Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
To dodatkowe okrycie miało im się bardzo przydać. Batbaian nigdy nie widział jeszcze gorszej pogody. Dla Viridoviksa była ona przerażająca, niemal nie do uwierzenia: śnieg, lód, nie ustający ani na sekundę wiatr, takie same szare dni bez najmniejszego promienia słońca, noce bez gwiazd, niebo wiecznie zasnute grubymi, ciemnymi chmurami. Śnieżyce w Videssos bywały naprawdę ostre, ale to były śnieżyce; miały swój początek i koniec. Ta ciągnęła się bez końca, jak gdyby lato opuściło ziemię na zawsze.
— Myślę, że ona wlecze się za nami — Viridoviks przekrzykiwał wycie wiatru.
— Co? — również wrzeszcząc dopytywał się Batbaian. Szedł tylko o jard przed Celtem, ale zawierucha porywała ze sobą słowa.
— Mówię, że ta śnieżyca nas ściga, a jak już nie damy rady iść dalej, to nas wykończy.
Na początku Viridoviks traktował to tylko jako metaforę, ale po chwili zastanowił się, czy aby nie trafił w samo sedno. Batbaian odwrócił się i wymówił jakieś imię. Gal nic nie usłyszał, ale wiedział dobrze co to było. Tym razem dreszcz, który przebiegł mu po plecach, nie miał nic wspólnego z mrozem. Znowu pomyślał o wyrzuceniu swojego miecza, i to zupełnie poważnie.
Wiatr uderzył z jeszcze większą silą, jak gdyby potwierdzając, że to Avshar jest jego ojcem. Potem kolejny podmuch rzucił garść ostrego jak szpilki śniegu prosto w oczy Viridoviksa. Osłaniał je dłonią najlepiej jak potrafił, potykając się niczym ślepiec. O każdy krok musiał zmagać się z napierającą na niego masą zimnego powietrza — było to jak walka z falami oceanu. Wściekły poryw śnieżycy zatrzymał ich obu w miejscu.
— Namiot! — krzyczał nomada. — To nas zabije, jeśli się nie schowamy!
Viridoviks klął pod nosem, próbując wbić kołki w ziemię — była tak zamarznięta, że trudno było ją w ogóle zadrapać W końcu udało im się jakoś naciągnąć płótno na szkielet. Niczym zwierzęta uciekające do nory, wczołgali się do środka.
Rozszalały wiatr zdawał się wyć jeszcze głośniej, kiedy już się przed nim schowali. Viridoviks rozcierał nogi, poruszał stopa mi. Jego buty były grube i ocieplone kilkoma warstwami filcu, ale i tak każdego dnia palce niemal całkiem mu zamarzały.
— No, teraz rozumiem, dlaczego tak płakałeś za końskim łajnem, tam nad rzeką — powiedział. — Lepszy ogień z owczych gówien niż żaden.
— To już ostatnie kawałki, niestety — powiedział Batbaian.
Tłuszcz zapalał się co prawda szybciej, ale kiedy już udało się rozpalić wysuszone łajno, paliło się ono dłużej i, ku zaskoczeniu Celta, czyściej niż odpadki, które Khamorth zawsze oddzielał od mięsa. Viridoviks wahał się niemal przez dwa dni, zanim usmażył cokolwiek nad płonącym łajnem, ale głód pomógł mu przezwyciężyć wszelkie skrupuły.
Westchnął z ulgą, kiedy ogień rozpalił się na dobre i namiot zaczął wypełniać się cieplejszym powietrzem. Śnieg i lód oblepiające jego wąsy topniały powoli. Wytarł twarz rękawem płaszcza. Wełna była tłusta i śmierdząca, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia.
— Znowu baranina — burknął.
— Też już się prawie kończy — powiedział Batbaian. — Założę się, że będziesz wolał to niż pusty brzuch.
— To prawda — Viridoviks nadział na sztylet kawałek mięsa i przytrzymał go nad płomieniem. Smakowity zapach pobudził żołądek Gala do głośnego burczenia. — Nawet moje kiszki tak myślą.
Słabo wbity kołek wyrwał się ze swojej dziury. Wiatr uderzył nim o płótno namiotu niczym kamieniem. Zaalarmowany Batbaian podniósł głowę.
— Musimy to poprawić — krzyknął. — Zanim…
Drugi kołek oderwał się od ziemi, kiedy nomada właśnie zamierzał wstać. Zimny podmuch wiatru z rykiem wdarł się do namiotu i ściągnął ze szkieletu płótno. Viridoviks chwycił je na moment. Z trzepotem, który brzmiał jak drwiący śmiech, śnieżyca wyszarpnęła mu je z rąk i poniosła ze sobą nad bezkresnym stepem.
— Za nim! — wrzasnął Batbaian. — Bez niego nie przeżyjemy nawet jednego dnia! — Ostatnie słowa rzucił już przez ramię, znikając w śnieżnej zadymce.
Viridoviks ruszył w jego ślady. Nie uszedł nawet dwudziestu kroków i już wiedział, że będzie miał kłopoty. Batbaian, biegnący tam gdzieś, przed nim, mógł zostać zmieciony z powierzchni ziemi. Za nim było zgaszone ognisko. Wykrzykiwał imię Khamortha raz za razem, potem przeszedł na galijskie okrzyki wojenne. Jeśli nawet była jakaś odpowiedź, wiatr uniósł ją ze sobą.
Wciąż wrzeszcząc, biegł przez chwilę razem z wiatrem. W tej zamieci Batbaian mógł stać o dwa kroki od niego, a on i tak by go nie zauważył. Zatrzymał się, nie wiedząc co robić dalej. Jeśli Batba-ian złapał już umykające płótno, co by zrobił? Stanął i czekał na Viridoviksa, czy też spróbował przynieść je z powrotem do tego, co zostało ze szkieletu?
— Szlag by to trafił — mruknął Celt. — Na pewno zrobię akurat to, czego nie powinienem. Pogrzebał w sakiewce i znalazł kwadratową monetę Halogajczyków, którą wygrał kiedyś w kości. Podrzucił do góry, złapał w obie ręce. Kiedy ją odkrył, szczerzył do niego zęby smok.
— No, to do namiotu.
Odwrócił się, by stawić czoło wściekłym podmuchom wiatru. Śnieg uderzył go w twarz niczym płomień. Cieszył się teraz ze swojej nowej brody i żałował, że nie jest jeszcze gęstsza.
Próbował wracać po własnych śladach, ale śnieżyca już je zasypywała. W miarę jak posuwał się naprzód, stawały się coraz słabsze. Myślał, że jest już blisko, kiedy zniknęły zupełnie. Starał się nie wpadać w panikę. Musi być jakiś sposób. Wiatr! Jeśli nadal wiał w tym samym kierunku, zaprowadzi go na miejsce.
Musiał się zmienić. Po chwili wiedział, że poszedł za daleko. Kręcił się potem na oślep, mając nadzieję, że szczęście pomoże mu tam, gdzie zawiódł go rozum. Nie pomogło. Stanął w miejscu, trzęsąc się z zimna, zabijając ręce i zastanawiając się nad następnym krokiem. Bez jedzenia, bez ognia, bez schronienia — czuł jak ciepło ucieka z jego ciała i zrozumiał, że Batbaian miał rację; śnieżyca mogła zabić bardzo szybko.
— Gdyby tylko przestał padać ten przeklęty śnieg, żeby ciało miało jakiś pożytek z oczu — powiedział, potrząsając głową niczym ogłuszony niedźwiedź. Wydawało się jednak, że może padać i do końca świata. Gęste tumany śniegu przewalały się jeden po drugim, zasnuwając świat bielą.
Zdając sobie sprawę, że musi schronić się jakoś przed wiatrem, uklęknął i zaczął spychać w jedno miejsce hałdy śniegu, próbując zbudować z niego osłonę. Kolejne podmuchy rozsypywały ją niemal tak szybko, jak Gal ją ustawiał, ale w końcu miał przed sobą ściankę sięgającą mu do pasa, która zatrzymywała pierwszy impet uderzeń wiatru. Skulił się za nią wiedząc, że ta prowizorka i tak niewiele mu pomoże, jeśli zamieć wkrótce się nie skończy.
Nie wiedział nawet, kiedy opadło go odrętwienie. Nie zauważył, kiedy zniknęło czucie w stopach, na twarzy, w dłoniach. W pewnym sensie przyniosło mu to ulgę, bo nic go już nie bolało. Umysł także pracował coraz wolniej, stał się ociężały, zanurzał się w lodowatą obojętność. Wiedział, że umiera, ale nie miał siły, by się tym przejmować. Zawsze myślał, że do końca będzie walczył o życie, ale wszechmocne zimno odbierało mu wszelkie środki obrony, jeden po drugim, tak że nie miał już nic, czym mógłby jeszcze walczyć. Nie zauważył nawet, kiedy zamknęły się mu oczy — zresztą, na co miałby patrzeć?