Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Przepływ mocy, kanał energii — czuł umierające ciało Viridoviksa, jakby to był on sam; wyczuwał spustoszenia, jakie poczynił mróz, odmrożone palce i policzki; sięgnął głęboko do wnętrza, wyczuwając zimną, gęstą krew, przesuwającą się powoli i leniwie w żyłach Gala.
To pierwsze oszałamiające uderzenie percepcji niemal zmiotło Greka, omal nie zgubił się w strapieniu Celta. Ale uparty rozum nie pozwolił mu się poddać — wiedział czym była naprawdę, bez względu na to, jakie wrażenia odbierał jego umysł. A kanał, który udało mu się stworzyć, działał w dwóch kierunkach — w tym samym momencie poczuł, jak jego uzdrowicielska moc rozbiega się po ciele Viridoviksa, sięga w głąb, naprawia, odwraca, ożywia.
Przyspieszyć serce, fala ciepła do brzucha, rąk i nóg. Wzmocnić płuca i przyspieszyć oddychanie — ledwo wciągały mroźne powietrze. Sprawy delikatniej sze — poczuć dobrze zamarznięte palce u rąk i u nóg, policzki, uszy, powieki — ocieplać łagodnie, stopniowo, niech nowy strumień krwi dokona swego dzieła. Żałosne, puste słowa nie mogą oddać tego, co robił potem. Nic nie znaczą. Uzdrawianie odbywało się na poziomie, którego nie sięga żaden język.
Celt poruszył się pod jego rękami, jakby budząc się głębokiego snu, wymamrotał pod nosem jakiś protest w swoim melodyjnym języku. Jego oczy, zielone jak lasy Galii, otworzyły się szeroko i spojrzały na Greka rozumnie. Dopiero wtedy Gorgidas uświadomił sobie, czego właśnie dokonał.
Zawładnęła nim radość, radość i krańcowe wyczerpanie, jakiego jeszcze nigdy nie zaznał. Była to cena, jaką musieli płacić za swe zdolności uzdrawiacze.
Viridoviks nie spodziewał się, że jeszcze kiedykolwiek się obudzi, a na pewno nie przepełniony falą gorącej energii wypełniającej całe ciało. Kiedy się przeciągnął i — och, cud! — poczuł wszystkie członki, przez moment myślał, że jest już na drugim świecie. Nie mógł sobie wyobrazić, by czuł się tak dobrze na ziemi. Dłonie, tak delikatnie dotykające jego twarzy, mogły więc należeć do jakiejś nieśmiertelnej panienki, która miała umilać mu wieczność.
Ale kiedy podniósł wzrok, zobaczył nad sobą twarz mężczyzny, szczupłą, poznaczoną zmarszczkami triumfu i zmęczenia.
— Pfuj! — powiedział. — Żadna z ciebie ślicznotka, niestety. Gorgidas przewrócił oczyma i roześmiał się.
— Nie muszę cię już pytać, czy jesteś zdrowy. Na psa, czy ty zawsze myślisz tylko o tym, satyrze?
Ból jaki odmalował się na twarzy Gala, kazał Grekowi zastanowić się, czy został on do końca uleczony, ale ten powiedział tylko, bardzo cicho:
— Tak, czasami tylko o tym.
Zbierając wszystkie siły, Viridoviks spróbował usiąść. Krew uderzyła mu do głowy, ale po chwili oszołomienia przyszedł do siebie.
— Batbaian! — wykrzyknął. — Czy ktoś go znalazł?
Słysząc swoje imię, Batbaian podbiegł do Celta, wciąż zawinięty w grube płótno namiotu. Był wyraźnie zadowolony, że znalazł jakiś pretekst, by odsunąć się od Arshaumów, którzy spoglądali na niego niczym stado wilków na jakiegoś zabłąkanego psa. Skylitzes i Goudeles także przykucnęli obok Viridoviksa. Videssański oficer podtrzymał go swą silną, żołnierską ręką, podczas gdy biurokrata ze szczerym podziwem ściskał dłoń Gorgidasa.
— Dobrze się czujesz? — spytał Viridoviks Batbaiana, przechodząc na język Khamorthów. Gor-gidas ledwo go rozumiał, bo nie używał tego języka od miesięcy.
— Wszystko w porządku, dzięki temu — odparł nomada, strzepując śnieg z płótna. Z zaciekawieniem przyglądał się Viridoviksowi. — Ale jak to możliwe, że to ty mnie o to pytasz? Nie powinno cię już być na tym świecie, nie po tym, jak zostałeś w zamieci bez żadnej osłony.
— To prawda. — Teraz i Viridoviks wyglądał na zaintrygowanego, ale wskazał ręką na Gorgi-dasa. — On mnie musiał uleczyć. — Tonem niemalże oskarżycielskim zwrócił się do lekarza: — Myślałem, że nie umiesz.
— Ja też.
Teraz, kiedy już tego dokonał, nie marzył o niczym innym, jak tylko o ciepłym wnętrzu namiotu, kilku łykach kavassu i o swoim posłaniu, które przyjęłoby go na tę długą, zimową noc — i na większość następnego dnia, jeśli uda mu się to wyprosić. Ale Viridoviks mówił do niego:
— Jeśli jesteś teraz druidem-znachorem, Gorgidas, kochanie, to przyjrzyj się może Batbaianowi i jego oku, i zobacz, czy nie da się nic zrobić dla tego biedaka.
Grek westchnął, wypuszczając z siebie wielki obłok pary — bez wątpienia, Viridoviks miał rację.
— Zrobię co będę mógł.
Odwrócił się do młodego Khamortha, ten jednak cofnął się o krok, wciąż nie dowierzając komukolwiek, kto przebywał razem z Arshaumami.
— Stój spokojnie — powiedział Gorgidas po videssańsku. Choć prawie nie mówił językiem Imperium, Batbaian zrozumiał go i uspokoił się trochę.
Gorgidas aż syknął cicho, kiedy dobrze się przyjrzał zmaltretowanej twarzy nomady. Dotąd nie zwracał na niego większej uwagi i przypuszczał, że Khamorth stracił oko podczas walki, od strzały, czy też uderzenia mieczem. Ale blizna, którą zobaczył, wcale tego nie potwierdzała — za duża, zbyt okrągła, zbyt gładka, podobna trochę do oparzenia. Delikatnie zbadał ją palcami, utwierdzając się tylko w tym przekonaniu.
— Jak to się stało? — zapytał.
Głosem zimnym jak północny wiatr, Batbaian opowiedział mu o wszystkim. Nie znał na tyle vi-dessańskiego, ale Viridoviks i Skylitzes pomagali mu tłumaczyć, a jego ostatni gest był wystarczająco obrazowy. Skylitzes, choć twardy i doświadczony żołnierz, odwrócił głowę i zwymiotował. Pochylił się i nabrał do ręki trochę śniegu, by oczyścić usta.
— Tak, tak to właśnie było — powiedział Viridoviks posępnie. — Słodki koleś, Avshar. — Posa-pując z wysiłku, Celt wstał na równe nogi, i choć nieco się chwiał, triumfalny uśmiech rozjaśnił jego twarz. — Mamy wiele rachunków do wyrównania, bardzo wiele. — Znowu spochmurniał, oczy wpatrywały się gdzieś w dal. — Bardzo wiele — powtórzył cicho. Dotknął miecza, jakby czerpiąc moc z myśli o zemście.
Potem, wracając do siebie, zapytał Gorgidasa:
— I co, można coś zrobić z tym okiem?
Grek mógł tylko pokręcić przecząco głową. Wiedział, że może znowu leczyć — jak pierwszy orgazm chłopca, jeden sukces był obietnicą następnych. Ale jego wiedza była tutaj bezużyteczna.
— Czas zrobił z tym wszystko, co dało się zrobić. Gdybym widział to zaraz po fakcie, mógłbym tylko doprowadzić to do takiego stanu, w jakim jest teraz. Ta sztuka leczy to co odnajduje, ale nie może przywracać czegoś, czego już nie ma.
Skinięcie Viridoviksa było wyrazem smutku, Batbaiana — tylko zniecierpliwienia. Ta blizna przypominała mu o długach, które musiał spłacić.
Goudeles kichnął. Ten dźwięk przypomniał Gorgidasowi, że zamieć nie ustała tylko dlatego, że odnalazł Viridoviksa. Gal mógł znowu zamarznąć — tak jak wszyscy pozostali. Lekarz podbiegł do swojego konia, ściągnął koc z siodła i owinął nim Viridoviksa.
Celt niemal tego nie zauważył. Sam fakt, że żył, że czuł na policzkach kłujące igiełki śniegu, był dla niego wystarczająco zajmujący. Nie słyszał też, kiedy Grek zapytał go, czy może jechać konno, ale niecierpliwe warknięcie lekarza wreszcie do niego dotarło.