepotrzebnie konie? — zapytał z doświadczeniem weterana. — Poczekaj moment, a sam do nas wróci.

Jego przypuszczenie wkrótce się potwierdziło. Pomimo szczerych chęci, Arghun nie mógł zbyt długo utrzymać się w siodle.

Khagan zasypywał Skylitzesa pytaniami o ziemie na wschód od Shaum, a szczególnie o góry Erzeum, które rozciągały się pomiędzy Morzem Mylasa a Morzem Videssańskim i oddzielały Yezd od stepów Pardraji. Dyskusja nad sposobami i środkami koniecznymi do prowadzenia wojny w górach szybko znudziła Gorgjdasa. Pomimo rozczarowania Arghuna, Grek udał się na poszukiwania Tolui, by porozmawiać o wiedzy znacznie bliższej swojemu sercu, czyli o ziołach.

— Jedna z roślin korzennych, które mi dałeś, pachnie jak… — Gorgidas przerwał zniecierpliwiony, nie znając odpowiedniego słowa w arshaum. — Pomarańczowa, mniej więcej taka długa, grubsza niż mój kciuk.

— Marchewka — podpowiedział szaman.

— Tak, dzięki. W moim kraju po prostu się ją zjada. Do czego wy jej używacie?

— Mieszamy z jagodami, dziką rutą i miodem. Pomaga przy… — Tolui użył kolejnego słowa, którego Gorgidas jeszcze nie poznał. Szaman uśmiechnął się i wykonał jednoznaczny gest.

— Rozumiem, hemoroidy. — Wśród ludu tak rzadko schodzącego z siodła jak Arshaumi, musiał być to rzeczywiście dość powszechny problem. Grek dopytywał się dalej. — Czy to podaje się doustnie, czy wkłada bezpośrednio tam, gdzie ee… najbardziej się przyda?

— Doustnie. Do tej drugiej strony używamy maści z sadła kuropatwy albo gęsi, białka z jajek, kopru, olejku z dzikiej róży, no i smarujemy. Daje naprawdę sporą ulgę.

Gorgidas skinął głową.

— Powinno. Możesz spróbować wymieszać to jeszcze z miodem. Miód jest dobry na wszelkiego rodzaju zapalenia.

Tego rodzaju konwersacja sprawiała Grekowi o wiele większą przyjemność niż rozważania nad tym, jak ustrzec się pułapek w przełęczach. Po chwili przypomniał sobie jednak z wyrzutem, że przybył na równiny jako historyk, a nie lekarz. Zapytał więc Tolui:

— Dlaczego twój lud i Khamorthci tak bardzo różnicie się wyglądem i budową ciała? Tolui zmarszczył brwi.

— A dlaczego mielibyśmy być tacy sami jak Włochacze? — Mówił o swoich sąsiadach ze stepu z takim samym lekceważeniem, z jakim Grek zwykł myśleć o barbarzyńcach.

— Chciałbym się tylko czegoś dowiedzieć, a nie obrażać cię — pospiesznie odparł Gorgidas. — Dla cudzoziemca, takiego jak ja, wygląda na to, że żyjecie na podobnej ziemi i przy podobnej pogodzie. Zastanawiałem się więc, dlaczego i wy nie jesteście do siebie podobni.

Powinni być, jeśli doktryna Hipokratesa przedstawiona w dziele „Powietrza, wody, miejsca” była prawdziwa, a w to Grek nigdy nie wątpił.

Tolui jednak posługiwał się zupełnie innym zbiorem założeń. Udobruchany nieco wyjaśnieniem Gorgidasa, powiedział:

— No dobrze, wytłumaczę ci to. My, Arshaumi, byliśmy pierwszą rasą ludzi na świecie. Jedyną przyczyną powstania Khamorthów było to, że pewien Arshaum, wiele pokoleń temu, zbyt długo pozostawał bez kobiety i hm… wypieprzył kiedyś kozę. Khamorthci byli wynikiem tego związku, dlatego właśnie są oni tak obrzydliwie kosmaci.

1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)