Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 173
Перейти на страницу:

Alt­sin ski­nął gło­wą.

– Tak. Czy­li idąc do Kla­we­li, wpad­nę w sam śro­dek ro­jo­wi­ska węży?

– Nie. Wpad­niesz do mły­na, mie­lą­ce­go ko­ści na pro­szek. Z ro­jo­wi­skiem węży miał­byś ja­kieś szan­se.

Zło­dziej uśmiech­nął się.

– Sa­kiew­ka. – Wy­cią­gnął rękę. – Dzię­ku­ję. Nie wy­daj wszyst­kie­go na­raz.

* * *

Bez naj­mniej­sze­go pro­ble­mu prze­kro­czył furt­kę w mu­rze Kla­we­li. Wy­star­czy od­po­wied­ni ubiór, a prze­sta­ją pa­trzeć ci w twarz, po­my­ślał, pa­trząc na re­ak­cję straż­ni­ka, któ­ry zgi­nał się wła­śnie po rzu­co­ną mi­mo­cho­dem mo­ne­tę. Alt­sin pół nocy ob­ser­wo­wał ruch przy wej­ściu. Ten mur nie był czę­ścią for­ty­fi­ka­cji, furt­kę otwie­ra­no o każ­dej po­rze dnia i nocy, a drob­ny upo­mi­nek dla pil­nu­ją­ce­go jej czło­wie­ka sku­tecz­nie ga­sił w za­rod­ku wszyst­kie py­ta­nia. Ktoś, kto no­sił się jak mło­dy szlach­cic, mógł prze­kra­czać ją, kie­dy chciał.

Szedł nie­dba­le, środ­kiem chod­ni­ka, od­po­wie­dział na ukłon ja­kie­goś męż­czy­zny lek­kim unie­sie­niem dło­ni. Mi­mo­cho­dem za­re­je­stro­wał sza­ry strój tam­te­go. Pew­nie słu­żą­cy. Alt­sin w je­dwa­biu i atła­sach, z kor­dem w zdo­bio­nej sre­brem po­chwie przy boku, mu­siał być dla nie­go jesz­cze jed­nym szla­chec­kim sy­nal­kiem, wra­ca­ją­cym z noc­nej eska­pa­dy z por­tu, albo ja­kimś ba­ro­ne­tem zza mia­sta, szu­ka­ją­cym w Pon­kee-Laa bo­ga­te­go pro­tek­to­ra. Ostat­ni­mi cza­sy za­ro­iło się na uli­cach od ta­kich wła­śnie go­ło­wą­sów, a zło­dziej do­pie­ro te­raz za­czął ko­ja­rzyć to z wal­ką trzech stron­nictw o wła­dzę w Ra­dzie. Dla mło­dych, am­bit­nych szlach­ci­ców nada­rza­ła się świet­na oka­zja do wy­bi­cia się, wy­rwa­nia z pod­upa­da­ją­ce­go ro­dzin­ne­go ma­jąt­ku, zdo­by­cia pie­nię­dzy i zna­cze­nia.

Kla­we­la zo­sta­ła po­my­śla­na jako dziel­ni­ca moż­nych już w chwi­li, gdy im­pe­rial­ni ar­chi­tek­ci na­kre­śli­li pierw­sze szki­ce pro­jek­tów no­wej dziel­ni­cy. Żad­nych wie­lo­pię­tro­wych ka­mie­nic, żad­nych wą­skich uli­czek, żad­nych skle­pi­ków i stra­ga­nów. Za to sze­ro­kie, pro­ste uli­ce i oka­za­łe, przy­po­mi­na­ją­ce mi­nia­tu­ro­we pa­ła­cy­ki re­zy­den­cje, każ­da ko­niecz­nie oto­czo­na pięk­nym ogro­dem i od­dzie­lo­na od są­sia­dów mur­kiem. Nie­zbyt wy­so­kim, nie­kie­dy wręcz sym­bo­licz­nym, w koń­cu wszy­scy mu­szą wi­dzieć bo­gac­two i splen­dor. Głów­ną uli­cę ocie­nia­ły rzę­dy iden­tycz­nie przy­cię­tych drzew, a ja­kiś czło­wiek za­mia­tał wła­śnie w sku­pie­niu opa­dłe li­ście. Tu wszyst­ko mu­sia­ło być czy­ste i schlud­ne. Na­wet bruk.

Alt­sin rzad­ko by­wał w Wy­so­kim Mie­ście. Praw­da wy­glą­da­ła tak, że nie było to zbyt do­bre miej­sce na kra­dzież. Nie­wie­le ży­wej go­tów­ki, mnó­stwo straż­ni­ków i służ­by oraz cała masa nie­przy­jem­nych nie­spo­dzia­nek dla nie­pro­szo­nych go­ści. Ży­jąc w cią­głym stra­chu, za­nu­rze­ni w pa­ra­no­icz­nym wi­rze wza­jem­nych po­dej­rzeń i wal­ki o wła­dzę, miesz­kań­cy dziel­ni­cy bo­ga­czy nie szczę­dzi­li zło­ta na pu­łap­ki, alar­my i za­bez­pie­cze­nia. Po­cząw­szy od psów, a skoń­czyw­szy na de­mo­nach uwal­nia­nych za­klę­ciem. Przy czym, wbrew po­wszech­ne­mu prze­ko­na­niu, pod każ­dą re­zy­den­cją nie znaj­do­wał się skarb­czyk wy­peł­nio­ny zło­tem i klej­no­ta­mi. Moż­ni trzy­ma­li więk­szość ma­jąt­ku w tym, co trud­no wy­nieść w wor­ku – zie­mi, bu­dyn­kach, kosz­tow­nych me­blach i dy­wa­nach, udzia­łach w stocz­niach, ma­ga­zy­nach i stat­kach. Alt­sin po­dej­rze­wał, że nie­któ­rzy z nich od lat nie wi­dzie­li na oczy więk­szej ilo­ści go­tów­ki, ob­ra­ca­jąc swo­im bo­gac­twem na pa­pie­rze.

Znacz­nie wię­cej brzę­czą­cych mo­net było w por­cie i niż­szych dziel­ni­cach, więc więk­szość zło­dziej­skich gil­dii i sama Liga Czap­ki tam wła­śnie kon­cen­tro­wa­ły dzia­łal­ność.

Re­zy­den­cja ba­ro­no­wej Le­wen­der wy­róż­nia­ła się mur­kiem z bla­do­ró­żo­we­go mar­mu­ru i ogro­dem peł­nym ró­żo­wych kwia­tów. Alt­sin na­wet nie pró­bo­wał ich roz­po­zna­wać. Wszedł na wą­ską, wy­ło­żo­ną bia­ły­mi ka­mie­nia­mi ścież­kę i skie­ro­wał się wprost do drzwi. Nikt go nie za­trzy­my­wał, jak­by krę­cą­cy się pośród kwia­tów ogrod­nik i straż­nik, któ­ry mi­gnął mu gdzieś z boku, mil­czą­co za­ło­ży­li, że sko­ro wcho­dzi jak do sie­bie, ma do tego pra­wo. Zło­dziej pod­szedł do drzwi i uniósł rękę, żeby za­pu­kać.

– Pani cze­ka, pro­szę wejść.

Za­marł na mgnie­nie oka, ale słu­żą­ca, ubra­na w su­kien­kę z mo­no­gramem ba­ro­no­wej, dy­gnę­ła wła­śnie przed nim. Prze­łknął przy­go­to­wa­ne kłam­stew­ka i uśmiech­nął się do dziew­czy­ny.

– W ja­kim jest hu­mo­rze?

Nie zmie­ni­ła wy­ra­zu twa­rzy, nie od­po­wie­dzia­ła po­ro­zu­mie­waw­czym uśmiesz­kiem ani nie mru­gnę­ła wy­mow­nie. Peł­ny pro­fe­sjo­na­lizm po­ko­jów­ki wy­wo­dzą­cej się z ro­dzi­ny słu­żą­cej tu od kil­ku po­ko­leń.

– Pro­szę za mną.

Po­pro­wa­dzi­ła go krót­kim ho­lem. Alt­sin dys­kret­nie roz­glą­dał się. Biel, róż, pa­ste­lo­wy błę­kit, jed­no lu­stro. Żad­nych zło­ceń, cięż­kich świecz­ni­ków, krysz­ta­ło­wych kan­de­la­brów. Ostat­nio z Im­pe­rium do­tar­ła moda na mi­ni­ma­lizm i dys­kre­cję. Chwal się bo­gac­twem, ale tak, żeby tyl­ko wta­jem­ni­cze­ni mo­gli je uj­rzeć. Więc lu­stro na ścia­nie wi­sia­ło tyl­ko jed­no, w pro­stej ra­mie, za to o roz­mia­rach ma­łe­go go­be­li­nu. Czte­ry sto­py wy­so­ko­ści, dzie­sięć dłu­go­ści, krysz­ta­ło­wa płasz­czy­zna bez naj­mniej­szej ska­zy. Mu­sia­ło kosz­to­wać tyle, ile rocz­ny do­chód ze spo­rej ga­le­ry.

Za­trzy­mał się przed nim na chwi­lę, spraw­dza­jąc prze­bra­nie. Je­dwab­na, błę­kit­na ko­szu­la, atła­so­wa ka­mi­zel­ka wy­szy­wa­na srebr­ną i zło­tą ni­cią, atła­so­wa pe­le­ry­na, pas na­bi­ja­ny sre­brem i cyr­ko­na­mi. Za­in­we­sto­wał w ten strój spo­ro oszczęd­no­ści, zwra­ca­jąc uwa­gę na każ­dy szcze­gół. Łącz­nie z tym, że na koł­nie­rzu i man­kie­tach nie wy­szy­to mo­no­gra­mu. To też był nowy styl, szlach­cic nie­no­szą­cy pu­blicz­nie mo­no­gra­mu oznaj­miał, że jest mie­czem do wy­na­ję­cia, szu­ka pro­tek­to­ra i ofia­ru­je swo­ją lo­jal­ność temu, kto le­piej za­pła­ci. Naj­wi­docz­niej nie kłó­ci­ło się to z po­wszech­nie gło­szo­ny­mi ha­sła­mi o du­mie i ho­no­rze.

1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)