Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Hej, posłuchaj – rzekł cicho Mat do Tuon. – On jest dobrym chłopem. Czasem trochę nieokrzesanym, ale możesz ufać jego słowom. Jeśli oferuje ci pokój, wyniknie z tego dobro.
– To był pokaz robiący wrażenie – powiedziała cicho Tuon. Leciutko drżała. – Kim on jest?
– Konia z rzędem, jeśli to wiem – odrzekł Mat. – Posłuchaj, Tuon, dorastałem z Randem. Ręczę za niego.
– W tym człowieku jest jakaś ciemność, Matrim. Czułam to wówczas, gdy ja i on spotkaliśmy się ostatnim razem.
– Popatrz na mnie, Tuon, popatrz na mnie.
Podniosła oczy, napotykając jego wzrok.
– Możesz ufać Randowi al’Thor, ty i cały świat – oznajmił Mat. – A jeśli nie możesz zaufać jemu, to zaufaj mnie. On to jedyny wybór. Nie możemy odesłać go teraz do Seanchan.
– Przebywałem w mieście na tyle długo, by móc rzucić okiem na twoje siły. Jeśli masz zamiar stoczyć Ostatnią Bitwę i odzyskać swój kraj, potrzebujesz w Altarze stabilnej bazy. Przyjmij tę ofertę. Rand stwierdził, że ma prawo do tych ziem. Spraw, by zabezpieczył twe granice i ogłoś to. Niech ludzie o tym wiedzą. Zdejmij z siebie presję. Chyba że chcesz walczyć jednocześnie z Trollokami, ludnością tych ziem i rebeliantami z Seanchan.
Tuon zamrugała.
– Nasze siły.
– Co?
– Powiedziałeś: „twoimi siłami” – rzekła Tuon. – To są nasze siły. Teraz jesteś jednym z nas, Matrim.
– Cóż, myślę, że tak. Posłuchaj, Tuon. Musisz to zrobić. Proszę.
Tuon odwróciła się i spojrzała na Randa, który klęczał pośrodku wzoru, jaki stworzyły wokół niego opadłe kwiaty brzoskwini. Żaden kwiat nie spadł bezpośrednio na Randa.
– Jak brzmi twa propozycja? – zapytała Tuon.
– Pokój – rzekł Rand, wstając i wciąż wyciągając rękę. – Pokój na sto lat. Albo dłużej, jeśli będę mógł to sprawić. Przekonałem innych władców, by podpisali pokój i wspólnie walczyli z armiami Cienia.
– Moje granice będą bezpieczne – powiedziała Tuon.
– Altara i Amadicia będą należały do ciebie.
– Tarabon i Równina Almoth również – rzekła Tuon. – Teraz są w mojej gestii. Proponowany przez ciebie pokój nie usunie mnie stamtąd. Pragniesz pokoju? Spełnij moje warunki.
– Tarabon i połowa równiny Almoth – powiedział Rand. – Ta, którą teraz kontrolujesz.
– Będę mieć do dyspozycji wszystkie kobiety po tej stronie Oceanu Aryth, które przenoszą jako damane – dodała Tuon.
– Nie naciągaj swego szczęścia, Imperatorowo – rzucił sucho Rand. – Pozwolę… pozwolę ci robić to, co zechcesz, w Seanchan, ale wymagam, byś uwolniła wszystkie damane, które pojmałaś, przebywając na tych ziemiach.
– W takim razie nie zawrzemy umowy.
Mat wstrzymał oddech.
Rand zwlekał, opuściwszy rękę.
– Los całego świata może od tego zależeć, Fortuono. Proszę.
– Jeśli to takie ważne – powiedziała stanowczo – zgodzisz się na moje żądanie. Nasza własność należy do nas. Chcesz pokoju? Dostaniesz go z jednym zastrzeżeniem: zatrzymamy damane, które już mamy. W zamian za to pozwolę ci odejść wolno.
Rand skrzywił się.
– Jesteś zła niczym Lud Morza.
– Mam nadzieję, że jestem gorsza – fuknęła Tuon głosem wyzbytym z emocji. – Ty troszczysz się o cały świat, nie ja. Ja dbam o swoje imperium. Damane będą mi potrzebne. Wybieraj. O ile pamiętam, powiedziałeś, że masz niewiele czasu.
Twarz Randa pociemniała. Następnie energicznie wyciągnął dłoń.
– Niech tak będzie. Niechaj Światłość okaże miłosierdzie, niech tak będzie. Poniosę i ten ciężar. Możesz zatrzymać damane, które już masz, ale nie wolno ci pojmać żadnego spośród moich sprzymierzeńców, gdy będziemy brać udział w Ostatniej Bitwie. Ich pojmanie później na ziemiach, które nie należą do ciebie, będzie traktowane jako złamanie pokoju i zaatakowanie innych narodów.
Tuon postąpiła do przodu, potem ujęła rękę Randa. Mat wypuścił powietrze.
– Mam dokumenty, które powinnaś przejrzeć i podpisać – rzekł Rand.
– Selucia je weźmie – rozkazała Tuon. – Matrim, chodź ze mną. Musimy przygotować Imperium do wojny. – Ruszyła ścieżką miarowym krokiem, choć Rand podejrzewał, że chciała znaleźć się daleko od niego tak szybko, jak to możliwe. Rozumiał to uczucie.
Mat ruszył, ale zatrzymał się obok Randa.
– Wydaje się, że masz w sobie trochę szczęścia Czarnego – wymamrotał. – Nie mogę uwierzyć, że to zadziałało.
– Szczerze? Ja także nie mogę. Dzięki za dobre słowo.
– Pewnie. A tak przy okazji, to ja uratowałem Moiraine. Przetraw to, zanim zdecydujesz, który z nas wygrał.
Mat podążył śladem Tuon, a za jego plecami rozległ się śmiech Smoka Odrodzonego.
18
Uczucie znużenia.
Gawyn stał na polu niedaleko miejsca, gdzie oddziały Aes Sedai po raz pierwszy walczyły z Trollokami. Zeszły ze wzgórz i posuwały się dalej, ku równinie Kandoru. Nadal starano się powstrzymać ataki Trolloków i zdołano nawet odepchnąć główne siły wroga o jakieś kilkaset kroków. Ogólnie rzecz biorąc, ta bitwa potoczyła się lepiej, niż tego oczekiwano.
Walczono przez tydzień na odkrytym, bezimiennym polu Kandoru. Pole to zostało przeorane i poszarpane jakby w przygotowaniu pod uprawy. Teraz leżało na nim tak wiele ciał – prawie wszystkie były Pomiotem Cienia – że nawet żarłoczne Trolloki nie mogły ich wszystkich zjeść.
Gawyn w jednej ręce trzymał miecz, a w drugiej tarczę, będąc na pozycji przed koniem Egwene. Jego zadaniem było unicestwiać Trolloki, które przedarły się przez linię Aes Sedai. Gawyn preferował walkę oburącz, ale w przypadku starć z Trollokami potrzebował tarczy. Niektórzy uważali, że jest głupcem, używając miecza. Inni żołnierze woleli włócznie albo halabardy – cokolwiek, byle trzymać Trolloki na dystans.
Nie można staczać pojedynku z włócznią w ręku, chociaż, jako pikinier, stajesz się podobny do cegły w większym murze. W mniejszym stopniu jesteś wtedy żołnierzem jako zapora. Halabarda była lepsza – miała przynajmniej ostrze, którego używanie wymagało pewnych umiejętności – ale nic nie mogło się równać z mieczem. Kiedy Gawyn walczył mieczem, mógł kontrolować walkę.
Prychając, zbliżył się do niego jeden z Trolloków, na którego pysku znać było zmieszane rysy barana i człowieka. Ten był bardziej człowieczy od reszty, co widać było zwłaszcza po paskudnych ustach i zakrwawionych zębach. Trollok wymachiwał buzdyganem, na którego trzonku widniał znak Płomienia Tar Valon. Broń została skradziona jakiemuś padłemu w boju Strażnikowi Wieży. Była to broń oburęczna, ale potwór posługiwał się nią za pomocą jednej ręki.
Gawyn uskoczył w bok, po czym uniósł tarczę, kierując ją w prawo, tak by zablokowała spodziewany cios. Tarcza wydała powtarzający się szczęk. Raz, dwa, trzy. Typowe dla Trolloków szaleństwo – uderz mocno, uderz szybko i licz na to, że przeciwnik padnie.
Wielu rzeczywiście padało. Niektórzy nie byli w stanie ustać na nogach, innym pod wpływem uderzenia drętwiały ramiona. W takich przypadkach ujawniały się zalety linii pikinierów lub halabardników. Bryne wykorzystywał obie, oraz nowo wprowadzone szeregi mieszane – połowa z włóczniami, połowa z halabardami. Gawyn czytał o tym w książkach historycznych. Armia Bryne’a używała ich do blokowania Trolloków. Szyki włóczników odpowiadały za to, by powstrzymywać wroga, a potem halabardnicy sięgając z dala szatkowali ich nogi.
Gawyn zrobił unik, a Trollok nie był przygotowany, że nastąpi to tak szybko. Obrócił się, lecz zbyt wolno. Gawyn odciął mu rękę w okolicy nadgarstka, stosując „Wicher w górach”. Bestia zawyła, Gawyn obrócił się, wrażając miecz w żołądek kolejnego Trolloka, który przedarł się przez linię obrony Aes Sedai.