Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 115 116 117 118 119 120 121 122 123 ... 130
Перейти на страницу:

Zasnął.

— Cholernie paskudnie — przekrzykiwał wyjący wiatr Goudeles.

— I na co ty się jeszcze skarżysz, Pikridos? — spytał stojący obok niego Skylitzes. — Z tym twoim sadłem na pewno jest ci cieplej niż komukolwiek z nas.

Oficer jechał pochylony nad końskim karkiem, by choć trochę osłonić się przed zamiecią.

Brutalna potęga stepowej zimy mroziła serce Gorgidasa nie mniej niż jego ciało. Jako dziecko słonecznej Grecji, był zupełnie nie przygotowany na to, by stawiać czoło nieskończonym przestrzeniom śniegu i lodu. Przerażały go bardziej niż nagła śmierć na polu walki. Nic dziwnego, że Videssańczycy wiążą Skotosa z zimą — pomyślał. Odwrócił się do Arghuna, pytając:

— Czy to zawsze tak wygląda?

Twarz khagana, podobnie jak i jego, pokryta była tak grubą warstwą tłuszczu, że świeciła się nawet przy tym słabym świetle.

— Widziałem takie paskudne zamiecie jak ta… kilka takich zamieci — odparł. — Ale żadna z nich nie trwała aż tak długo. A im dalej jedziemy na wschód, tym gorzej to wygląda, co jest jeszcze dziwniejsze. Zwykle najwstrętniejsza pogoda zostaje na zachodzie.

Podmuch wiatru rzucił mu śnieg w twarz. Zakaszlał i dokładniej owinął się swoim płaszczem z koziej skóry o wyjątkowo długim włosiu. Od czasu zatrucia odczuwał zimno o wiele bardziej dotkliwie niż jego rodacy i Grek mógł się tylko domyślać, jakie męki przeżywa khagan. Nikt nie słyszał jednak od niego najmniejszego słowa skargi, nie prosił też, by armia posuwała się wolniej.

Dwóch zwiadowców przepychało się między nomadami, zmierzając w kierunku Arghuna. Pierwszy, nieco bardziej wysunięty do przodu, pochylił głowę przed khaganem i zameldował głosem, w którym pobrzmiewała nutka obrzydzenia:

— Znaleźliśmy Włochacza, panie, zamarzającego w śniegu i jeszcze jakiegoś innego cudzoziemca razem z nim.

Brwi Arghuna powędrowały do góry.

— Khamorth? Po naszej stronie rzeki?

— Banita? — spytał krótko Skylitzes.

— Albo szaleniec, albo i to, i to. Bez konia, i stracił niedawno jedno oko — paskudnie. Po prostu jakiś zidiociały Khamorth owinięty w płótno z namiotu.

— Aa, do cholery z nim — wybuchnął drugi zwiadowca, kiedy zrównał się ze swoim towarzyszem. Był od niego młodszy, i miał żywe, pełne humoru oczy. — Powiedz im lepiej o ognistym demonie.

Starszy żołnierz prychnął lekceważąco.

— Ty i twoje ogniste demony. Gdyby to nawet był jeden z nich, to zamieć wygasiła go na dobre. Założę się, że już zamarzł na śmierć. I tak wyglądał jak trup, zresztą trudno się dziwić, skoro leży na śniegu tylko w płaszczu.

— Mimo wszystko mówię ci, że to nie jest zwykły człowiek — upierał się młodszy Arshaum. — A może chcesz mi powiedzieć, że widziałeś już takich ludzi jak on, z włosami, brodą i wielkimi wąsiskami w kolorze wypolerowanego brązu? Gorgidas, Skylitzes i Goudeles krzyknęli niemal równocześnie. Zwiadowca aż podskoczył, a koń Arghuna zarżał przestraszony.

— Przyjaciel nasz jest to — powiedział Gorgidas do khagana, w podnieceniu zapominając o składni.

— To może być tylko jeden człowiek — przytaknął Skylitzes. Gorgidas odwrócił konia, zwracając się bezpośrednio do zwiadowców:

— Zostawiliście go tam, żeby zamarzł, idioci?

— A żeby twoja dupa też zamarzła — odparował starszy. — Po co nam cudzoziemcy w kraju Arshaum? — „Nie wyłączając ciebie”, mówiło jego wrogie spojrzenie.

Ale Arghun ryknął na niego z wściekłością:

— Zamknij gębę, ty…! Ci cudzoziemcy są naszymi sprzymierzeńcami, a ten uratował mi życie. Jeśli ich przyjaciel umrze tam w śniegu, to was nie spotka nic lepszego.

Khagan był zazwyczaj człowiekiem bardzo łagodnym i nomada aż skulił się ze strachu, kiedy spadł na niego gniew wodza.

— Zabierzcie mnie do niego — powiedział Gorgidas. Zwiadowcy wysłuchali go bez słowa sprzeciwu. — Galopem, do cholery! — krzyknął Grek.

Cała trójka spięła konie ostrogami. Fontanny śniegu wylatywały spod kopyt wierzchowców. W piątkę już, bo dołączyli do nich Goudeles i Skylitzes, jak burza przelecieli przez armię Arshaum.

Gorgidas zastanawiał się, jak nomadzi mogli odnaleźć drogę w tym wyjącym białym szaleństwie. Bez wątpienia kierowali się wiatrem i jakimiś znakami, których laicy jak Grek nie byli w stanie dostrzec. Oczy piekły go i łzawiły od tak szybkiej jazdy, a nos, choć pokrywała go warstwa tłuszczu, zdawał się soplem uwieszonym na środku jego twarzy. Ci nomadzi o płaskich gębach bardziej tu pasują niż ja — pomyślał.

— Tam — powiedział młody zwiadowca, wyciągając rękę do przodu.

Grek dojrzał najpierw konie, a potem stojących obok nich Arshaumów — nie… Kiedy podjechał bliżej zobaczył, że jeden z przysadzistych wojowników musiał być Khamorthem, sądząc po gęstej brodzie. Na razie wyrzucił człowieka z Pardraji ze swoich myśli. Jeśli miał na tyle sił, by normalnie się poruszać, z pewnością był w stanie przeżyć jeszcze kilka minut.

— Z drogi! — krzyknął Gorgidas, zeskakując z konia.

Trzech Arshaumów, przykucniętych obok leżącej w śniegu postaci, skoczyło na równe nogi, sięgając po miecze. Zwiadowcy, którzy przyjechali z Grekiem także krzyczeli, tłumacząc swoim kompanom, kim jest ten cudzoziemiec.

Gorgidas w ogóle nie zwrócił na nich uwagi, pochylając się nad skulonym ciałem Viridoviksa. Kiedy przewrócił go na plecy myślał, że Celt już nie żyje. Jego skóra była blada i zimna, głowa opadała bezwładnie do tyłu. Zdawało się, że nie oddycha.

Grek delikatnie ułożył głowę Viridoviksa na kolanach. Wpatrywał się w jego twarz tak samo, jak patrzył na konającego Kwintusa Glabrio, bezradny wobec nieuchronnej śmierci. Teraz kolejny bliski mu człowiek — choć bliski w inny sposób — dogorywał na jego rękach, a on nie mógł mu pomóc. Bezsilna wściekłość i frustracja rozdzierały mu serce — czy kiedykolwiek jeszcze na coś się przyda?

Położył rękę na szyi Gala. Nagle podskoczył — czy to był puls? Znowu się pojawił, tak wolny i słaby, że sam ledwo w to wierzył.

Później nie pamiętał wcale, żeby się zastanawiał nad tym, co robić dalej. Jego uparty rozsądek zawsze doprowadzał Neposa do rozpaczy, kiedy kapłan próbował nauczyć go sztuki videssańskiego uzdrawiania.

— Niech cię nie obchodzi, jak i dlaczego — krzyknął kiedyś na niego. — Wystarczy ci wiedzieć, że musisz, a reszta przyjdzie sama.

Ale dla Greka takie wyjaśnienie było gorsze niż żadne i nigdy mu się nie udało.

Rana kochanka mogła być impulsem wystarczająco silnym, by uwolnić go z więzi racjonalnej myśli i pozwolić na spontaniczny wybuch uzdrowicielskiej mocy, ale Glabrio umarł, właściwie zanim uderzył o ziemię. Nawet magiczna videssańska sztuka nie mogła wskrzeszać umarłych. I dlatego Gorgidas postanowił porzucić swój zawód, przepełniony bólem i rozczarowaniem własnymi zdolnościami. Myślał, że tak zostanie już na zawsze.

Teraz jednak desperacja wyniosła go ponad samego siebie, uwolniła od wszystkiego poza pragnieniem uratowania przyjaciela. Widząc jak całe ciało Greka zesztywniało nagle, Goudeles odepchnął Arshauma, który chciał go właśnie wziąć za ramię. Rozzłoszczony nomada odwrócił się do niego.

— Szaman — wyjaśnił biurokrata, wskazując na Greka. — Zostaw go.

Skośne oczy Arshauma rozszerzyły się ze zdumienia. Skinął głową i cofnął się o krok.

Gorgidas, wpatrując się intensywnie w białą twarz Celta, nie miał pojęcia, co dzieje się wokół. Czuł, jak cała jego wola zbiega się w jednym punkcie, niczym promienie słońca skupione w soczewce. Nigdy nie wyszedł poza to doświadczenie; w czasie nauki w stolicy, gdy próbował przenieść energię na zewnątrz, wszystko się kończyło. Teraz sama wyskoczyła do przodu, zanim jeszcze o tym pomyślał.

1 ... 115 116 117 118 119 120 121 122 123 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)