Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Gal i nomada jechali obok siebie w ciszy tak głębokiej, że odbijała się echem — nawet ujadające kundle, które kręciły się miedzy namiotami, zostały zabite. Viridoviks był tak wstrząśnięty, że popadł w jakieś dziwne odrętwienie — twarz Batbaiana wykrzywiona była bólem, którego żadne słowa nie mogłyby opisać. Co chwilę jeden z nich kiwał głową, pokazując ciało kogoś, kto był mu kiedyś bliski. Był tam i posępny Rambebisht, otoczony ciałami trzech banitów. Wypuszczona w jego plecy strzała przebiła mu serce. Jeśli zamierzał szukać pomsty na Viridoviksie, to teraz było już na to za późno. A tu Lipoxais, jego żółte szaty nasiąknięte były krwią. I Azarmi, dziewka służebna, której suknia leżała obok. Wciąż miała na sobie zalaną krwią bluzkę — banitom nie chciało się nawet jej zerwać, kiedy zajęli się nieszczęsną, a potem po prostu zakłuli ją nożem.
Kierowani tym samym, straszliwym przeczuciem, zeskoczyli z koni i pobiegli do tego, co zostało z namiotu Targitausa. Wyłamane poprzeczki sprawiały, że przechylał się teraz niczym pijany człowiek. Najgorsze czekało na nich w środku. Martwa dłoń Borane kurczowo ściskała sztylet.
Ostrze noża poplamione było krwią — nie oddała swojego życia za darmo. Ale Borane była gruba i stara — ludzie Varatesha zarżnęli ją od razu. Seirem bez wątpienia nie miała tyle szczęścia.
Viridoviks przeklął te wspomnienia. Rozpacz i udręka paliły go znowu żywym ogniem, jak wtedy, gdy zobaczył zbezczeszczone ciało Seirem. Po raz tysięczny myślał o tym, że lepiej by było, gdyby nie zaznał tych kilku tygodni prawdziwej miłości, albo gdyby umarł razem z tą, która była jego szczęściem.
— I cóż warte są te gdybania? — powiedział do siebie. — Szlag by to wszystko trafił. Gorzka Iza stoczyła się po policzku Gala. Batbaian, słysząc jakieś słowa, odwrócił się do niego.
— Nie rób tego — powiedział szorstko. — Woda przymarznie ci do skóry.
Syn khagana nie był już chłopcem sprzed kilku tygodni. Zdawało się, że przez ten czas postarzał się o dziesięć lat. Jego twarz stała się szczupła, a wyżłobione cierpieniem zmarszczki znaczyły czoło i kąciki ust.
To on zaproponował, by podpalić obóz.
— To ostrzeże wszystkich innych pasterzy, którzy mogli gdzieś przeżyć — powiedział. — I może sprowadzi z powrotem ludzi Varatesha.
Zimne, głodne światełko zapaliło się w jego oku i poklepał łuk. Znaleźli sobie dobrą zasadzkę — nie chcieli oddać życia nie zabiwszy przedtem tylu bandytów, ilu da im los.
Ale renegaci nie wrócili, myśląc pewnie, że to jakaś przewrócona lampka albo niewygaszona pochodnia stała się przyczyną ognia. Kiedy wiadomo było już, że nikt do nich nie przyjedzie, Batba-ian ściągnął opaskę z pustego oczodołu i rzucił ją na ziemię.
— Niech wiedzą kim jestem, kiedy ich będę zabijał — powiedział. Miał teraz czterech na koncie, o jednego więcej niż Gal.
Żyli jak banici — była to jedna z tych katastrofalnych i dziwnych odmian, jakie przyniosła ze sobą wojna z Varateshem. Teraz wódz bandytów i jego zbrodniarze niepodzielnie panowali na stepie, wygniatając niegdysiejszych przywódców niczym robactwo. Ale jak sam to niegdyś Vara-tesh udowadniał, nie tak łatwo było wyplenić ich do cna. Tu koza, tam strażnik, gdzie indziej skradzione dwa konie — nieustannie sypiący śnieg pokrywał zaraz ślady. Varatesh na pewno nie miał aż tak ciężkiego życia, ale oni się nie skarżyli.
Odziane w grube rękawice dłonie z trudem radziły sobie z rozbijaniem namiotu, gdy zapadł już wieczór. Pomimo specjalnej zasłony od śniegu, którą rozstawili przed namiotem, ostry północny wiatr wciskał się do środka. Owinięci w koce, przykucnęli obok ogniska, przysmażając nad nim kawałki baraniny. W zimie nie ma żadnego problemu z przechowaniem mięsa — pomyślał Virido-viks — za to niełatwo go potem rozmrozić.
Wytarł tłuszcz z brody i wylizał palce do czysta. Niech sobie Rzymianie spróbują żyć w tym zimnie o swoim suchym prowiancie i owsiance — pomyślał. Tylko czerwone mięso mogło tu utrzymać człowieka przy siłach.
Zamiast go wytrzeć, Batbaian rozsmarował barani tłuszcz na policzkach, nosie i czole.
— Chroni przed odmrożeniem — powiedział. Rzadko się teraz odzywał, a jeśli już, to zawsze mówił o konkretach.
— Następnym razem, chłopie — pokiwał głową Viridoviks. Wyciągnął swój miecz i przyjrzał się ostrzu, sprawdzając czy nie rdzewieje. Przy tak zimnej i wilgotnej pogodzie trzeba było szczególnie się o to troszczyć. Zdrapał paznokciem maleńką czerwoną plamkę rdzy albo zakrzepłej krwi. — Nie zaszkodziłoby i jego trochę posmarować.
Gdzieś w oddali zawył wilk. Był to odgłos ponury i zimny jak ta noc. Jeden z koni zarżał nerwowo.
— Jutro znowu na północ? — zapytał Viridoviks.
— O tak. — Usta Batbaiana rozchyliły się w ponurym uśmiechu: — A gdzie lepiej niż przy samym gardle łajdaków? Lepsze łowy — więcej stad. Więcej ludzi.
Jedno oko zabłysło w migotliwym świetle ogniska. W miejscu drugiego widniała tylko ciemna plama.
Gal znowu przytaknął, tłumiąc w sobie poczucie beznadziejności ich wysiłków. Nawet gdyby zabił setki wrogów, nie odzyska tego, co utracił.
— Czy to w ogóle ma sens? — wykrzyknął. — Kręcimy się i udajemy, że robimy nie wiadomo, co wycinając pojedynczych skurwysynów, ale przysięgam na bogów, że to tylko łapówka dla naszej dumy. Nie zrobimy im większej krzywdy, niż para szczurów co wygryza farmerom zboże z worka.
— Wiec co chcesz zrobić? Założyć ręce i umrzeć? — Szorstka pogarda dla tego porównania i dla rozpaczy przepełniała głos Batbaiana. — Nie jesteśmy jedynymi ludźmi na Pardraji, którzy z chęcią związaliby Varatesha jego własnymi flakami.
— Czyżby? Coś mi się zdaje, że to tylko my tu zostaliśmy. Ci, co spróbowali podskoczyć, gryzą teraz piach. A co do reszty, to mniej w nich ochoty do walki niż w twoich baranach; zrobią wszystko, co im mocniejszy każe. Tych, co naprawdę mają jaja i nie pójdą za nim jak bydło, już chyba dawno nie ma.
— Więc odejdź, jeśli tego chcesz, pojadę sam — powiedział Batbaian. — Przynajmniej umrę jak mężczyzna, robiąc to co do mnie należy. I jeszcze raz powtórzę: nawet bez ciebie, nie będę sam na zawsze. Pardraja to wielka ziemia.
— Nie dość wielka — odparł Viridoviks, dotknięty słowami nomady i szukając równie dotkliwej riposty. Potem zawahał się. — Nie dość wielka — powtórzy! cicho. Jego oczy zrobiły się nagle szerokie. — Powiedz mi tu zaraz, Khamorthcie, kochanie, czy zostawiłbyś teraz Varatesha… och, no i Avshara… żeby potem wrócić po większą zemstę i to może taką, dla której nie będziesz musiał dać się zarżnąć?
Batbaian wytrzeszczył swe jedyne oko, jakby chciał siłą woli wyciągnąć z Gala rozwiązanie tej zagadki.
— A co to za różnica, kiedy umrę? Ale jeśli uwierzę w twoją większą zemstę, porzucę nawet Pardraję.
— To dobrze, bo będziesz musiał to zrobić.
— Cholera! — powiedział Gorgidas, o ułamek sekundy za późno chwytając się za głowę. Mroźny, północny wiatr zerwał mu z głowy futrzaną czapę i niósł ją po zaśnieżonej ziemi. Klnąc pod nosem, rzucił się w pościg, czując jak mróz szczypie go po odsłoniętych uszach.
Stojący w pobliżu Arshaumi śmiali się i podrzucali mu głupawe rady. „Zabij ją!”, „Zastrzel!”, „Szybko bo ucieknie! Dźgnij ją tym swoim mieczem!”.
Kiedy wreszcie dopadł ulatującej w dal czapki, Grek uderzył nią kilka razy po nodze, by otrzepać śnieg. W końcu wcisnął ją na głowę i zaklął raz jeszcze, kiedy jakaś zabłąkana grudka ubitego śniegu spadła mu za kołnierz i przyprawiła o dreszcze.