Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
– Panna Monti uważa, że zdarzają mu się momenty przebłysku – rzekł Randall.
– Jest jego córką. – Psychiatra wzruszył ramionami. – Skoro to jej przynosi jakąś ulgę, nie wyprowadzamy jej z błędu.
– Rozumiem. A czy ktoś go odwiedza poza córkami?
– Tylko wnuki w czasie świąt i w urodziny była jego gosposia.
– Nikt z zewnątrz?
– Kilka osób zwracało się o pozwolenie na wizytę, ale wszystkim odmówiliśmy – odparł doktor Venturi. – Córki profesora życzą sobie, żeby jego obecność w klinice i nieszczęsny stan pozostały, o ile to możliwe, tajemnicą.
– A co do tych osób, które zwracały się o pozwolenie – dociekał Randall. – Czy pamięta pan, kto to był?
– Nazwisk nie pamiętam. – Venturi machnął fajką. – Kilku dawnych kolegów profesora z uniwersytetu. Powiedzieliśmy im, że profesor cierpi na nerwicę i musi mieć spokój. To było na samym początku, potem już żaden z nich się nie starał.
– Czy poza nimi jeszcze ktoś próbował się z nim zobaczyć?
– Teraz, gdy pan się tak dopytuje, przypomniałem sobie jeszcze jedną osobę. Pamiętam, bo to było nie tak dawno i jest to człowiek o znanym nazwisku.
– Kto taki? – zapytał Randall zaintrygowany.
– Sławny duchowny, pastor Maertin de Vroome. Zwrócił się do nas na piśmie z prośbą o wizytę u profesora. Muszę przyznać, że zrobiło to na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, że byli przyjaciółmi. Zresztą wkrótce potem uświadomiono mi, że wcale nie byli. W pierwszej chwili miałem jednak nadzieję, że odwiedziny pastora mogą być dobrym bodźcem dla mojego pacjenta. Przekazałem więc list de Vroome'a córkom, a one odrzuciły prośbę, i to dość stanowczo, że tak powiem. W rzeczy samej, jest pan pierwszą osobą spoza rodziny, której zezwoliliśmy na wizytę u profesora. – Venturi spojrzał na zegarek. – Czy ma pan jeszcze jakieś pytania, panie Randall?
– Nie – odparł Randall, wstając. – Dowiedziałem się już wszystkiego. Dziękuję, doktorze.
Podróż powrotna do centrum Rzymu upłynęła im w posępnym nastroju.
Chociaż z wahaniem, opowiedział jednak Angeli, skulonej obok niego na tylnym siedzeniu opla, o przebiegu swego spotkania z profesorem Montim i o rozmowie z doktorem Venturim.
Angela wspominała ojca jako człowieka o bystrym, żywym umyśle. Jaka to szkoda, stwierdziła z bezbrzeżnym smutkiem, że nigdy się nie dowie o tych wszystkich cudownych wydarzeniach, które nastąpią w rezultacie jego odkrycia.
– On już to wie – zapewnił ją Randall. – Wiedział od chwili, gdy go dokonał. Cieszył się w pełni świadomością zbawiennych skutków, jakie jego praca przyniesie światu.
– Jesteś słodki, Steve. – Pocałowała go w policzek.
Angela zaprosiła Randalla na kolację do rodzinnego domu Montich, lecz chociaż propozycja była kusząca, uznał, że lepiej będzie odmówić.
– Pobądź trochę z rodziną- zaproponował. – Będziemy mieli jeszcze dla siebie dość czasu. Poza tym muszę wracać do Amsterdamu. Wheeler i tak się wścieknie, że nie było mnie dzisiaj w pracy.
– Kiedy lecisz?
– Chyba późno w nocy. Chcę jeszcze załatwić trochę prywatnej korespondencji, póki tu jestem, bo w Amsterdamie nie będzie na to czasu. Muszę napisać do rodziców i do córki. Napiszę też do Jima McLouglina, opowiadałem ci o nim. Ta sprawa wciąż mnie gnębi. Mojemu prawnikowi nie udało się go zlokalizować, ale list może jakoś mu przekażą.
– W takim razie jedźmy najpierw do twojego hotelu – powiedziała Angela. – Potem kierowca zawiezie mnie do domu.
– A kiedy wrócisz do Amsterdamu? – zapytał Randall. – Jutro rano?
– Jutro wieczorem – odparła z przekornym uśmiechem. – Jeśli mój szef mnie nie wyrzuci z pracy. Chciałabym pójść na zakupy z siostrą i do Ogrodów Borghese z siostrzenicami. Pańska sekretarka wróci jutro wieczorem, panie Randall, zgadza się pan?
– Nie zgadzam się, ale będę czekał.
– Chciałabym cię jeszcze o coś zapytać. – Spojrzała na niego bez uśmiechu.
– Tak?
– Co zamierzasz zrobić, kiedy wrócimy do Amsterdamu?
– Oczywiście rzucić się w wir pracy – oznajmił. – Ach, o to ci chodzi – dodał, widząc napięcie na jej twarzy. – Czy będę jeszcze węszył w kwestii papirusu i zdjęcia? Nie będę, Angelo. Twój ojciec był ostatnią instancją, i to już koniec. Ślepa uliczka. Nawet gdybym chciał, nie mam już dokąd się zwrócić. Odkładam moje detektywistyczne zapędy na półkę i zajmuję się wyłącznie kampanią. Oddaję się w pełni sprzedawaniu Słowa.
– Pomimo wątpliwości?
– Przemyślałem to tutaj, w Rzymie – odrzekł. – Zawsze wątpiłem w rzeczy tajemne, ale zarazem nigdy do końca nie straciłem wiary. Czy znasz modlitwę Ernesta Renana? „Boże, o ile Bóg istnieje, zbaw moją duszę, o ile posiadam duszę". To właśnie cały ja, tu i teraz.
Angela się roześmiała.
– I można z czymś takim żyć?
– Nie mam wyboru – odparł, ściskając jej dłoń. – Nie martw się, poradzę sobie… Oto i Excelsior. Daj buzi na pożegnanie i do zobaczenia jutro, kochana.
Randall wszedł do hotelowego holu, wziął z recepcji klucz i skierował się do wind.
Jedna właśnie zjechała na dół i wysiadali z niej pasażerowie. Kiedy się opróżniła, Randall wsiadł i wyciągnął rękę do guzika z cyfrą pięć. W tym momencie do windy wsiadł ktoś jeszcze i sięgając ponad jego ramieniem, nacisnął czwórkę. Rękaw tamtego był rękawem sutanny.
Drzwi się zamknęły i winda ruszyła. Randall odwrócił się, spojrzał na przybysza i aż zaparło mu dech w piersiach.
Nad czarną sutanną zobaczył zapadniętą twarz z igrającym na wąskich wargach uśmieszkiem.
– I znów się spotykamy, panie Randall – powiedział pastor Maertin de Vroome. – Jak się udało dzisiejsze spotkanie z profesorem Montim?
– Skąd pan, u diabła, wie, że się z nim widziałem? – wyrzucił z siebie Randall, zupełnie skonsternowany.
– Przyjechał pan do Rzymu, żeby się z nim zobaczyć, tak samo jak wcześniej ja to zrobiłem. Proste. Obserwowanie pana posunięć, panie Randall, uznałem za swój święty obowiązek. Od naszego ostatniego spotkania śledziłem z narastającą ciekawością i respektem pańskie kroki. Jest pan, jak to czułem od początku, poszukiwaczem prawdy. Nie ma ich zbyt wielu. Ja także do nich należę. I cieszę się, że podążamy tym samym tropem, że nasze ścieżki się znów splątały. Być może tutaj, w wiecznym mieście, nadszedł czas na naszą kolejną rozmowę.
– Na jaki temat? – zapytał Randall poirytowany.
– Na temat fałszerstw, jakimi są Ewangelia według Jakuba i Pergamin Petroniusza.
– Skąd pan jest taki cholernie pewny, że to fałszerstwa?
– Stąd, że właśnie widziałem się z fałszerzem i poznałem wszystkie szczegóły tego oszustwa – odrzekł de Vroome. – To moje piętro – dodał, gdyż winda właśnie stanęła. – Przypuszczam, że pan też tutaj wysiada, panie Randall?
Randall siedział oszołomiony w głębokim pluszowym fotelu, w przestronnym pokoju de Vroome'a w hotelu Excelsior. Przyszedł tu za pastorem posłusznie, zupełnie zbity z tropu jego stanowczym stwierdzeniem.
Wciąż jeszcze chciał wierzyć, że to tylko sztuczka de Vroome'a, kolejna z jego gier. Choć sam miał wątpliwości co do projektu, teraz zdecydowany był wątpić w szczerość intencji nieprzyjaciela. A mimo to nie mógł. Jakaś nuta w głosie tamtego, gdy rozmawiali w windzie, kazała mu wierzyć, że tym razem ociera się o prawdę.