Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie, właśnie w tym rzecz. Po prostu startuje i koniec.
— Byli na pokładzie jacyś sławni ludzie…
— Nikogo nie widziałem. Pokazaliby ich, prawda?
— W takim razie nie rozumiem, po co w ogóle ją pokazywali. Cały czas gdzieś startują jakieś rakiety.
— Wiesz, ja się na tym nie znam, ale ta wydała mi się wyjątkowo duża.
Dopiero teraz Sammann zrozumiał aluzję.
— Zobaczę, co uda mi się znaleźć.
Energiczna starsza pani — współwyznawczyni Gnela — przyniosła nam ciasto i wciągnęła Gnela w długą rozmowę. Przez ten czas na stację wtoczył się z łoskotem duży, zbryzgany błotem aport, zatoczył dwa kółka wokół nas i zajął cztery miejsca parkingowe. Pani od ciasta skrzywiła się i sobie poszła. Barczysty brodacz wysiadł z aportu i z rękami w kieszeniach podszedł do Gnela, rozglądając się z zaciekawieniem. Znalazłszy się naprawdę blisko, nagle rozpromienił się w uśmiechu i wyciągnął rękę na powitanie. Gnel z wahaniem podał mu rękę i odczekał, aż ten chwilę nią poszarpie w górę i w dół. Porozmawiali dosłownie kilka sekund, po czym brodacz zaczął spacerować wokół naszego obozowiska, przyglądać się, co w nim mamy, i na tej podstawie domniemywać, co robimy. Po zakończeniu rekonesansu wysunął składany blat z burty swojego domu na kołach, postawił na nim maszynkę i zaczął nam przyrządzać gorące napoje.
— To Yulassetar Crade, mój kuzyn — powiedział Gnel.
Patrzyliśmy, jak rozstawia kuchenkę, odkurza kubki i wyjętą z kieszeni szmatką poleruje garnki.
— Co się stało? — spytałem.
— O co ci chodzi? — zdziwił się Gnel.
— Sądząc po tym, jak ty i ta starsza pani zareagowaliście na jego pojawienie się, coś między wami zaszło. Jakieś kłopoty?
— Yul jest here… — Gnel ugryzł się w język. — Apostatą.
„Ale poza tym wszystko z nim w porządku?” — chciałem zapytać, ale sobie darowałem.
Yul nie próbował się przedstawić, ale kiedy podszedłem, odwrócił się, uśmiechnął i podał mi rękę, po czym wrócił do swojej pracy.
— Wyciągnij ręce — polecił, a kiedy posłuchałem, wręczył mi tacę, na której postawił kubki z gorącym piciem. — To dla twoich kolegów.
Uparłem się, żeby poszedł ze mną. Pierwszy kubek podaliśmy Gnelowi. Podeszliśmy do Sammanna i dokonałem prezentacji. Namówiłem Cord, żeby wyczołgała się spod aportu; wstała, otrzepała się z kurzu i podała Yulowi rękę. Spojrzeli na siebie w taki sposób, jakby spotykali się nie pierwszy raz, ale nie skomentowali tego w żaden sposób. Cord wzięła swój kubek i odwrócili się z Yulem plecami, jakby czymś zakłopotani.
Yulassetar Crade podwiózł mnie do miasta, gdzie miałem załatwić sprawunki. Zacząłem od wysłania listu do Ali, na adres Koncentu Saunta Tredegarha. Kobieta na poczcie bardzo się krzywiła, ponieważ list był źle zaadresowany: koncenty nie miały adresów z tych samych powodów, dla których ja nie miałem paszportu. Wiedziałem, że błędem było nieprzekazanie listu przez Lio albo Arsibalta, kiedy rozstawaliśmy się po pikniku w Sambie: przeszmuglowaliby go bezpośrednio do Ali. A tak musiałem wysłać go do koncentu, gdzie hierarchowie przechwycą go i — jeżeli będą chcieli przestrzegać Dyscypliny — oddadzą Ali dopiero podczas następnego apertu, czyli za ponad dziewięć lat. Mogłem co najwyżej zgadywać, co będzie wtedy o mnie myślała, odczytując pożółkły dokument, dzieło niespełna dwudziestoletniego młokosa.
Następny przystanek zrobiłem sobie w miejscu, gdzie mogłem kupić kombiwory: obszerne pomarańczowe skafandry, które po spięciu nogawek suwakiem zmieniały się w śpiwory. Produkowano je z myślą o myśliwych i poszukiwaczach przemierzających daleką północ. Miały wbudowane zasilacze katalityczne: wystarczyła odrobina paliwa w pęcherzu paliwowym, żeby skromna strużka energii przesączała się w głąb nogawek i rękawów, do wkładek grzewczych w podeszwach butów i na wewnętrznej powierzchni rękawic. Nowe kombiwory były dość drogie, ale Yul pomógł Orolowi kupić tańszy, używany. Znał kilka miejsc, gdzie można było dostać stare kombiwory, po renowacji, i wiedział, co należy zrobić, żeby wygodniej się je nosiło.
Po załatwieniu sprawy kombiworów ruszyliśmy na poszukiwanie reszty niezbędnego sprzętu i zapasów. Ilekroć proponowałem udać się do sklepu ze sprzętem wycieczkowym, Yul krzywił się i marudził, po czym tłumaczył mi, że lepszy ekwipunek można kupić za jedną dziesiątą ceny w sklepach przemysłowych i spożywczych, jeśli tylko wie się, czego szukać. I zawsze miał rację, rzecz jasna. Z zawodu był przewodnikiem i wynajmował się urlopowiczom wybierającym się na wycieczki w góry. Chwilowo musiał być chyba bez pracy, bo przez cały dzień obwoził mnie po Norslofie, pomagając kupić lub sprokurować na poczekaniu wszystko, czego mogliśmy potrzebować. Kiedy się okazywało, że jakiegoś absolutnie niezbędnego drobiazgu nie dostaniemy w żadnym sklepie, obiecywał dostarczyć go ze swoich prywatnych zapasów.
Jeżdżenie po mieście pochłaniało niewyobrażalną ilość czasu. Wszędzie panował ogromny ruch, takie przynajmniej miałem wrażenie, ale nie byłem przyzwyczajony do życia w mieście. Kiedy ruch zamierał całkowicie, pasażerowie pobliskich pojazdów zerkali ciekawie na rozklekotany wehikuł Yula. Dorośli prędko odwracali wzrok, ale dzieci chętnie wytykały go palcami i parskały śmiechem. Stanowiliśmy z Yulem dziwną parę, zwłaszcza w tłumie ludzi spieszących do szkoły i pracy.
Z początku Yul poczuwał się chyba do roli dobrego gospodarza i próbował zapewnić mi rozrywkę, kiedy tkwiliśmy w korkach.
— Muzyka? — spytał obojętnie, jakby muzyka była czymś, o czym słyszał raz w życiu, dawno temu.
Kiedy nie zaprotestowałem, zaczął się mocować z systemem nagłaśniającym w taki sposób, jakby zamierzał mu poobrywać pokrętła i guziki, aż w końcu nastawił jakąś zupełnie przypadkową transmisję. Później, kiedy zaczął mówić, wyłączyłem muzykę, a on nawet tego nie zauważył.
Domyślałem się, że do jego obowiązków należy zabawianie klientów, żeby dobrze się czuli w jego towarzystwie. Efekt ten uzyskiwał, opowiadając historie — i był w tym niezły. Próbowałem naciągnąć go na opowieści o Orolu, ale niewiele miał o nim do powiedzenia. Bez względu na to, ile Orolo znaczył dla mnie, dla Yula był po prostu kolejnym żółtodziobem, który potrzebował rady i pomocy, żeby przetrwać na pustkowiu. W ten sposób przeszliśmy jednak do podróżowania po dalekiej północy, a na tym Yul naprawdę się znał.
Później zapytałem go, czy zawsze wyprawia się na północ. Żachnął się i odparł, że nie, skądże, pracował wiele lat jako flisak na rzekach na południe od Sambie, gdzie ziemia była pocięta głębokimi wąwozami wyrzeźbionymi w piaskowcu i pełnymi efektownych formacji skalnych. Trochę mi jeszcze poopowiadał o tamtych wycieczkach, ale w którymś momencie poczuł się nieswojo i umilkł. Wyglądało na to, że gawędziarstwo pozwalało przełamać lody i miło spędzić czas, ale tak naprawdę brakowało mu jakiegoś konkretnego wyzwania, w które mógłby zainwestować swój intelekt i niespożyte siły.
Jakoś tak wyszło, że od któregoś momentu przestał używać zaimka „wy” i mówić na przykład „Będziecie potrzebowali paliwa na zapas, żebyście w razie konieczności mogli topić śnieg na wodę do picia”, i płynnie przeszedł na „my”: „Powinniśmy się liczyć z tym, że co najmniej cztery razy złapiemy gumę”.
Jego dom był w gruncie rzeczy składowiskiem zbędnych przedmiotów, które nie zmieściły się w aporcie: sprzętu biwakowego, części zapasowych, pustych butelek, broni, książek. Książki piętrzyły się w stertach sięgających mi do bioder; Yul najwyraźniej nie miał regałów. Przeważała beletrystyka, ale znalazłem też kilka stosów czysto geologicznych. Na ścianach wisiały powiększone fototypy kolorowych skał osadowych, wyrzeźbionych przez wiatr i wodę. W piwnicy, dokąd zeszliśmy po dodatkowy ekwipunek, znajdowały się całe stosy piaskowcowych skamielin.