Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 130
Перейти на страницу:

— Wiem, że jesteśmy — odparła cicho. — I dlatego przyszłam tu dzisiaj, żeby ci powiedzieć, co mam do powiedzenia, a zamiast tego skończyło się na zwykłych przyjacielskich pogaduszkach. Ta twoja głupiutka historyjka o bogaczu, który chciał być aktorem… — przypomniawszy sobie o tym, uśmiechnęła się, ale tylko na moment. — Pomyślałam, że może niech I wszystko zostanie jak było. Ale wtedy…

— Wtedy ja musiałem wszystko spieprzyć — powiedział gorzko.

— Nie! — Po raz pierwszy Nevrata się zezłościła. — Wcale cię za to nie winię. Jakżebym mogła? Po tym co przeżyłeś, to chyba oczywiste, że chciałbyś znowu odnaleźć szczęście, którego kiedyś zaznałeś. Aleja? Ja jestem jaka jestem, i nie mogę być tą, która da ci je na nowo. Przykro mi Marku, tym bardziej że teraz znowu cię zraniłam, a to naprawdę była ostatnia rzecz, jaką chciałam zrobić.

— To nie ma znaczenia — powiedział Marek. — Sam to na siebie ściągnąłem.

— Ma znaczenie, i to duże — upierała się Nevrata. — Czy nadal możemy być przyjaciółmi? — Musiała wyczuć jego myśli, bo dodała szybko: — Pomyśl dobrze, zanim powiesz „nie”. Jak wytłumaczymy — oboje — Senpatowi, co się stało?

Trybun jakby z oddalenia słyszał swój głos obiecujący, że ich przyjaźni nic nie grozi. Ku swojemu zaskoczeniu zrozumiał po chwili, że naprawdę tak myśli — jako że nie należał do ludzi towarzyskich, miał tylko garstkę prawdziwych przyjaciół, z których żadnego nie chciałby utracić. A bez względu na to, czego spodziewał się od Nevraty, rzeczywiście lubili się i szanowali nawzajem.

— To dobrze — stwierdziła krótko. — Więc nie musimy rezygnować z naszego spotkania? To będzie… za trzy dni, tak?

— Tak.

— No, to zobaczymy się wtedy. Naprawdę się z tego cieszę. Zawsze w to wierz.

Nevrata uśmiechnęła się — troszeczkę ostrożniej niż zwykle, ale niewiele — ocenił Marek — i wyszła na korytarz, zamykając za sobą drzwi.

Za moment ucichły także jej kroki. Skaurus schował wino. Tak chyba było najlepiej — pomyślał. Senpat to dobry człowiek i bliski przyjaciel. Wcale nie chciał zrobić z niego rogacza. Gdzieś głęboko, w środku, dobrze o tym wiedział.

Z całej siły kopnął w tanią sosnową szafkę. Pękła z trzaskiem. Przenikliwy ból dużego palca objął całą stopę. Słyszał jak rozbił się dzban z winem. Przeklinając swój los, obolałą nogę i wino, zabrał się do sprzątania, wycierając szmatą rozlany alkohol. Szczęśliwie dzban był prawie pusty i tylko jedna tunika została poplamiona.

Roześmiał się gorzko, kiedy już zdmuchnął lampy i ułożył się do snu. Nie powinien był nawet dopuścić do siebie myśli, że to będzie dobry dzień. Odkąd zniknęła Helvis, nie było dla niego dobrych dni.

Wciąż jeszcze utykał, kiedy dwa dni później wchodził po schodach do swojego biura. Duży palec u prawej nogi zrobił się dwa razy większy niż zwykle i nabrał siwawożółtego koloru. Poprzedniego dnia jeden z gryzipiórków zapytał go, co się stało.

— Kopnąłem szafę w moim pokoju.

Wzruszył ramionami i pozostawił biurokratę w przekonaniu, że był to po prostu wypadek. Czasem szczera prawda była najlepszym kłamstwem.

Widząc, że trybun jest wyjątkowo roztargniony, jeden ze zdolniejszych skrybów próbował przemycić mu pod nosem drobne oszustwo. Marek od razu to spostrzegł, podniósł sprawdzaną księgę i z hukiem opuścił ją na biurko pechowego urzędnika.

— Ty szaraczku — powiedział pogardliwie do przerażonego biurokraty. — Zeszłej zimy Gou-deles Pikridos próbował tej samej sztuczki, żeby kupić sobie pierścień ze szmaragdem wielkim jak śliwka, a ty tu chciałbyś ukraść nędzne dwie sztuki złota. Powinieneś się wstydzić.

— Co… co ze mną zrobisz, szlachetny panie? — trząsł się gryzipiórek.

— Za dwie sztuki złota? Jeśli tak bardzo ich potrzebujesz, to je sobie zatrzymaj. Ale następnym razem, kiedy w twoich księgach zabraknie nawet miedziaka, to przekonasz się, czy spodoba ci się więzienie pod biurami rządu przy Ulicy Środkowej. — To ostatnie zdanie przeznaczone było dla wszystkich biurokratów, którzy udając zajętych pracą, z napięciem przysłuchiwali się rozmowie.

— Dziękuję ci, och dziękuję, litościwy i łaskawy panie — powtarzał bez końca niedoszły defraudant. Marek skinął tylko głową i powrócił do swojego biurka.

Przypomniał sobie o czymś, gdy przechodził obok biurka Iatzoulinosa.

— Czy załatwiłeś już sprawę wypłaty dla Rzymian stacjonujących w Garsavrze? — spytał.

— Musiałbym, ee… sprawdzić to w księgach, żeby się upewnić — odparł Iatzoulinos przezornie.

„Nie”, przetłumaczył Skaurus bez wysiłku i westchnął.

— Iatzoulinosie, jestem dla ciebie wyrozumiały. Ale jeśli rozzłościsz Gajusza Filipusa, to po nim się tego nie spodziewaj. Ja znam tego człowieka, ty nie. Przyjmij to jako ostrzeżenie od kogoś, kto dobrze ci życzy.

— Oczywiście, natychmiast się tym zajmę — powiedział Iatzoulinos.

— No, zobaczymy.

Trybun założył ręce i czekał. Kiedy Iatzoulinos zrozumiał, że nie zamierza się stamtąd ruszyć, odłożył na bok projekt, nad którym właśnie pracował, i odszukał księgę dotyczącą wydatków wojskowych w ziemiach zachodnich. Zamoczył pióro w atramencie i bez entuzjazmu zabrał się do wypisywania upoważnienia do wypłaty odpowiedniej sumy. Usatysfakcjonowany tym Marek wreszcie od niego odszedł.

Podskoczył, kiedy o szyby uderzył nagle grad. Dojmujący ból w prawej stopie powiedział mu, że nie powinien był tego robić. Lada dzień nadejdzie prawdziwa zima — pomyślał — burza, która przeszła wczoraj nad miastem, pokryła już trawniki kompleksu pałacowego dywanem śniegu. Trybun miał cichą nadzieję, że na razie pogoda się nie poprawi. Pomimo obietnic, które złożył Nevra-cie, nie czuł się gotów, by już jutro spotkać się z nią i Senpatem. Może śnieg zmusi ich do odłożenia tych planów na jakiś czas.

Zarówno w biurze jak i w jego pokoju panowało przyjemne i rozleniwiające ciepło. Marek cieszył się, że biurokraci tak intensywnie dogrzewają swoje skrzydło Wielkiego Sądu. Potem pomyślał o swoich przyjaciołach na stepie i zrozumiał, że jest mu naprawdę dobrze.

XIV

Wiatr wył i jęczał jak wielka, oszalała bestia, ciskając śniegiem w twarz Batbaiana i pokrywając szronem wąsy Viridoviksa. Krótka, gęsta broda pokrywała jego podbródek i policzki — nie golił się od tygodni i nie wiedział, kiedy znowu będzie miał do tego okazję. Zaklął głośno, gdy podmuch wiatru wcisnął się pod ciężki, futrzany płaszcz i zmroził mu plecy. To ubranie nie było dopasowane do jego rozmiarów. Należało do jednego z jeźdźców Varatesha, ale on już go nie potrzebował.

Głośne westchnienie wyrwało się z piersi Gala i spory obłoczek pary zakrył przed nim świat na krótką chwilę. Westchnął jeszcze raz, przypominając sobie namiot zmysłów i otępienie wywołane narkotycznym dymem. Jego twarz stężała nagle. Dym był wszystkim, co zostało z namiotu Targi-tausa i z namiotów wszystkich jego rodaków — i z nich samych.

Z bezlitosną dokładnością, Varatesh dał Wilkom trzy dni na zajęcie się prawie tysiącem zupełnie ślepych ludzi, którzy nie byli w stanie pomóc sobie — i na opanowanie rozpaczy, którą ze sobą przynieśli. Potem uderzył i unicestwił cały klan.

Viridoviks i Batbaian pilnowali oddalonego od obozu stada owiec, kiedy spadł ten cios, inaczej bowiem zginęliby z całą resztą. Tego dnia, kiedy zapadł już zmierzch, wjechali do obozu, po którym zostały tylko zgliszcza i trupy nomadów. Varatesh był, na swój sposób, doskonałym dowódcą, skoro potrafił tak pokierować swoim zbójami, że w ciągu dwóch godzin zdążyli napaść na swoich wrogów, zabić, zgwałcić, nakraść i natychmiast się ulotnić.

1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)