Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Do Mata dochodziły słabe odgłosy miasta budzącego się do życia, zaś powietrze pachniało lekko igłami jodły. Było na tyle ciepło, że na zewnątrz spało się komfortowo, choć Mat był zadowolony, wskakując ponownie we własne ubranie.
Oficer Straży Skazańców pojawił się dokładnie wówczas, gdy Tuon skończyła się ubierać. Pod jego butami zachrzęściły igły jodły, a on sam skłonił przed nią głowę.
– Imperatorowo, możliwe, że schwytaliśmy drugiego zabójcę. To nie ten sam co ubiegłej nocy, bo nie ma ran, ale usiłował przeniknąć do pałacu. Pomyśleliśmy, że możesz chcieć go zobaczyć, zanim rozpoczniemy przesłuchanie.
– Przyprowadźcie go – rzekła Tuon, rozprostowując swą szatę. – I poślij po generała Karede.
Strażnik wycofał się, mijając Selucię, która stała obok ścieżki prowadzącej na polankę. Podeszła i stanęła obok Tuon. Mat nałożył kapelusz na głowę i stanął po jej drugiej stronie, kładąc ashandarei w trawie.
Mat pożałował tego biednego głupca, który chciał wślizgnąć się do pałacu. Możliwe, że był to zamachowiec, ale mógł to być także żebrak albo idiota szukający wrażeń. Albo…
…Smok Odrodzony.
Mat jęknął. Tak, to właśnie Randa prowadzono ścieżką. Wyglądał na starszego i bardziej zmęczonego życiem niż ostatnim razem, gdy się widzieli. Oczywiście, ostatnio majaczył mu w tych cholernych wizjach. I jakkolwiek Mat ćwiczył się w zaprzestaniu myślenia o Randzie, by pozbyć się kolorów, wizja czasem powracała.
Tak czy inaczej, zobaczyć Randa na własne oczy było czymś innym. To było… Światłości, jak dawno temu? „Ostatnio widzieliśmy się osobiście, kiedy Rand wysłał mnie do Salidaru śladem Elayne”. Wydawało się, że miało to miejsce wieczność temu – zanim Mat przybył do Ebou Dar i po raz pierwszy zobaczył gholam. To było jeszcze przed Tylin, przed Tuon.
Mat zmarszczył brwi, widząc, jak Rand prowadzony jest do Tuon, z rękami związanymi na plecach. Tuon zaczęła rozmawiać z Selucią, poruszając palcami w specyficznej rozmowie za pomocą rąk. Rand nie wydawał się w najmniejszym stopniu zaniepokojony. Jego twarz była spokojna. Miał na sobie elegancki, czerwono-czarny płaszcz, pod nim białą koszulę i czarne buty. Żadnego złota czy biżuterii, żadnej broni.
– Tuon – zaczął Mat. – To jest…
Tuon odwróciła się od Selucii i ujrzała Randa.
– Damane! – rzekła Tuon, przerywając Matowi. – Przyprowadźcie damane! Biegiem, Musicar! BIEGIEM!
Strażnik zatoczył się do tyłu, po czym pobiegł, krzycząc o damane i przyzywając generała sztandaru Karede.
Rand obserwował strażnika, zachowując nonszalancję, mimo iż był związany.
„Wygląda niczym król” – pomyślał bezwiednie Mat.
Oczywiście, Rand był najprawdopodobniej szalony. To tłumaczyło, dlaczego się tak zachowywał w obecności Tuon. Albo może planował jej zabójstwo. Więzy nie znaczyły nic dla człowieka, który potrafił przenosić. „Krew i krwawe popioły” – rozmyślał Mat. „Jak znalazłem się w takiej sytuacji?” Zrobił wszystko, by uniknąć spotkania z Randem!
Rand napotkał spojrzenie Tuon. Mat wziął głęboki oddech, a potem jednym skokiem znalazł się tuż przed Tuon.
– Rand. Rand, zachowajmy spokój.
– Witaj, Mat – rzekł Rand przyjemnym głosem. „Światłości, on był szalony!” – Dziękuję za przyprowadzenie mnie do niej.
– Przyprowadzenie cię…
– O co chodzi? – chciała wiedzieć Tuon.
Mat obrócił się.
– Ja… To znaczy…
Spojrzenie Tuon mogło wywiercić dziury w stali.
– Ty to zrobiłeś – zwróciła się do Mata. – Zjawiłeś się tu, zwiodłeś mnie, udając czułego, a potem go tu przyprowadziłeś. Tak było?
– Nie obwiniaj go – powiedział Rand. – Nas dwoje musiało się znowu spotkać. Wiesz, że to prawda.
Mat stanął pomiędzy nimi, podnosząc rękę.
– Przestańcie obydwoje, natychmiast! Posłuchajcie mnie!
Coś chwyciło Mata, unosząc go do góry.
– Przestań, Rand! – zawołał.
– To nie ja – odparł Rand, wyglądając na mocno skoncentrowanego. – Ach. Jestem odcięty.
Wiszący w powietrzu Mat poczuł coś na swej piersi. Medalion. Gdzie był jego medalion?
Mat popatrzył na Tuon. Przez krótką chwilę – sięgając do kieszeni swej szaty – wyglądała na zawstydzoną. Wyjęła stamtąd coś srebrnego. Prawdopodobnie miała zamiar użyć medalionu jako ochrony przeciwko Randowi.
„Wspaniale” – pomyślał Mat i jęknął. Tuon zabrała mu medalion, gdy spał, a on tego nie zauważył. „Cholernie wspaniale”.
Sploty Powietrza osadziły go obok Randa. Karede powrócił z sul’dam i damane. Wszyscy troje byli zarumienieni jak po biegu. Damane przenosiła.
Tuon spojrzała na kogoś za plecami Mata i Randa, po czym zaczęła szybkimi ruchami rąk komunikować się z Selucią.
– Dzięki wielkie za to – wymamrotał Mat do Randa. – Jesteś cholernie dobrym przyjacielem.
– Dobrze cię widzieć – rzekł Rand z uśmieszkiem na ustach.
– Oto proszę – powiedział Mat, wzdychając. – Znowu wpakowałeś mnie w kłopoty. Zawsze to robisz.
– Czyżby?
– Tak. W Rhuidean i w Pustkowiu, w Kamieniu Łzy… w Dwu Rzekach. Zorientowałeś się, że powędrowałem na południe żeby uciec, zamiast podążyć na twoje małe przyjęcie u Egwene w Merrilor?
– Myślisz, że mógłbyś trzymać się z daleka ode mnie? – zapytał Rand, uśmiechając się. – Naprawdę myślisz, że TO by ci pozwoliło?
– Musiałem, do cholery, spróbować. Bez obrazy, Rand, ale wariujesz i tyle. Postanowiłem, że dam ci nauczkę i może cię zabiję. Po to, żeby ci zaoszczędzić kłopotów. Co zrobiłeś sobie w rękę, tak przy okazji?
– A co ty zrobiłeś sobie w oko?
– Mały wypadek z otwieraczem i trzynastoma rozzłoszczonymi karczmarzami. A twoja ręka?
– Straciłem ją, pojmawszy jednego z Przeklętych.
– Pojmawszy? – spytał Mat. – Stajesz się miękki.
Rand prychnął.
– Ty pewnie powiesz mi, że radziłeś sobie lepiej.
– Zabiłem gholama.
– Uwolniłem Illian od Sammaela.
– Poślubiłem Imperatorową Seanchanu.
– Mat – powiedział Rand. – Czy ty rzeczywiście próbujesz iść w zawody na przechwalanie się ze Smokiem Odrodzonym? – Zamilkł na chwilę. – Poza tym, oczyściłem saidina. Wygrywam.
– Ech, to nie jest wiele warte – powiedział Mat.
– Niewiele warte? To najważniejsze wydarzenie, które miało miejsce od Pęknięcia.
– Ty i twój Asha’man już zwariowaliście – rzekł Mat. – Więc co to za różnica? – Spojrzał w bok. – Wyglądasz nieźle, swoją drogą. Musiałeś ostatnio lepiej o siebie dbać.
– Ty też – odparł Rand.
– Oczywiście, że tak – burknął Mat, patrząc za siebie, na Tuon. – Mam na myśli to, że musisz umieć pozostawać wśród żywych, prawda? Stocz swój mały pojedynek z Czarnym i zachowaj nas w poczuciu bezpieczeństwa. Dobrze wiedzieć, że to właśnie masz zamiar zrobić.
– Miło to słyszeć – rzekł Rand, uśmiechając się. – Żadnych dowcipów na temat mojego płaszcza?
– Co? Dowcipów? Nie jesteś chyba wciąż urażony, że trochę się z tobą podrażniłem parę lat temu?
– Drażniłeś się? – zdziwił się Rand. – Przez całe tygodnie nie odzywałeś się do mnie.