Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Altsin skinął głową.
– Tak. Czyli idąc do Klaweli, wpadnę w sam środek rojowiska węży?
– Nie. Wpadniesz do młyna, mielącego kości na proszek. Z rojowiskiem węży miałbyś jakieś szanse.
Złodziej uśmiechnął się.
– Sakiewka. – Wyciągnął rękę. – Dziękuję. Nie wydaj wszystkiego naraz.
* * *
Bez najmniejszego problemu przekroczył furtkę w murze Klaweli. Wystarczy odpowiedni ubiór, a przestają patrzeć ci w twarz, pomyślał, patrząc na reakcję strażnika, który zginał się właśnie po rzuconą mimochodem monetę. Altsin pół nocy obserwował ruch przy wejściu. Ten mur nie był częścią fortyfikacji, furtkę otwierano o każdej porze dnia i nocy, a drobny upominek dla pilnującego jej człowieka skutecznie gasił w zarodku wszystkie pytania. Ktoś, kto nosił się jak młody szlachcic, mógł przekraczać ją, kiedy chciał.
Szedł niedbale, środkiem chodnika, odpowiedział na ukłon jakiegoś mężczyzny lekkim uniesieniem dłoni. Mimochodem zarejestrował szary strój tamtego. Pewnie służący. Altsin w jedwabiu i atłasach, z kordem w zdobionej srebrem pochwie przy boku, musiał być dla niego jeszcze jednym szlacheckim synalkiem, wracającym z nocnej eskapady z portu, albo jakimś baronetem zza miasta, szukającym w Ponkee-Laa bogatego protektora. Ostatnimi czasy zaroiło się na ulicach od takich właśnie gołowąsów, a złodziej dopiero teraz zaczął kojarzyć to z walką trzech stronnictw o władzę w Radzie. Dla młodych, ambitnych szlachciców nadarzała się świetna okazja do wybicia się, wyrwania z podupadającego rodzinnego majątku, zdobycia pieniędzy i znaczenia.
Klawela została pomyślana jako dzielnica możnych już w chwili, gdy imperialni architekci nakreślili pierwsze szkice projektów nowej dzielnicy. Żadnych wielopiętrowych kamienic, żadnych wąskich uliczek, żadnych sklepików i straganów. Za to szerokie, proste ulice i okazałe, przypominające miniaturowe pałacyki rezydencje, każda koniecznie otoczona pięknym ogrodem i oddzielona od sąsiadów murkiem. Niezbyt wysokim, niekiedy wręcz symbolicznym, w końcu wszyscy muszą widzieć bogactwo i splendor. Główną ulicę ocieniały rzędy identycznie przyciętych drzew, a jakiś człowiek zamiatał właśnie w skupieniu opadłe liście. Tu wszystko musiało być czyste i schludne. Nawet bruk.
Altsin rzadko bywał w Wysokim Mieście. Prawda wyglądała tak, że nie było to zbyt dobre miejsce na kradzież. Niewiele żywej gotówki, mnóstwo strażników i służby oraz cała masa nieprzyjemnych niespodzianek dla nieproszonych gości. Żyjąc w ciągłym strachu, zanurzeni w paranoicznym wirze wzajemnych podejrzeń i walki o władzę, mieszkańcy dzielnicy bogaczy nie szczędzili złota na pułapki, alarmy i zabezpieczenia. Począwszy od psów, a skończywszy na demonach uwalnianych zaklęciem. Przy czym, wbrew powszechnemu przekonaniu, pod każdą rezydencją nie znajdował się skarbczyk wypełniony złotem i klejnotami. Możni trzymali większość majątku w tym, co trudno wynieść w worku – ziemi, budynkach, kosztownych meblach i dywanach, udziałach w stoczniach, magazynach i statkach. Altsin podejrzewał, że niektórzy z nich od lat nie widzieli na oczy większej ilości gotówki, obracając swoim bogactwem na papierze.
Znacznie więcej brzęczących monet było w porcie i niższych dzielnicach, więc większość złodziejskich gildii i sama Liga Czapki tam właśnie koncentrowały działalność.
Rezydencja baronowej Lewender wyróżniała się murkiem z bladoróżowego marmuru i ogrodem pełnym różowych kwiatów. Altsin nawet nie próbował ich rozpoznawać. Wszedł na wąską, wyłożoną białymi kamieniami ścieżkę i skierował się wprost do drzwi. Nikt go nie zatrzymywał, jakby kręcący się pośród kwiatów ogrodnik i strażnik, który mignął mu gdzieś z boku, milcząco założyli, że skoro wchodzi jak do siebie, ma do tego prawo. Złodziej podszedł do drzwi i uniósł rękę, żeby zapukać.
– Pani czeka, proszę wejść.
Zamarł na mgnienie oka, ale służąca, ubrana w sukienkę z monogramem baronowej, dygnęła właśnie przed nim. Przełknął przygotowane kłamstewka i uśmiechnął się do dziewczyny.
– W jakim jest humorze?
Nie zmieniła wyrazu twarzy, nie odpowiedziała porozumiewawczym uśmieszkiem ani nie mrugnęła wymownie. Pełny profesjonalizm pokojówki wywodzącej się z rodziny służącej tu od kilku pokoleń.
– Proszę za mną.
Poprowadziła go krótkim holem. Altsin dyskretnie rozglądał się. Biel, róż, pastelowy błękit, jedno lustro. Żadnych złoceń, ciężkich świeczników, kryształowych kandelabrów. Ostatnio z Imperium dotarła moda na minimalizm i dyskrecję. Chwal się bogactwem, ale tak, żeby tylko wtajemniczeni mogli je ujrzeć. Więc lustro na ścianie wisiało tylko jedno, w prostej ramie, za to o rozmiarach małego gobelinu. Cztery stopy wysokości, dziesięć długości, kryształowa płaszczyzna bez najmniejszej skazy. Musiało kosztować tyle, ile roczny dochód ze sporej galery.
Zatrzymał się przed nim na chwilę, sprawdzając przebranie. Jedwabna, błękitna koszula, atłasowa kamizelka wyszywana srebrną i złotą nicią, atłasowa peleryna, pas nabijany srebrem i cyrkonami. Zainwestował w ten strój sporo oszczędności, zwracając uwagę na każdy szczegół. Łącznie z tym, że na kołnierzu i mankietach nie wyszyto monogramu. To też był nowy styl, szlachcic nienoszący publicznie monogramu oznajmiał, że jest mieczem do wynajęcia, szuka protektora i ofiaruje swoją lojalność temu, kto lepiej zapłaci. Najwidoczniej nie kłóciło się to z powszechnie głoszonymi hasłami o dumie i honorze.